A&A Podróże

A&A Podróże Contact information, map and directions, contact form, opening hours, services, ratings, photos, videos and announcements from A&A Podróże, Riga.

14/08/2026

Jeszcze taka wersja na wesoło wspomnień. Dzięki za pomoc Artez Artur Patanowski

Anna Wieczorek
Adam Wieczorek

Uwielbiamy nasze wyjazdy i właśnie taką formę wspólnego spędzania czasu. Lubimy poznawać nowe miejsca, ale nie tylko od ...
14/08/2026

Uwielbiamy nasze wyjazdy i właśnie taką formę wspólnego spędzania czasu. Lubimy poznawać nowe miejsca, ale nie tylko od strony najpopularniejszych atrakcji i pocztówkowych widoków. Chcemy również zobaczyć, jak poszczególne państwa wyglądają od zaplecza – jak żyją ich mieszkańcy, w jakim stanie są drogi, miasta i cała infrastruktura oraz jak wygląda tam zwykła codzienność.

Ci, którzy śledzą nasze podróże od dłuższego czasu, wiedzą, że odwiedziliśmy już wiele państw i pokonaliśmy dziesiątki tysięcy kilometrów. Każdy taki wyjazd pozwala nam odpocząć od tego, co zostawiamy w domu, pobyć ze sobą i przeżyć kolejną wspólną przygodę. Jednocześnie daje nam nową wiedzę, doświadczenia i umiejętności.

Takie podróżowanie wymaga ciągłego dostosowywania się do nowych warunków: poznawania przepisów, kupowania winiet i ubezpieczeń, rezerwowania noclegów, korzystania z lokalnych usług oraz radzenia sobie z sytuacjami, których wcześniej nie mogliśmy przewidzieć. Każdy kraj funkcjonuje trochę inaczej i w każdym trzeba szybko nauczyć się obowiązujących zasad.

Tym razem w ciągu 14 dni przejechaliśmy około 5300 kilometrów, odwiedzając Austrię, Liechtenstein, Szwajcarię, fragment Włoch oraz Słowenię. Niektóre z tych państw znaliśmy już wcześniej, choć czasami jedynie z krótkich przejazdów. Zupełnie nowymi krajami były dla nas Liechtenstein i Szwajcaria. Pozostałe mieliśmy okazję wcześniej zwiedzać w pewnym stopniu albo przejeżdżaliśmy przez nie tranzytem. Tym razem postanowiliśmy uzupełnić brakujące miejsca i zobaczyć je z trochę innej strony.

Austria jest bez wątpienia piękna pod względem geograficznym. Ma wiele wyjątkowych miejsc przyrodniczych i fantastycznych, widokowych dróg, którymi po prostu warto się przejechać. Jeżeli jednak spojrzymy na codzienne funkcjonowanie kraju, jego miasta i infrastrukturę, nie zauważyliśmy niczego, co stawiałoby go zdecydowanie ponad innymi państwami Europy. Czy Austria jest pod tym względem lepsza od Polski? Naszym zdaniem raczej nie. Po takich wyjazdach jeszcze bardziej doceniamy to, co mamy u siebie.

Liechtenstein jest bardzo małym państwem, dlatego skupiliśmy się głównie na jego stolicy. Szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się trochę więcej po kraju przedstawianym jako jeden z najbogatszych na świecie. Vaduz jest czyste i zadbane, trudno powiedzieć o nim coś złego, ale czy zachwyca i powala na kolana? Nas osobiście nie porwało.

Podobne odczucia towarzyszyły nam w Szwajcarii. To państwo również kojarzone jest z ogromnym bogactwem, którego jednak – z perspektywy zwykłego turysty przemierzającego kraj samochodem – nie widać aż tak wyraźnie w codziennym życiu.

Szwajcaria ma oczywiście wiele przepięknych miejsc. Góry, jeziora, wodospady i wąwozy potrafią zrobić ogromne wrażenie, ale są przede wszystkim dziełem natury i efektem geograficznego położenia kraju. To, za co odpowiada już człowiek, nie zawsze prezentuje się równie spektakularnie. Nie oznacza to, że jest tam źle – po prostu nie wszystkim zachwytom i wyobrażeniom o Szwajcarii towarzyszyło podobne wrażenie na miejscu.

Powrót przez Włochy był pomysłem całkowicie spontanicznym. Zresztą podobnie wygląda większość naszych podróży. Nie planujemy dokładnie, gdzie będziemy nocować ani jakimi drogami pojedziemy. Wszystko układamy na bieżąco, zależnie od pogody, czasu i tego, co akurat chcemy zobaczyć.

Przez Włochy pojechaliśmy między innymi dlatego, że kolejnym celem była Słowenia. Przy okazji odwiedziliśmy miejsca, których wcześniej nie znaliśmy.

Włochy są jednak… bardzo włoskie. Często słyszymy o ich luzie, niespiesznym życiu i słynnej sjeście. My czasami odnosimy wrażenie, że ta „siesta” dotyczy tam niemal wszystkiego – pracy, porządku, dbania o wspólną przestrzeń, a niekiedy również podejścia do innych ludzi.

Nam taki sposób funkcjonowania zwyczajnie nie odpowiada. W wielu miejscach widać zaniedbanie, brud i chaos. Oczywiście Włochy mają także wspaniałe zabytki, piękne wybrzeża i miejsca, w których można zrobić idealne pocztówkowe zdjęcia. Ładny kadr nie zawsze jest jednak wyznacznikiem tego, jak dane państwo funkcjonuje na co dzień.

Ostatnim krajem na naszej trasie była Słowenia, z którą wcześniej mieliśmy bardzo pozytywne doświadczenia. Tym razem przejechaliśmy przez inną część kraju i okazało się, że poszczególne regiony mogą bardzo się od siebie różnić. Obszary odwiedzone podczas poprzedniego wyjazdu wyglądały na bardziej zadbane i zamożniejsze. Tegoroczna trasa sprawiała miejscami wrażenie nieco biedniejszej.

Nie zmienia to jednak faktu, że Słowenia jest bardzo przyjemnym krajem do podróżowania. Ma mnóstwo pięknych widoków, ciekawych dróg i atrakcji, które zdecydowanie warto zobaczyć.

To wszystko są oczywiście nasze osobiste i całkowicie subiektywne odczucia. Każdy może odbierać te same miejsca zupełnie inaczej – i właśnie na tym polega piękno podróżowania. Nie opieramy swoich opinii na folderach turystycznych. Piszemy o tym, co zobaczyliśmy, czego doświadczyliśmy i jak poszczególne miejsca wyglądały z naszej perspektywy.

Za nami kolejne 5300 kilometrów, wiele nowych miejsc, niespodziewanych sytuacji, pięknych widoków oraz doświadczeń, które pozostaną z nami na długo. Był to czas spędzony razem, z dala od codziennych obowiązków, a jednocześnie kolejna wartościowa lekcja życia i świata.

Czy będziemy wracać do odwiedzonych podczas tej podróży miejsc? Zapewne nie w najbliższym czasie. Mamy taką zasadę, że staramy się nie wracać do punktów, które już poznaliśmy, ponieważ świat jest ogromny, a przed nami wciąż pozostaje wiele nowych kierunków.

Oczywiście zarówno w tych krajach, jak i w wielu innych, mamy miejsca, do których z przyjemnością wybralibyśmy się ponownie – choćby na krótki, weekendowy wyjazd, żeby odpocząć i po prostu miło spędzić czas. Zapewne kiedyś jeszcze do części z nich wrócimy.

Dziękujemy wszystkim, którzy śledzili naszą podróż, czytali relacje, lajkowali, komentowali i byli z nami przez całą trasę.

Pozdrawiamy Was serdecznie i do zobaczenia podczas kolejnych podróży!

Dzień 14Dzień zaczęliśmy oczywiście z samego rana. Przed nami była już droga powrotna do domu, ale przecież nie bylibyśm...
12/08/2026

Dzień 14

Dzień zaczęliśmy oczywiście z samego rana. Przed nami była już droga powrotna do domu, ale przecież nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy po drodze czegoś jeszcze nie zobaczyli.

Pierwszy, bardzo krótki przystanek zaliczyliśmy na zlecenie Alicja Wieczorek. W austriackim Mistelbach musieliśmy odnaleźć i zrobić zdjęcie pomnika Michaela Jacksona. I faktycznie – stoi tam ponad dwumetrowy Król Popu!

Historia pomnika jest dość ciekawa. Pomysł wyszedł z prywatnej inicjatywy dwóch fanek – Martiny Kainz i Renate Kornfeind. W 2011 roku zgodę na jego powstanie wydały władze miasta. Najpierw, w 2012 roku, odsłonięto popiersie Michaela Jacksona, a rok później zastąpiła je mierząca około 2,1 metra pełnowymiarowa figura. Pieniądze na realizację zbierali sami fani.
Zdjęcie zrobione, zadanie wykonane, więc ruszyliśmy dalej.

Tym razem jechaliśmy głównie lokalnymi drogami, ponieważ na zakończenie naszej wyprawy postanowiliśmy dorzucić jeszcze jeden punkt oczywiście taki nieoczywisty jak na Nas.

Muzeum Motoryzacji Wena w Oławie

Muzeum jest stosunkowo młode – oficjalnie otworzyło swoje drzwi 19 czerwca 2024 roku, ale stojąca za nim kolekcja Tomasza Jurczaka powstawała przez około 30 lat.
To miejsce jest naprawdę fantastyczne.
Bo WENA nie jest tylko muzeum motoryzacji. Oczywiście samochodów, motocykli i wszelkiego rodzaju pojazdów jest tutaj zatrzęsienie. Są maszyny rolnicze, traktory, kombajny, rowery, samolot i mnóstwo najróżniejszych konstrukcji związanych z techniką i transportem. Obecnie muzeum zajmuje już około 11 000 m², a ekspozycja cały czas się rozwija.

Ale dla nas równie ważna, a może nawet bardziej zaskakująca, była druga część tego miejsca.
To prawdziwy wehikuł czasu do czasów PRL-u.
Nagle przenieśliśmy się do lat naszego dzieciństwa, a miejscami jeszcze dalej – do dzieciństwa naszych rodziców. Stare mieszkania, meble, sprzęty RTV i AGD, zabawki, opakowania, przedmioty codziennego użytku, sklepy, kawiarnie i miejsca wyglądające dokładnie tak, jak pamiętamy je sprzed kilkudziesięciu lat.
Można tutaj nie tylko oglądać. Można naprawdę poczuć klimat tamtych czasów.

My dodatkowo zjedliśmy prawdziwy blok z herbatników i mleka, popiliśmy go oranżadą i przez chwilę naprawdę można było zapomnieć, że mamy rok 2026.
Spędziliśmy w muzeum około dwóch godzin i zostaliśmy praktycznie do samego zamknięcia. A i tak spokojnie można byłoby chodzić jeszcze dłużej.
I wiecie co? Trochę muzeów motoryzacyjnych i technicznych na świecie już widzieliśmy. Podczas naszych podróży odwiedzamy je regularnie, dlatego mamy do czego porównywać.

I możemy powiedzieć jedno:
WENA jest zrobiona na światowym poziomie.

Nie mamy się czego wstydzić przed Austrią, Niemcami, Włochami, Szwajcarią czy innymi krajami Europy. Wręcz przeciwnie – takie miejsca pokazują, że w Polsce potrafimy stworzyć muzeum, które ekspozycją, pomysłem, rozmachem i klimatem może konkurować z najlepszymi.
Zdecydowanie polecamy – i to nie tylko fanom motoryzacji!

A jeśli chcecie zobaczyć WENĘ naszymi oczami, to już niebawem pełna relacja z wizyty pojawi się na Motocyklista
I tym właśnie akcentem zakończyliśmy 14. dzień zwiedzania i całą naszą tegoroczną podróż.

Wróciliśmy do domu.
Kilometry zrobione, mnóstwo miejsc odwiedzonych, tysiące zdjęć i filmów przywiezionych, a przede wszystkim kolejne wspomnienia, których nikt nam już nie zabierze.

Jutro wrzucimy jeszcze podsumowanie całej naszej wyprawy.

Trzymajcie się!

PS: Jak widać na ostatnim zdjęciu Ania jak zwykle wróciła do domu z pustymi rękoma.

Dzień 13Jak zwykle dzień zaczęliśmy od porannej pobudki. W nocy złapały nas jeszcze burze, więc rano było całkiem przyje...
11/08/2026

Dzień 13

Jak zwykle dzień zaczęliśmy od porannej pobudki. W nocy złapały nas jeszcze burze, więc rano było całkiem przyjemnie – powietrze świeże, drogi mokre i można było ruszać dalej.

Najpierw wróciliśmy do Słowenii, żeby odwiedzić Maribor. I tutaj nastąpiło małe déjà vu… Dopiero będąc na miejscu przypomnieliśmy sobie, że my już przecież tutaj byliśmy.

Pamięć odświeżyła nam przede wszystkim słynna Stara Trta, czyli najstarsza winorośl na świecie, rosnąca w Mariborze od ponad 450 lat.
Skoro już jednak przyjechaliśmy, zrobiliśmy sobie krótki spacer po starej części miasta, wypiliśmy dobrą kawę i ruszyliśmy dalej.

Kolejnym punktem było Ptuj – uznawane za najstarsze miasto Słowenii. Nad starą częścią miasta góruje zamek Ptuj, z którego podobno rozciąga się świetny widok na dachy miasta.
„Podobno”, bo tym razem stwierdziliśmy, że kolejnego ganiania pod górę już nam wystarczy. Zamek obejrzeliśmy więc z dołu, pospacerowaliśmy chwilę po starówce i ruszyliśmy dalej.
I znowu… granica!
Podczas tej podróży przekraczaliśmy je już chyba z 15 razy, szczególnie jeśli doliczymy nasze różne pomyłki, zawracania i to, że przy okazji udało nam się nawet zahaczyć o Francję.

Ze Słowenii wróciliśmy więc do Austrii, a kolejnym celem był Graz, bo tutaj jeszcze nie byliśmy.
Graz to drugie największe miasto Austrii, a jego historyczne centrum znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Na miejsce dotarliśmy mniej więcej około 13:30–14:00 i pierwsze zaskoczenie – pusto. Bez problemu znaleźliśmy parking, na drogach luz, na ulicach spokojnie. Oczywiście trochę ludzi siedziało w kawiarniach i restauracjach, ale jak na tak duże miasto naprawdę panowała tutaj niesamowita swoboda.
Pospacerowaliśmy po starówce. Graz ma sporo ładnych, zabytkowych budynków, jest względnie zadbany, ale jakoś nie zrobił na nas takiego wrażenia, żebyśmy mieli powiedzieć: „WOW, tu musimy wrócić!”.

Za to trzeba było oczywiście coś zjeść.
Padło na wursta.
Ania zjadła swojego.
Adam też… prawie zjadł swojego.
Dodatek o mocy 6,5 miliona SHU okazał się bowiem całkiem skutecznym sposobem na chwilowe przypomnienie sobie, że człowiek posiada żołądek.
No ale cóż… jak się lubi ostre, to czasami trzeba trochę pocierpieć.

Po spacerze jeszcze szybkie zakupy, a potem kierunek hotel. Dzień trzynasty za nami, a jutro oczywiście znowu ruszamy dalej.

Do zobaczenia w Dniu 14

Dzień 12Dzisiaj zaczęliśmy wcześnie, bo już około 7:00 rano ruszyliśmy w stronę rzeki Soczy. I tym razem nie chodziło o ...
10/08/2026

Dzień 12

Dzisiaj zaczęliśmy wcześnie, bo już około 7:00 rano ruszyliśmy w stronę rzeki Soczy. I tym razem nie chodziło o to, żeby szybko gdzieś dotrzeć, tylko żeby po prostu jechać i oglądać to, co mamy po drodze.

Do Soczy dotarliśmy bardzo szybko i dalej jechaliśmy już lokalną drogą ciągnącą się wzdłuż rzeki. Wąsko, kręto, momentami powoli, ale za to naprawdę bardzo przyjemnie widokowo. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia i podejść bliżej do wody.

Socza robi wrażenie przede wszystkim kolorem i przejrzystością wody. W niektórych miejscach jest naprawdę głęboka, kawałek dalej płytka, a jeszcze gdzie indziej można zobaczyć niemal zupełnie suche koryto. Człowiek patrzy i zastanawia się, którędy właściwie ta woda płynie… ale gdzieś płynie.

Trafiliśmy też na dwa mosty, z których można skakać prosto do rzeki. Przy tak krystalicznie czystej wodzie doskonale widać, co znajduje się pod powierzchnią, chociaż oczywiście nie wszędzie oznacza to, że jest bezpiecznie.

Sami również znaleźliśmy miejsce, żeby na chwilę wejść do Soczy. Woda miała pewnie jakieś 10–12°C, więc kąpiel należała raczej do tych przyjemnych. Krystalicznie czysta, lodowata i zdecydowanie pobudzająca bardziej niż poranna kawa.

Po drodze zatrzymaliśmy się również przy Moście Napoleona w Kobaridzie. Kamienny most powstał w 1750 roku, a swoją nazwę zawdzięcza wojskom Napoleona, które maszerowały tędy w kierunku przełęczy Predel. Dzisiaj to przede wszystkim świetny punkt widokowy na Soczę. Akurat kiedy byliśmy na miejscu, kilku śmiałków zbierało się do skoku z mostu… zbierali się, zbierali i chyba ostatecznie odwagi zabrakło.

My jechaliśmy dalej i cały czas pięliśmy się coraz wyżej w góry. Dotarliśmy na wysokość ponad 1500 m n.p.m., gdzie widoki na Alpy Julijskie robią już naprawdę fajne wrażenie. Dla osób lubiących chodzenie po górach jest tutaj mnóstwo tras i ścieżek. My pozostaliśmy przy naszej wersji turystyki, czyli głównie samochodowej.

Niestety sporo miejsc było akurat w remoncie, więc nie zawsze dało się zatrzymać tam, gdzie widok był najlepszy. Zdjęcia robiliśmy więc tam, gdzie po prostu udało się znaleźć kawałek miejsca na bezpieczny postój.

Kolejnym przystankiem było Jezioro Jasna, tuż obok Kranjskiej Gory. Tak naprawdę są to dwa połączone ze sobą sztuczne zbiorniki, utworzone przy zbiegu potoków Velika i Mala Pišnica. Łącznie zajmują około 2,2 hektara.

Woda oczywiście ponownie zachęcała do sprawdzenia jej temperatury na własnej skórze, więc była kolejna szybka kąpiel i kolejne chłodzenie.

Chwilę później byliśmy już w Kranjskiej Gorze, gdzie zatrzymaliśmy się na taki powiedzmy „wstępny obiad”. Coś zjeść, chwilę odpocząć i można było ruszać dalej.

I tak naprawdę taki był cały dzisiejszy dzień. Bez gonitwy, bez wielkiego planu zwiedzania i bez zaliczania atrakcji jedna za drugą. Dużo czasu spędziliśmy w samochodzie, ale tym razem sama droga była atrakcją. Wąskie lokalne trasy, góry, Socza, postoje nad wodą i jazda po prostu przed siebie.

Na nocleg znaleźliśmy już coś w Austrii, w okolicach jeziora Ossiacher See, więc po Kranjskiej Gorze ruszyliśmy właśnie w jego kierunku.

Spokojny, luźny dzień, dużo kilometrów, ale przede wszystkim bardzo dużo fajnych widoków. Czasami właśnie tak najlepiej się podróżuje — bez pośpiechu i z możliwością zatrzymania się tam, gdzie akurat nam się spodoba.

A jutro ruszamy dalej i zobaczymy, co nowego napotkamy po drodze.

Pozdrawiamy i do jutra!

Dzień 11Z samego rana dotarliśmy do Piranu w Słowenii. Parking znaleźliśmy szybko, tylko jest jeden mały szczegół – znaj...
09/08/2026

Dzień 11

Z samego rana dotarliśmy do Piranu w Słowenii. Parking znaleźliśmy szybko, tylko jest jeden mały szczegół – znajduje się jakieś 2 km od centrum. Do samego centrum samochodem praktycznie nie wjedziecie, chyba że jesteście „swoi” i macie odpowiednie pozwolenia. Wcześniejsze parkingi również przeznaczone są głównie dla mieszkańców, więc turyści zostawiają samochody wyżej i… z buta. Najpierw przyjemnie z górki, ale pamiętajcie, że potem trzeba tam jeszcze wrócić.

Plusem jest to, że po zejściu można praktycznie cały czas spacerować wzdłuż morza. Woda naprawdę bardzo czysta, widać kamienie, ryby, meduzy i wszystko inne, co tam sobie pływa – oczywiście razem z ludźmi. Jak ktoś lubi ponurkować czy popływać z maską, to warunki są naprawdę fajne.

Po chwili dochodzimy do początku starego miasta, położonego – jak to my nazywamy – na takim małym „cipidelku” Piran to stare nadmorskie miasto z mocnymi wpływami weneckimi, pełne ciasno ustawionych kamienic i wąskich uliczek.

Samo centrum jest malutkie. Wąskie uliczki pomiędzy budynkami, trochę sklepików, a restauracje głównie od strony wody. Z jednego końca na drugi można przejść dosłownie w kilka minut.

Nad miastem góruje kościół św. Jerzego z charakterystyczną dzwonnicą. To właśnie stamtąd są jedne z najlepszych panoramicznych widoków na Piran i Adriatyk. Oczywiście trzeba się trochę wdrapać pod górę, ale jakoś się przemęczyliśmy. Widok wynagradza wysiłek, bo praktycznie całe miasteczko macie przed sobą.
Przespacerowaliśmy całe centrum, a w drodze powrotnej Ania oczywiście musiała jeszcze pobuszować po sklepach, a Adam dostał od pewnego pana kartkę z jego podobizną z czego widzieliście filmik wcześniej.

Ruszyliśmy więc dalej, tym razem do Jaskiń Szkocjańskich.
Plan był prosty: przyjeżdżamy, kupujemy bilety i zwiedzamy.
No nie ma tak łatwo
Podeszliśmy po bilety i dowiedzieliśmy się, że możemy sobie kupić wejście… na 15 sierpnia na godzinę 16:00
Także szybki odwrót.
Takie atrakcje nie są dla nas. Jedną z rzeczy, które najbardziej cenimy w naszych wyjazdach, jest właśnie to, że praktycznie niczego nie planujemy. Jeździmy spontanicznie, zatrzymujemy się tam, gdzie akurat chcemy, i nie zamierzamy układać całej podróży pod godzinę wejścia do jakiejś atrakcji.
Nie tu, to gdzie indziej.

Pojechaliśmy więc do Postojnej Jamy.
I tutaj zupełnie inna sytuacja – przyjeżdżamy, kupujemy bilety i wchodzimy. Ponieważ chcieliśmy zobaczyć jeszcze jedną pobliską atrakcję, wzięliśmy bilet łączony. Wyszło około 50 euro od osoby, więc tanio zdecydowanie nie jest.
Zresztą wszystko przed wejściem do jaskini wygląda jak jeden wielki kompleks stworzony po to, żeby na turyście zarobić na każdy możliwy sposób.
Ale przechodzimy do samej jaskini.
Wchodzicie i pakują Was do specjalnej kolejki, która jedzie po torach w głąb jaskini. Sam system Postojnej ma około 24 km długości, a podczas standardowej wycieczki pokonuje się około 5 km – większość kolejką, a trochę ponad kilometr pieszo. Całość oficjalnie zajmuje około 90 minut, a w praktyce trochę mniej.
Po przejeździe wysiadacie i zaczyna się część spacerowa.
Przed wejściem ostrzegają oczywiście, że w jaskini jest chłodno i warto mieć kurtkę czy bluzę. Ania się temperatury przestraszyła i ponieważ niczego ze sobą nie zabraliśmy, kupiła sobie bluzę, Adam całość przechodził w koszulce z krótkim rękawem i było mu gorąco.
Ale obok nas ludzie chodzili też w puchowych kurtkach i czapkach.
Także każdy ma inny próg wytrzymałości na zimno i tutaj już musicie wybrać własną wersję.

Po przejściu części pieszej znowu wsiadacie do wagoników i kolejka odwozi Was do wyjścia.
A same jaskinie? Przepiękne.
Naprawdę ogromne i chyba największe, jakie do tej pory mieliśmy okazję oglądać. Wielkie komory, stalaktyty, stalagmity i niesamowite formacje tworzone przez naturę przez miliony lat. Dla zobrazowania skali – niektóre nacieki rosną tutaj zaledwie około 1 mm na 10 lat.
I właśnie tutaj mamy pewien zgrzyt.
Bo z jednej strony słyszymy cały czas: niczego nie dotykać, uważać, chronić, nie niszczyć, bo natura tworzyła to przez miliony lat.
Zgoda. Absolutnie.
Tylko że z drugiej strony człowiek wlał tam tony betonu, zrobił chodniki, położył tory, zbudował tunele i stworzył infrastrukturę do przewożenia tysięcy turystów.

Czyli coś, co natura tworzyła przez miliony lat, człowiek zdewastował w krótką chwilę.
I nam osobiście trochę się to ze sobą gryzie.
Oczywiście dzięki temu mogliśmy to wszystko zobaczyć i jaskinia robi gigantyczne wrażenie. Czasami dla odrobiny zysku człowiek jest w stanie bardzo mocno ingerować w coś, co teoretycznie tak bardzo chce chronić.

Po wyjściu z jaskini mieliśmy jeszcze kilka kilometrów do drugiej atrakcji, którą obejmował nasz bilet, czyli Predjamskiego Gradu.
I tutaj rzeczywiście robi się ciekawie.
To średniowieczny zamek dosłownie wbudowany w skałę. Od ponad 800 lat znajduje się w środku pionowego, 123-metrowego klifu, a za zamkiem ciągnie się sieć naturalnych jaskiń i tajnych przejść. Co więcej, Predjamski Grad figuruje w Księdze Rekordów Guinnessa jako największy zamek jaskiniowy na świecie.
Wygląda naprawdę efektownie.
My oczywiście zwiedziliśmy go po swojemu.
15 minut i zrobione wszystko.
Było już późno, trochę kilometrów w nogach mieliśmy, a przede wszystkim chcieliśmy już ruszyć w stronę noclegu. Także na zamku zakończyliśmy dzisiejsze zwiedzanie.

Mimo że kupiliśmy słoweńską winietę, nadal poruszamy się głównie bocznymi, wiejskimi drogami. Po prostu jest ciekawiej. Czasami lepiej, czasami gorzej, ale przynajmniej coś po drodze widzimy.

Na koniec chcieliśmy jeszcze zrobić jakieś zakupy do pokoju.
Tylko pamiętajcie – jest niedziela
Nie myślcie więc, że tutaj pojedziecie sobie wieczorem do sklepu i kupicie, co chcecie. Wszystko pozamykane. Zostają stacje benzynowe, które również niekoniecznie działają przez całą dobę, a wybór na nich jest taki, że… lepiej za dużo nie potrzebować.
Jednak to nie Polska.

Czyli dzień możemy uznać za zaliczony
Jutro ruszamy dalej!

Pozdrawiamy

09/08/2026

Pozdrawiamy bardzo sympatycznego Pana Marko Prelević ze sklepu z pamiątkami. Otrzymałem bardzo fajną pamiątkę, na moją podobiznę.

Dzień 10Dzień zaczęliśmy od śniadania hotelowego, także najedliśmy się bardzo zróżnicowanym jedzeniem. Niestety po 40 mi...
08/08/2026

Dzień 10

Dzień zaczęliśmy od śniadania hotelowego, także najedliśmy się bardzo zróżnicowanym jedzeniem. Niestety po 40 minutach czekania Anna nadal nie dostała zamówionej kawy, więc dostaną punkta mniej w opinii. No cóż, takie życie biznesu wynajmowania…

A tak poważnie, ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem, jak to u nas bywa, wybraliśmy unikanie autostrad i dróg płatnych, czyli jechaliśmy włoskimi dziurami przez wioski, małe miasteczka i trochę większe miejscowości.

Widoki? No wiecie… jak to we Włoszech. Nie zawsze są cudowne. Za to doskonale widać, gdzie jedziemy, a po zawieszeniu jeszcze lepiej czuć, po czym jedziemy. Ale przynajmniej przemieszczaliśmy się przez kolejne, zupełnie nowe dla nas rejony i mogliśmy zobaczyć trochę innych Włoch niż te z pocztówek.

Naszym głównym celem zwiedzania na dzisiaj był Triest.
Do miasta wjeżdżaliśmy od góry, więc po drodze mieliśmy naprawdę fajne widoki na morze. Niestety zdjęć brak, bo średnio było gdzie się zatrzymać. Im niżej zjeżdżaliśmy, tym więcej było ludzi, zaparkowanych samochodów i drzew zasłaniających widoki, więc ostatecznie odpuściliśmy robienie „widokówek”.

Do centrum Triestu dotarliśmy około 17:00 i ku naszemu zaskoczeniu bez najmniejszego problemu zaparkowaliśmy samochód normalnie przy ulicy. W samym centrum było wręcz pusto. Wszyscy pewnie nadal siedzieli na plażach, bo tam, jak wcześniej wspominaliśmy, tłumy były konkretne.

Dzięki temu mogliśmy spokojnie pospacerować i pozwiedzać centrum miasta. Dotarliśmy też do zamku. I tutaj mała rada od nas: nie polecamy wchodzić tam na piechotę. Można spokojnie dojechać samochodem i naprawdę nie ma sensu męczyć się tak jak my.
A sam Triest?
Ani ładny, ani brzydki. Taka zwykła, przeciętna miejscowość. Ciężko nawet powiedzieć, czym miałaby się szczególnie wyróżniać. Jak na Włochy jest względnie czysto, ale też bez jakiejś wielkiej rewelacji. Po prostu miasto jak miasto. Nas szczególnie nie zachwyciło, ale najważniejsze, że Triest odhaczony na naszej mapie zwiedzania.

Z Triestu ruszyliśmy już na nocleg. Tym razem znaleźliśmy sobie miejsce w winnicy, na uboczu, w małej wiosce około 15 km od Triestu, ale już po słoweńskiej stronie granicy.
Jadąc tam, zastanawialiśmy się nad jednym…
Czy w winnicy będziemy mogli kupić wino?
Jak myślicie?
Nasze przewidywania oczywiście się sprawdziły.

Wino musieliśmy iść kupić do… sąsiada. Także zapamiętajcie: to, że śpicie w winnicy, wcale nie oznacza, że dostaniecie tam wino.

Za to sam lokal naprawdę bardzo fajny. Duży, przestronny i przede wszystkim z dobrze działającą klimatyzacją! Po ostatnich doświadczeniach to już prawie luksus. Jest więc szansa, że tej nocy w końcu porządnie się wyśpimy.

Tutaj zostajemy jeszcze jedną noc, ponieważ jutro ruszamy zwiedzać okolice Słowenii.
Także śledźcie nas dalej, bo jedziemy dalej!

Pozdrawiamy i do jutra!

PS: Ania była na zakupach, ale był za duży wybór i nic nie kupiła 🤣

Dzień 9 Rano obudziła nas burza, choć i tak byliśmy średnio wyspani, ponieważ klimatyzacja hotelowa nie za bardzo dawała...
07/08/2026

Dzień 9

Rano obudziła nas burza, choć i tak byliśmy średnio wyspani, ponieważ klimatyzacja hotelowa nie za bardzo dawała radę. Po drodze szybkie tankowanie i śniadanie w postaci focaccii i croissanta, czyli tak po włosku – znaczy się mało smacznie.

Pojechaliśmy autostradą, ponieważ chcieliśmy szybko dotrzeć do miejsca docelowego. Około godziny 13:00 wylądowaliśmy nad jeziorem Garda, w miejscowości Sirmione. Hotel mamy jakieś 70 metrów od plaży.

Znajduje się, jak to my mówimy, na początku „cipidelka”, na końcu którego jest Jamaica Beach i ruiny dużej rzymskiej willi. Po drodze zwiedziliśmy starą część miasta, gdzie znajduje się XIII-wieczny zamek otoczony wodą. Miejsce bardzo urokliwe, z widokiem z obu stron na wodę.

Oczywiście mnóstwo ludzi, ale warto było pospacerować, tym bardziej że jak na Włochy jest tu względnie czysto. Żeby zrobić trochę fajnych zdjęć, przeszliśmy jakieś 8 km piechotą, co jak na nas jest już zacną wycieczką.

Jeśli ktoś lubi kurortowy relaks, śmiało można polecieć w tę okolicę. Mnóstwo hoteli, sklepików, restauracji, kilka zabytkowych miejsc z fajnym klimatem. Do tego wszystkiego czysta i ciepła woda oraz możliwość wypożyczenia różnego sprzętu pływającego.

Dzień zakończyliśmy kolacją w restauracji hotelowej, ale takiej z zewnętrznym ogródkiem, dostępnej dla wszystkich. Przynajmniej tym razem udało się zjeść smacznie. Pizza z truflą i prawdziwkami oraz owoce morza.

Teraz odpoczynek, bo jutro znowu kawałek drogi przed nami.

Ciao, ci vediamo domani! 🇮🇹

Dzień 8Ósmy dzień naszej podróży rozpoczęliśmy od miejsca, którego… w ogóle nie mieliśmy w planach. To Alicja Wieczorek ...
06/08/2026

Dzień 8

Ósmy dzień naszej podróży rozpoczęliśmy od miejsca, którego… w ogóle nie mieliśmy w planach. To Alicja Wieczorek podesłała nam informację o gigantycznym widelcu wbitym w Jezioro Genewskie, więc skoro był praktycznie po drodze, nie mogliśmy go ominąć. Podjechaliśmy zrobić kilka zdjęć, żeby jej wysłać, a przy okazji przespacerowaliśmy się promenadą. Spokojne, ciche miejsce, zadbane i z pięknym widokiem na krystalicznie czyste Jezioro Genewskie. Krótki postój, kilka fotografii i ruszamy dalej.

Kolejnym punktem było Montreux – elegancki kurort położony nad jeziorem. To właśnie tutaj przez wiele lat mieszkał i tworzył Freddie Mercury. Z zespołem Queen nagrywał w legendarnym Mountain Studios, gdzie powstały fragmenty albumów, min. Made in Heaven, a samo miasto do dziś mocno pielęgnuje pamięć o artyście. Oczywiście zatrzymaliśmy się przy jego słynnym pomniku.

Następnie przejechaliśmy obok zamku Chillon. Niestety tym razem znowu polegliśmy na parkingach. Tłumy turystów i brak wolnych miejsc sprawiły, że szkoda nam było czasu na czekanie, więc zamek obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz i ruszyliśmy dalej.

I tu nastąpiła zmiana planów. Jeszcze przed wyjazdem w ogóle nie zakładaliśmy wizyty we Włoszech, ale skoro i tak wracamy w kierunku Słowenii, stwierdziliśmy, że zamiast ponownie jechać przez Szwajcarię i Austrię, wybierzemy nową trasę. Tym sposobem trafiliśmy do Turynu – miasta, którego wcześniej nigdy nie odwiedziliśmy.

Niestety… pierwsze wrażenie było bardzo słabe. Już przy wjeździe przywitały nas zaniedbane dzielnice, sporo śmieci, brud i wszechobecny beton a i ciężko spotkać rodowitego Włocha. Miasto nie zrobiło na nas dobrego wrażenia i, mimo że przeszliśmy również przez starszą część centrum, nasza opinia się nie zmieniła. Oczywiście znaleźliśmy fragment eleganckiej ulicy z luksusowymi sklepami, ale był to jedynie niewielki wycinek całości. Każdy może odebrać Turyn inaczej, jednak nam zdecydowanie nie przypadł do gustu i raczej nie planujemy tu wracać.

Jakby atrakcji było mało, po dotarciu do hotelu dostaliśmy kartę do… zajętego pokoju. Wchodzimy do środka, a tam czyjeś rzeczy. Recepcja początkowo twierdziła, że wszystko jest w porządku, ale trudno uznać pokój za przygotowany dla nowych gości, skoro nadal znajdują się w nim rzeczy poprzednich. Na szczęście po kilku minutach dostaliśmy inny pokój i sprawa została rozwiązana.

Wieczorem postanowiliśmy znaleźć niewielką, lokalną pizzerię, taką, do której chodzą mieszkańcy, a nie turyści. Zapowiadało się obiecująco, choć już na początku usłyszeliśmy, że klimatyzowana sala jest niedostępna i możemy usiąść jedynie na stoliku przy ulicy. Zamówienie początkowo też się nie zgadzało, ale szybko zostało poprawione.

A sama pizza? Cóż… chyba po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że mamy wyjątkowego pecha do włoskiej kuchni. Po wielu wyjazdach do Włoch nadal nie trafiliśmy na pizzę, która zachwyciłaby nas smakiem. Tym razem również skończyło się na zjedzeniu dlatego, że byliśmy głodni. Co ciekawe, lokal miał bardzo wysokie oceny w Google.

Na koniec doszliśmy więc do prostego wniosku – zakupy w pobliskim markecie i to, co zobaczycie na ostatnim zdjęciu, sprawiły nam chyba większą przyjemność niż kolacja w pizzerii.

Pozdrawiamy i do jutra!

Address

Riga

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when A&A Podróże posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Shortcuts

Share