05/01/2026
O sytuacji w Wenezueli od soboty wypowiedzieli się już wszyscy. Również (a może nawet przede wszystkim) ci, których los Wenezuelczyków dotąd niezbyt obchodził; także ci, którzy nieszczególnie interesują się Ameryką Łacińską. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa: mnóstwo pojawiło się znawców geopolityki, którzy na szybko, w ciągu jednego dnia lub paru godzin, są w stanie wygłosić na ten temat jednoznaczną opinię, skleić ekspercki komentarz, napisać "analityczny" artykuł albo nakręcić insta-spaliningową rolkę, w której "tłumaczą, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi". I zwykle powtarzają mnóstwo uproszczeń lub żenujących intelektualnie oczywistości (spoiler: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o PIENIĄDZE).
Żeby było jasne: wiem, że mamy wolność słowa, doceniam też, że jakaś krytyka polityki zagranicznej EEUU jest nad Wisłą możliwa. I cieszę się bardzo, że wszyscy nagle zaczęli interesować się Ameryką Łacińską - mam nadzieję, że to nie minie. Tymczasem jednak może wystarczy oddać głos samym zainteresowanym i posłuchać Wenezuelczyków, żeby dowiedzieć się, że świat bywa czasem trochę bardziej złożony niż to się śniło facebookowym i tik-tokowym filozofom. Że euforia, którą teraz czują, jest w pełni uzasadniona - i nie mamy prawa jej oceniać, bo nie jesteśmy w ich skórze; że można pomieścić w sobie tę radość i ulgę z powodu zatrzymania Nicolasa Maduro ze strachem oraz niepewnością przed tym, co będzie teraz; że można dziś płakać ze szczęścia, a jednocześnie potępiać to, co w sobotę zrobił Donald Trump.
Nie zrobił on zresztą niczego zaskakującego. Sytuacja była napięta od miesięcy, CIA robiło swoje, a część wenezuelskiego rządu i wojska najwyraźniej "dogadała się" wcześniej po cichu ze Stanami. Ta inwazja nie była też niczym nowym: od dawna EEUU traktują Amerykę Łacińską jak swoje patio trasero i przez cały XX wiek popełniły tam wiele okropnych zbrodni - właściwie mało który latynoamerykański kraj uchował się przed amerykańską interwencją. Różnica jest taka, że zwykle robiły to w białych rękawiczkach, a tym razem przynajmniej nikt nie ma złudzeń, chodzi tylko i wyłącznie o amerykańskie interesy (tak jakby swoich brutalnie prowadzonych interesów nie mieli w Wenezueli np. rosyjscy oligarchowie - ale wielu weekendowym ekspertom od LatAm to aktualnie nie przeszkadza).
Zastanawia mnie też pewność i jednoznaczność stawianych tez, podczas gdy na tę chwilę nie wiadomo dosłownie NICZEGO. Czy EEUU zainstalują w Caracas tymczasowy rząd chavistów, a znaczenia nabierze wiceprezydentka Delcy Rodríguez oraz Diosdado Cabello, zresztą od lat będący szarą eminencją w Miraflores? Czy, trochę jak to miało miejsce w postfrankistowskiej Hiszpanii, reżim zaczną rozmontowywać od środka sami chaviści, nadając mu bardziej demokratyczną twarz? Jak się zachowa wenezuelska opozycja, również ta bardziej lewicowa (bo, niespodzianka: opozycja w Wenezueli to nie tylko prawicowa María Corina Machado, ale też np. komuniści)? Co zrobi wojsko i wspierające dotąd Maduro guerille, m.in. kolumbijska ELN? Co dalej wymyśli Marco Rubio?
U mnie tego pewnie nie przeczytacie, bo nie uważam się za ekspertkę od Wenezueli. Znam wielu Wenezuelczyków i przeczytałam o tym kraju parę grubszych książek, ale sama tam nigdy nie byłam - miejscem położonym najbliżej Wenezueli, jakie udało mi się odwiedzić, był kolumbijski departament La Guajira. Nie czuję się więc na siłach, aby tłumaczyć Wam wenezuelską rzeczywistość tak rzetelnie jak bym chciała.
A wbrew temu, co sądzi dziś 80% wypowiadających się jednoznacznie osób: jest to rzeczywistość bardzo skomplikowana. Mam wrażenie, że nie ma w niej złych i dobrych bohaterów. Polecam poczytać sobie np. o zamożnych boliwariańskich elitach, które upasły się na bananowych rządach Maduro przez ostatnie lata; albo o tym, jak sytuacja w tym kraju zdestabilizowała cały kontynent, dając m.in. zieloną kartkę wielu skrajnie prawicowym rządom w regionie.
Tymczasem zostawiam Was m.in. z obrazkiem Nicolasa tańczącego na tle świątecznych dekoracji (przypomnę, że Boże Narodzenie w VE zostało przeniesione na październik - cóż, jak ma się władzę, to można wszystko).
PS: Ten post miał być krótki, ale - jak widać - czasem się nie da.