W Stronę Słońca

W Stronę Słońca Jesteśmy dwójką podróżników, którzy zdecydowali objechać kulę ziemską. Dlaczego? Bo dalej się nie da!

Ekwador, Guayaquil. Maj 2017Miłosz z Martą wrócili do Polski, a ja z Michałem udałem się do miasta Guayaquil. Mieliśmy t...
11/03/2023

Ekwador, Guayaquil. Maj 2017

Miłosz z Martą wrócili do Polski, a ja z Michałem udałem się do miasta Guayaquil. Mieliśmy tam ostatni 3-tygodniowy wolontariat w ciekawym hipsterskim hostelu. Pracowaliśmy na recepcji po kilka godzin dziennie, mieliśmy zapewnione za to miejsce do spania i śniadanie. Hostel znajdował się w turystycznej części miasta. Okazało się, że miasto choć wielkie, 2-milionowe, to jest dość niebezpieczne. Nocą można było poruszać się tylko po naszej małej dzielnicy, dalej czuliśmy się niebezpiecznie. Niemniej miasto miało kilka pięknych miejsc. 3-tygoniowy pobyt wykorzystaliśmy także na zobaczenie 2 innych miejsc w Ekwadorze. W hostelu mieliśmy bazę, ale mieliśmy możliwość wyjechać na kilka dni, wrócić i dalej pracować. Był to wyjazd nad ocean do miasteczka Montañita oraz w góry do miasteczka Cuenca. Pięknie było ponownie pojechać nad Pacyfik. Ja nie byłem nad nim od kilku miesięcy, a Michał był pierwszy raz. Spaliśmy w hamakach, pływaliśmy w oceanie i smażyliśmy sobie platanos na śniadanie (takie twarde banany zdatne do spożycia dopiero po usmażeniu). Wyjazd do Cuenca też był ciekawy. Miejscowość była malownicza ale najbardziej zapamiętałem drogę do niej. Ciężko się tam było dostać, autobus jechał w górach po bardzo wąskich drogach, momentami wjeżdżaliśmy na wysokość chmur.

Nieuchronnie zbliżał się dzień wylotu. Czekaliśmy na tą chwilę. wielomiesięczna podróż już nas zmęczyła. Bardzo dużo przeżyć i bodźców, ale -od pewnego czasu- mało konkretnych celów. Przede wszystkim byliśmy spłukani. Właśnie tak się to zakończyło, pod koniec maja 2017 roku. Wracając leciałem 12 godzin z Guayaquil do Madrytu. Tam zatrzymałem się na kilka dni u koleżanki. Do Polski wróciłem na początku czerwca. Dokładnie rok po tym jak z niej wyjechałem! Chcę kiedyś zobaczyć resztę Ameryki Południowej. Jeszcze kiedyś dokończę tą podróż, z Peru do Brazylii! Być może właśnie tutaj ją opiszę:)

Pozdrawiam,
Piotr

11/03/2023

Amazonia

Ekwador, Amazonia. Maj 2017Okazuje się, że Amazonia to nie tylko Brazylia. Amazonia to teren w okolicach rzeki Amazonka ...
11/03/2023

Ekwador, Amazonia. Maj 2017

Okazuje się, że Amazonia to nie tylko Brazylia. Amazonia to teren w okolicach rzeki Amazonka a także jej dopływów, więc razem z dopływami obejmuje też teren m.in. Ekwadoru, Kolumbii, Peru. Akurat odnośnie ekwadorskiej części mieliśmy trochę informacji jak się tam dostać od pewnej Ekwadorki - koleżanki Marty. Celem podróży było dostanie się do jednego z dopływów Amazonki - miejsca gdzie dalej nie da się już poruszać drogą tylko trzeba łodzią. Chcieliśmy znaleźć przyrzeczną wioskę tubylców tam mieszkających, zobaczyć jak żyją i poznać szamana. W te rejony z Quito można było dostać się lokalnymi autobusami. Jechaliśmy z przesiadkami co kilka godzin, od miejscowości do miejscowości. Zajęło nam to dwa dni co oznacza, że w międzyczasie były dwa noclegi w wioskach po drodze. Zawsze nocleg się znalazł, tak samo jak jakieś dobre lokalne jedzenie. Tylko nigdy nie wiedzieliśmy co w menu oznaczają nazwy potraw, bo co miejscowość to inna kuchnia. Czasami pytaliśmy czym jest dana potrawa to kucharki były w szoku, że nie znamy tak podstawowych dań, które one jedzą od dziecka! W końcu po dwóch dniach dotarliśmy do ostatniej miejscowości połączonej z siecią dróg. Dalej już tylko rzeka. Zdaliśmy sobie sprawę, że teraz będziemy zdani na to, kogo znajdziemy sobie za przewoźnika na dalszy etap. Natrafiliśmy na pewnego tubylca, który jakiś czas mieszkał w Stanach, następnie wrócił w swoje strony. Wzbudził nasze zaufanie, znał angielski a nie spodziewaliśmy się że znajdziemy tam kogoś takiego. Przedstawił nam załogę oraz ofertę miejsc które są do zobaczenia. Każde z nich oddalone od siebie, więc potrzebujemy kilka dni by wszystko zobaczyć. Więc popłynęliśmy razem. W kilka dni zobaczyliśmy dwie wioski tubylców, poznaliśmy szamana, zjedliśmy świeżą rybę z rzeki, zobaczyliśmy rezerwat dzikich zwierząt a także pewien stary domek w dżungli Amerykanina, który kiedyś przeniósł się tutaj w dzicz by zaznać życia blisko natury. Po części były to bardzo mocne doznania a po części mieliśmy świadomość, że to co widzimy jest przygotowane jednak pod zwiedzających. Można powiedzieć, że ledwie dotknęliśmy tego świata. Mimo to, tyle nam wystarczyło. Byliśmy gotowi na powrót do cywilizacji. Miłosz z Martą wrócili do Quito - mieli wykupione bilety powrotne na połowę maja. Ja z Michałem miałem loty z innego miasta - Guayaquil pod koniec maja. Mieliśmy tam też ustawiony kolejny wolontariat w hostelu. Naszą ostatnią bazę, przed powrotem do Europy. O tym co tam przeżyliśmy, napiszę w kolejnym, ostatnim poście!

c.d.n.
Piotr

Cześć! Ostatnio naszła mnie inspiracja by dokończyć tą historię, ponieważ nie opowiedzieliśmy jeszcze co działo się dale...
11/03/2023

Cześć! Ostatnio naszła mnie inspiracja by dokończyć tą historię, ponieważ nie opowiedzieliśmy jeszcze co działo się dalej, jak zakończyła się nasza podróż. W kwietniu 2017 ja, Miłosz i Michał spotkaliśmy się w hostelu w którym pracowaliśmy z Miłoszem - w mieście Cali w Kolumbii. Michał zakończył swój etap rowerowy i dalej chcieliśmy jechać razem. Po długich dyskusjach i rozważaniach różnych scenariuszy stwierdziliśmy, że czas wracać do Polski. Plany mieliśmy większe, początkowo miała to być podróż dookoła świata, potem chcieliśmy dojechać przynajmniej do Brazylii, a okazało się że kończy nam się już kasa i trzeba już wracać! Zdecydowaliśmy, że kupujemy bilety powrotne do Polski i wracamy z Ekwadoru. Były tam najtańsze połączenia z Ameryki Południowej do Hiszpanii, a następnie tani przelot z Hiszpanii do Polski Ryanairem. Gdy tak zdecydowaliśmy, akurat odezwała się z Polski koleżanka Miłosza - Marta, która chciała przeżyć w Ekwadorze wyprawę do Amazonii. Uznaliśmy, że to może być świetna przygoda na koniec i ruszamy tam razem!

Spakowaliśmy się i wsiedliśmy w autobus z Cali do Ekwadoru. Wysiedliśmy na granicy w miejscowości Ipiales z piękną Bazyliką Las Lajas. Podobno miejsce objawień maryjnych i ważny cel pielgrzymek w Ameryce Południowej. Następnie przekroczywszy granicę ruszyliśmy do stolicy Quito. Miasto okazało się całkiem piękne. Kolejny raz mieliśmy szczęście bo znaleźliśmy na couchsurfingu hosta, który pokazał nam okolicę. Opowiedział też o pięknych plażach na wybrzeżu Ekwadoru, stamtąd też pochodził a w Quito studiował. Ugościł nas w pięknym mieszkaniu i kolejny raz piliśmy lokalną wódkę anyżową Aguardiente. Następnie przyleciała do Quito koleżanka Marta i po przygotowaniach rozpoczęliśmy wyprawę do Amazonii!

c.d.n.
Piotr

Kryminalne przygody Miłosza!Przygoda nr 2:Kolejny dzień w Cali, dzień jak codzień. Zjadłem śniadanie, popracowałem nie p...
30/05/2017

Kryminalne przygody Miłosza!

Przygoda nr 2:
Kolejny dzień w Cali, dzień jak codzień. Zjadłem śniadanie, popracowałem nie przemęczając się za bardzo na porannej zmianie na recepcji, obejrzałem jakiś film. Kupiłem już lot do Polski ponieważ w podróż zaczęła wkradać się już rutyna. Przepiękne widoki, architektura, natura, zaskakujące miejsca, które widziałem już tak nie zachwycały jak kiedyś, a naprawdę chciałbym aby tak było. Postanowiłem więc zrobić przerwę i w innym czasie wrócić i ze świeżym spojrzeniem na nowo zachwycać się naszym przepięknym światem. Tydzień w którym wydarzyła się „Przygoda nr 2” był dla mnie tygodniem wielu rozmyślań, raczej nie imprezowałem, nie zwiedzałem, tylko skupiłem się na sobie. Właśnie będąc tak zamyślony po zakończonej pracy wyszedłem do pobliskiego sklepu. Sklep znajdował się dosłownie dwa skrzyżowania od hostelu. Szurałem sobie klapkami idąc w moich nie najpiękniejszych brudnych od farby szortach i koszulce, aż nagle zobaczyłem trochę dziwną sytuację. Żółtym skuterem w białym kasku jedzie gość a za nim biegnie jakiś dziwny, menelowaty człowiek i krzyczy coś za nim. W każdym razie nie skupiłem się na tym za bardzo. W Kolumbii dzieją się różne dziwne rzeczy, tak więc nie zwróciłem na to większej uwagi. Spojrzałem przed siebie i po około 3-5 minutach byłem w sklepie. Sklep była to witryna, gdzie prosiło się ekspedienta o wszystko z za lady. Ruszyłem w stronę naszego hostelu, skręciłem w lewo a za rogiem poczułem, że coś jest nie tak. Niby ta sama ulica, którą szedłem 1 minutę temu. Ulica, gdzie znajduje się mnóstwo drogich i wykwintnych restauracji w jakiś sposób się zmieniła. W pierwszym momencie nie wiedziałem o co chodzi… Jednak przy najbliższej restauracji zobaczyłem coś, co wzbudziło moje zainteresowanie i gdzieś z tyłu głowy pomyślałem, że coś się święci. Restauracje były pozamykane a z okien było widać tylko głowy kelnerów. Była godzina około 14-15 czyli środek dnia. Z naprzeciwka idzie ten menelowaty gość, ten sam który wcześniej biegł za skuterem. Cały czas coś krzyczy i wymachuje rękoma. Coś czuję, że to on narobił rabanu i wszystko pozamykali. Wymijam go lekkim łukiem, gdyż nie jest to osoba która zachęca do bliższego kontaktu… po lewej stronie na ulicy widzę nadjeżdżający ten sam żółty skuter. Menel cofnął się doganiając mnie na moją wysokość mimo, że ja się nie zatrzymałem i jeszcze raz odsunął się ode mnie tak, że był za moimi plecami. Nie wiem dlaczego i co, ale cały czas krzyczał coś w kierunku gościa w białym kasku na żółtym skuterze! W momencie, gdy menel był 1,5 metra za mną chciałem zobaczyć, czy przypadkiem nie chce do mnie podejść ponownie, tym faktem trochę zaniepokojony spojrzałem za siebie….. mój wzrok nie dotarł jednak na wysokość menela. Moje oczy zatrzymały się na wysokości gościa siedzącego na skuterze a właściwie na broni, którą właśnie wyciągał, wymierzył i strzelił dwukrotnie w ułamku sekundy! Ludzie zaczęli krzyczeć i uciekać. Ja zamulony, trochę zszokowany nie wiedziałem co zrobić, więc szurając klapkami odszedłem swoim krokiem, jednak już za siebie nie patrzyłem. Z czasem myślę, że moje zachowanie było fatalne. Powinienem spieprzać gdzie pieprz rośnie! W każdym razie pierwsze dwa strzały przeleciały zaledwie około 10 cm nad głową menela! Oceniam to jedynie na postawie tego w jaki sposób gość na skuterze wymierzył broń. Nie był to strzał w powietrze! Jednak bardzo gorące ostrzeżenie! Menel zamiast uciekać rozłożył ręce i chyba zaczął krzyczeć „dalej zabij mnie”, lub coś w tym stylu. Co potem się działo nie wiem. Oddaliłem się, a strzałów już nie słyszałem.
To nie jest przyjemne uczucie, gdy ktoś strzela do człowieka stojącego 1,5 metra od ciebie…
I tym razem przeżyliśmy.

Miłosz

Michał na szlaku 2!To zaczynamy pierszy dzień łapania stopa, hiszpański opanowany do prostych konwersacji po wojażach na...
29/05/2017

Michał na szlaku 2!

To zaczynamy pierszy dzień łapania stopa, hiszpański opanowany do prostych konwersacji po wojażach na rowerze. Już pierwszego dnia szło jak na gruzie, pierwszy raz sam łapię stopa i patrząc na mapę każde kolejne miejsce jest lepsze niż to, gdzie akurat jestem. W końcu po kilku kilometrach marszu i podwózce miłego pana, dostałem się na stację benzynową. Mały ruch osobówek, a duży ciężarówek napawał optymizmem. Lecz próba znalezienia ciężarówki, która jedzie do Medellin była ciężka. Po dwóch lub trzech godzinach kompletnie zniechęcony usiadłem na boku i czekałem. Jakiś koleś zagadał i znalazł dla mnie transport, niestety płatny z kierowcą małej furgonetki. Skusiłem się, w końcu powoli robiło się ciemno, a ja od kilku dni nie oddaliłem się od Sincelejo. W końcu po kilku dniach zacząłem się naprawdę poruszać, z kierowcą i jego składanką kolumbijskiej muzyki. Nawet jak miał coś po angielsku, to od razu przeskakiwał do kolejnej piosenki 😕 Plusem tego transportu było to, że tańsze od autobusu i za pieniądze, które zapłaciłem miałem zapewniony obiad, kawę, wodę czy ciastka przez całą drogę. Mieliśmy dotrzeć o 7 rano, ale słowność latynosów często zawodzi😞 Trafiłem o 4 rano w centrum wielkiego Medellin. W hostelu nie było problemu aby zameldować się o 7 rano. I spędziłem leniwie dwa dni w nowoczesnej aglomeracji.
Ruszyłem dalej do Guatape, tym razem jak tylko znalazłem stację na wylotówce, to od razu trafiłem na miłego mężczyznę, który jechał do pracy. Zostałem wysadzony na przedmieściach miasta i czekało mnie kilka kilometrów aby dojść na obrzeża prowadzące do Guatape. Sporo chodzenia jest przy stopie 🙂 Kolejnego stopa udało się tak samo szybko złapać i już zbliżyłem się do celu na 10km. Ostatni odcinek po długim oczekiwaniu pokonałem transportem wożącym dzieci do szkoły, płacąc grosze. Guatape zachwyca olbrzymim kamieniem w środku doliny, która sama w sobie jest piękna. Ogrom jezior i gór dookoła robi robotę. Po dwóch dniach szwędania się wróciłem na szlak, w miarę szło łapanie stopa tego dnia. Wieczorem trafilem do miasta, które musiałem opuścić, jeśli chciałem przespać się pod namiotem. Poszukiwanie miejsca zajeło mi ponad 2h, wszystkie tereny Kolumbijczycy ogradzają drutem, albo zbyt gęsto rośnie las by się rozbić. Ostatecznie przespałem się tuż przy głównej drodze na werandzie u starszego małżeństwa. Starszemu Panu zabijanie komarów elektryczną rakietą sprawiało dzieciecą radość 😀
Kolejny dzień to mieszany transport, kilka razy busem się wsparłem aby wyjechać z mało uczęstrzanych miejsc. Za to miałem idealne miejsce na kamping, na wsgórzu poza miastem.
Kolejny dzień przyniósł kilka niespodzianek. Przemierzając miasto w poszukiwaniu wylotówki zostalem zaczepiony przez pana, który po prostu bez słowa wręczył mi około 3$, powiedział, że to na busa i poszedł dalej 🙂 Kolejny kierowca, który mnie zabrał, zrobił sobie zdjęcie ze mną i od razu wysłał je komuś na whatsappie. Czasem robi się za atrakcję jako "gr**go". Później zapytał się czy nie jestem głodny. Po twierdzącej odpowiedzi, zatrzymał się przy sklepie i kupił dla nas przekąski wraz z colą 🙂 wysadził mnie jakieś 70km od Cali, gdzie jechałem aby spotkać się z Miłoszem i Piotrem.
Po kilkudziesięciu minutach nieudanego łapania stopa, wyciągnąłem namiot aby go wysuszyć po ostatniej deszczowej nocy. Podjechali policjanci z pytaniem, czy czasami nie chcę urządzić sobie kempingu na wjeździe przy stacji benzynowej. Szybko tłumaczę, że tylko suszę namiot. Poprosili mnie o paszport. Mija dłuższa chwila, a oni wyskakują z tekstem, czy nie mam jakiegoś innego dokumentu aby mogli określić moją narodowość. Paszport ich przerósł... Po chwili zatrzymał się pan z dwójką dzieci. Zapytałem się czy jedzie do Cali, odpowiedział tak, tylko że jutro. Po chwili rozmowy wyszło, że może mnie przenocować i pokazać swoje miasto Buga. Nie wiem jak, ale wiedział, że w polskiej edycji MasterChef był odcinek w Kolumbii 🙂 Kolejnego dnia ruszuliśmy do Cali, gdzie miałem zapewniony nocleg z CouchSurfingu. J***y wraz z ojcem odwieźli mnie pod adres mojej hostki, z którą spedziłem kilka dni.
Jak się okazało, moja hostka Maria ma samachód, który trzeba odebrać z warsztatu. Ona sama nie może prowadzić, ponieważ ma kłopoty z nadgarstkiem. W ten sposób pojeździłem autem po całym mieście, już pierwszego dnia! Tym samochodem okazał się Chevrolet Chevy, taki sam jakim jeździliśmy po Ameryce Środkowej 🙂 Z Marią jeszcze byłem na filmie o możliwościach ratowania lokalnych gospodarek w razie światowego kryzysu, oraz na niesamowitym koncercie muzyki symfonicznej 🙂
Straciłem kolejny telefon przez spięcie podczas ładowania na płycie głównej telefonu 😕 Na szczęście nie musiałem znowu przechodzić przez mękę, kupując coś niepewnego na rynku. Pożyczyłem od Miłosza, jego zapasowego Samsunga 🙂 Ostatecznie wyszło, że ostatnią noc spędziłem w hostelu, w którym pracowali. A potem? Ruszyliśmy razem do Ekwadoru 🙂

Michał

Michał na szlaku!Chłopacy pojechali dalej w podróż busem do Medellin, a mi pozostało zrobić ostatnie przymiarki bagaży i...
28/05/2017

Michał na szlaku!

Chłopacy pojechali dalej w podróż busem do Medellin, a mi pozostało zrobić ostatnie przymiarki bagaży i zaplanować trasę na moją wycieczkę rowerową. Aby się odstresować wyszedłem z drugą wolontariuszką i jej koleżanką na sekretny wodospad. Mieliśmy jeszcze wypić tylko jedno piwo, ale jak zwykle skończyło się na tym, że o północy kończyliśmy pić z "białasem", czyli właścicielem hostelu. Nawet nie zdążyłem zrobić testowej jazdy z bagażami.
Pierwszego dnia wstałem trochę później niż zamierzałem 🙂 zaprawiony po poprzednim wieczorze ruszyłem w drogę. Na początek odcinek około 120km, który okazał się testem roweru i mojej silnej woli. Początek był problematyczny, gdyż około 10kg na przednim kole sprawiały spore problemy w sterowaniu. Jechałem wężykiem, odbijając się od prawej do lewej. Po kilku godzinach udało mi się opanować "bestię" i nawet nadałem dobre tempo. Już pierwszego dnia złapałem dwie dętki, kurka zapasu nie miałem, ale udało się sprawnie załatać, zestawem do łatania. Upał tego dnia jak każdego kolejnego był nie do zniesienia, już o 7 rano temperatura powietrza zbliżała się do 30*C 😞 dodatkowo trafiłem na odcinek 50km bez żadnego sklepu, typowa pustynia. Bez większego zapasu wody jakoś dotarłem o 15 do miasta Barranquilla. Już na samym początku przywitał mnie policjant i zabronił mi jechać jedną z głównych dróg do centrum miasta... Okazało się, że to było niebezpieczna dzielnica i prawdopodobnie by mnie obrabowali z moich bagaży. Polecili mi inną bezpieczniejszą drogę i spkojnie dotarłem do hostelu. W Barranquilla akurat był festiwal cumpleaños czyli urodziny miasta. Niestety podczas festiwalu straciłem telefon (sztuczny tłum, po prostu mi go wyciągnęli z sakwy i zorientowałem się za późno) 😞 Sporo zdjęć straciłem, których nie wrzuciłem na dysk, ale dzięki temu miałem okazje kupić używany telefon w Kolumbii. Korzystanie z tego urządzenia to była droga przez mękę...
Kolejny przystanek był blisko, kilka godzin od Barranquilla trafiłem na profesora, który wykłada na uczelni i dodatkowo uczy angielskiego w swojej wiosce. Trafiłem na urodziny jego przyjaciółki i mogłem podziwiać jak wyglądają urodziny na Kolumbijskiej wsi. Urodziny odbyły się na werandzie przed domem. Bez szwedzkiego stołu, tylko co jakiś czas, ktoś wychodził z kuchni i podawał każdemu z osobna przekąski. Nie mogło też i zabraknoć alkoholu, który podawała jubilatka chodząc z butelką i polewając każdemu połowę kieliszka. Takie zabezpieczenie aby zapobiec upijaniu się i związanych z tym atakami agresji męskiej części imprezy.
Kolejnym przystankiem była Cartagena, według niektórych najpiękniejsze miasto w Kolumbii. Miasto jak dla mnie ma jedynie piękne centrum, ładnie odnowione w stylu kolonialnym. W Cartagenie też wkradł się polski akcent, spotkałem dwa landrowery na polskich blachach 😉 W jednym polski podróżnik, a w drugim dwaj szaleńcy, oboje są na wózku inwalidzkim, którzy spełniają marzenie objechania dwóch ameryk^^
Link do ich bloga: https://www.facebook.com/wheelchairtrip/
Po tak miłym spotkaniu ruszyłem w stronę Sincelejo, celem było dojechanie tam w jeden dzień 180km 🙂 człowiek planuje, a ktoś inny ciągnie za sznurki i zajeło mi to trzy dni. Kłopoty zaczeły się już w mieście, "hamulec bezpieczeństwa" się uwolnił na środku skrzyżowania. Przedni bagażnik z plecakiem walnął o ziemię, nikogo to nie zdziwiło i ruch odbywał się normalnie, nie mam pojęcia co oni musieli widzieć na tych drogach. Kilka godzin straconych, ale wszystko naprawili mi od ręki i robocizna niemal nic nie kosztowała. Dalsza część dnia przebiegła bez problemu, bezpieczny nocleg znalazłem przy gospodarstwie rolnym. Kolejne dwa dni to koszmar. Podczas tych dni tyle razy łatałem dętkę, co przez całe życie. Cienkie opony i obciążenie jakie miałem w końcu dały o sobie znać.
Po dotarciu do Sincelejo marzyłem aby sprzedać rower... i ruszyć dalej bez niego. Lecz plany pokrzyżował Wielki Tydzień, wszystkie sklepy zamknięte już od środy. Bez innej alternatywy spędziłem kilka dni w mieście czekając nad poniedziałkiem. Fanatyzm rowerowy jaki panuje w Kolumbii objawja się tym, że nikt nie kupuje używanych rowerów... Krążąc kilka godzin po mieście całkowicie zrezygnowany, dobiła mnie kolejna awaria, pękł łańcuch niszcząc przy okazji przerzutki 😕 żaden sklep rowerowy nie skupuje używanych rowerów, ale znalazłem jakiś sklepik z używanymi częściami. O dziwo uszkodzenie roweru nie wpływało zbytnio na negocjacje, wszyscy dali mi do zrozumienia, że ciężko sprzedać używany rower. Dostałem za niego kilka groszy i tego samego dnia ruszyłem dalej autostopem w stronę Medellin 🙂

Podsumowując:
Przejechane około 1000km. Każdy kilometr w temperaturze 30*C lub wyższej. Dziennie uzupełniałem ponad 5 litrów płynów, czasem kupując jakiś sok, bo nie da się pić samej wody w takich ilościach. Za nocleg płaciłem tylko w Barranquilla w hostelu, reszta to ludzie z Couchsurfingu lub namiot w bezpiecznych miejscach.
Ruch w większych miastach jest szalony, taksówki, autobusy i cała reszta nie zwracała uwagi na mnie, czyli co chwilę ktoś zajeżdżał drogę, blokował mój pas itp. Trzeba mieć dobry humor aby to nie przeszkadzało, ale ciężko o taki w betonowych miastach bez zieleni i pełnym słońcu.
Za to osoby, które spotkałem podczas tej wycieczki były wspaniałe. Dawali wodę, czasem jakiś sok jak się zatrzymałem pod sklepem i pomagali jak szukałem miejsca na namiot 🙂 pierwszego dnia na pustynnym odcinku zatrzymał się pan w ciężarówce i uratował mnie butelką zimnej wody. Dobre ludki chodzą po Ziemi!

Kryminalne przygody Miłosza!Zanim trafiliśmy do ostatniego kraju na naszym szlaku - Ekwadoru, warto opowiedzieć o wstrzą...
26/05/2017

Kryminalne przygody Miłosza!

Zanim trafiliśmy do ostatniego kraju na naszym szlaku - Ekwadoru, warto opowiedzieć o wstrząsających wydarzeniach, które spotkały w Cali, a nawet których uczestnikiem był nie kto inny, niż Miłosz!

Przygoda nr 1:
Pewnego dnia, na hostelowe źródło informacji - Whatsapp, szef wysłał zdjęcie pewnego Kolumbijczyka ze sklepowej kamery, wraz ze zdjęciem paszportu, miał na imię Henry. Powiedział, że gdyby pojawił się on w hostelu, pod żadnym pozorem nie możemy dawać mu noclegu. Wyglądało to tak, jakby ta osoba była poszukiwana, albo przynajmniej odwaliła w swoim życiu rzeczy niezgodne z prawem i mamy uważać. Miasto Cali jest w pierwszej 10 niebezpiecznych miast na naszej planecie. Więc brzmiało groźnie.
Kilka dni po tej wiadomości, wybraliśmy się na imprezę, do najpopularniejszego lokalu w mieście - la T**a. Impreza jak impreza, dużo tańczenia, poznawanie nowych osób, a o 1 w nocy wszystkich wypraszają z klubu, bo środek tygodnia. Przyjechaliśmy dwoma taksówkami, to i odjechaliśmy dwoma. W ten sposób zostawiłem pod klubem Miłosza, myśląc, że on był w tej drugiej. Będąc w hostelu, jakoś się próbuje z Miłoszem skontaktować, chociaż jego Kolumbijski pakiet internetowy niestety był niemal wyczerpany. Wtedy otrzymałem od Miłosza wiadomość, której nigdy nie zapomnę - "boję się". Miłosz nigdy nie wypowiadał tych słów. Z pomocą kolegi Kolumbijczyka z hostelu udało się jakoś do niego dodzwonić. Jedyne, czego Miłosz chciał, to adres hostelu, od 10 minut siedział w taksówce i nie znał adresu hostelu. Wysłaliśmy adres i po chwili Miłosz się pojawił. Powiedział, że długo i mocno imprezował z jakimś gościem. Po zamknięciu chcieli zmienić miejsce imprezy, a wtedy Miłosz zadał mu dość dziwne i nietypowe pytanie "ej stary ja cię w sumie nie znam. Daj mi swój dokument zrobię zdjęcie i wyślę znajomym, że jestem z tobą." Nikt normalny nie zadał by takiego pytania. Jednak Miłosz nie wiadomo dlaczego to zrobił. Otrzymał paszport a tam przed oczami ukazały mu się dane... Henrego! Miłosz trzymał w rękach paszport właśnie tego poszukiwanego gościa, którego zdjęcia otrzymaliśmy dosłownie kilka dni wcześniej! Najwyraźniej miał jakieś przeczucie i podświadomie zadał tak dziwne pytanie o paszport. Kto wie co by się stało, gdyby Miłosz go nie poznał! Facet zorientował się, że jest coś nie tak bo Miłosz zmienił zdanie na temat zmiany klubu i zaczął szukać taksówki. Henry zaczynał być coraz bardziej nachalny i agresywny, proponować kokainę a na koniec wchodził za Miłoszem do taksówek mimo, że ten już mu powtarzał dosadnie i wprost, że z nim nie jedzie. W końcu udało się Miłoszowi wrócić samemu do hostelu.
Jak to jest możliwe pomyślałem sobie... 😀 Nie wiem jak on to robi, ale zawsze to go znajdą takie przygody. Miasto Cali ma 2,5 miliona mieszkańców, a on trafił właśnie na tą jedna osobę. Na koniec jak Miłosz wrócił do hostelu, nalegał, by jeszcze gdzieś jechać na imprezę. Kolumbijczyk, wraz z którym dzwoniłem i czekałem na Miłosza podchwycił temat. Był w naszym hostelu gościem i przyjechał z Bogoty autem. Tymże autem zaczęliśmy krążyć po mieście w poszukiwaniu imprezy.
Jechaliśmy jakieś 20 minut do dość odległego miejsca, podobno jedynego w mieście, które jest otwarte o tej porze. Wchodzimy do baru a tam przy jednym ze stolików HENRY...!

Miłosz

Cali!Gdy wielki tydzień się skończył, wtedy się zaczęły porządne imprezy! W mieście coś się działo codziennie, wystarczy...
25/05/2017

Cali!

Gdy wielki tydzień się skończył, wtedy się zaczęły porządne imprezy! W mieście coś się działo codziennie, wystarczyła chęć do wyjścia i zabranie się z ludźmi hostelu. Każdy był nastawiony na tańczenie salsy, rozmawianie po hiszpańsku, poznawanie lokalnych i tak dalej! Było po prostu świetnie. Interesująco, spontanicznie i ze smakiem ;) Apropo smaku, jedzenie w Kolumbii jest tanie i dobre!
To się działo wieczorami, a w ciągu dnia - kilka godzin lekkiej i całkiem przyjemnej pracy, a po pracy często wychodziłem na miasto, spotykając się z lokalnymi, którzy pokazywali mi ciekawe miejsca, oraz lokalne przysmaki. Poznałem sporo ludzi. Raz w klubie natrafiłem na Kolumbijkę, która działała też w społeczności couchsurfingowej i za cel postawiła sobie pomagać podróżnikom. Dzięki niej udało mi się załapać na prawdziwą Kolumbijską domówkę! A w Kolumbii wszystkie imprezy sprowadzają się do tańczenia, więc przez prawie cały wieczór tańczyliśmy w mieszkaniu. Co tańczyliśmy? Chyba wszystkie odkryte i nieodkryte style tańca, do tego pizza i Kolumbijski specjał - Aguardiente (taka wódka anyżowa). Tak tańczyliśmy, że aż w pewnym momencie, gdy zacząłem puszczać nawet polską muzykę, moja znajoma zasłabła!
Widziałem niemal wszystkie ciekawe miejsca w mieście, a raz nawet udało mi się wybrać w pewne sekretne miejsce kilka godzin od miasta, na jedną z największych huśtawek na świecie, zawieszonych nad przepaścią! Początkowo wchodząc na to, aż zaparło dech w piersiach i ogarnął mnie strach. Ale po kilku minutach to minęło i w pełni rozkoszowałem się adrenaliną i pięknem krajobrazu!
Tak minęły dwa tygodnie. W ostatnie dni pobytu, w mieście pojawił się Michał. Zadowolony i pełen wrażeń z przygód autostopowych i rowerowych.
Gdy się wszyscy spotkaliśmy, ostatecznie podjęliśmy decyzję, że wspólnie ruszamy do ostatniego kraju, Ekwadoru! Miłosz miał już kupiony stamtąd lot powrotny, a ja z Michałem też kupiliśmy, na końcówkę maja. W planach była jeszcze wizyta w Quito, Amazonia i już bez Miłosza, ostatni wolontariat w największym mieście Ekwadoru - Guayaquil!

Pozdrawiam,
Piotr

Wszystkich spragnionych informacji przepraszam za opóźnienie w postach, nie mam żadnego dobrego usprawiedliwienia. Jedyn...
24/05/2017

Wszystkich spragnionych informacji przepraszam za opóźnienie w postach, nie mam żadnego dobrego usprawiedliwienia. Jedynie takie, że Miłosz już wrócił do Polski i jest zajęty swoimi sprawami. Niemniej kolejka kilku postów jest już gotowa i w ciągu najbliższych dni codziennie coś będzie. Pojawi się też debiutowy post Michała odnośnie jego rowerowych i autostopowych przygód pomiędzy Santa Marta i Cali.

Po pożegnaniu naszego hosta w Medellin ruszamy busem do Cali. Kosztowało 65zł za jakieś 8-9 godzin jazdy. Na miejscu ruszamy kilka km z buta do hostelu, żeby ponownie zostać wolontariuszami. Idziemy w niepewne, bo żadnego potwierdzenia nie dostaliśmy 😀 W mieście jest dość gorąco, ale czysto i przyjemnie. Docieramy na miejsce i już nas witają inni wolontariusze z uśmiechem na ustach! Okazało się, że szef rzadko bywa w hostelu, jest trochę na bakier z workaway i z wiedzą kiedy i kto przyjeżdża jako wolontariusz. Ale przyjęto nas bardzo miło! Hostel jest duży, wiele wspólnej przestrzeni, duża kuchnia i do tego darmowe śniadania dla wolontariuszy. Wszędzie bardzo czysto i kolorowo. Do tego hostel ulokowany niedaleko centrum. Takiego miejsca poszukiwaliśmy!
Pierwsze dni były spokojne, ponieważ był to wielki tydzień przed Wielkanocą. W Kolumbii jest to mocno respektowane święto, w szkołach mają wolne cały tydzień, tak samo jak w większości miejsc pracy. Miasto było dość opustoszałe i nie było imprez, więc wtedy bardziej się skupiliśmy na poznawaniu na czym polega nasza praca i oglądaniu serialu Narcos.
Okazało się, że hostel jest świetnie zorganizowany pod każdym względem, a właściciel tak dobrze zorganizował system pracy, że jedyne co musiał robić to być z nami w ciągłym kontakcie poprzez Whatsapp, w razie problemów i niejasnych sytuacji. Poza tym jedynie przychodził czasem obejrzeć mecz lub zorganizować imprezę. Świetny gość!
Tydzień zakończył się imprezą pożegnalną na cześć kilku wolontariuszy, którzy ruszali dalej w podróż. Te imprezy pokazywały, że w hostelu nie traktowaliśmy siebie anonimowo, tylko faktycznie każdy starał się nawiązać jakieś ciekawe relacje i niemal stworzyć coś na kształt rodziny. Było to bardzo miłe i tak naprawdę unikalne doświadczenie podczas podróży jako takiej, gdzie jednak dominują krótkie, jednorazowe i anonimowe znajomości.
Gdy skończył się Wielki tydzień, to się zaczęło życie i imprezowanie na pełnych obrotach! O tym w kolejnym poście. Pojawi się też wiele zdjęć 😉

Piotr

Wyjechaliśmy z Santa Marta i rozdzielamy się z Michałem. Na jeden dzień zatrzymaliśmy się na couthsurfingu w innym nadmo...
29/04/2017

Wyjechaliśmy z Santa Marta i rozdzielamy się z Michałem. Na jeden dzień zatrzymaliśmy się na couthsurfingu w innym nadmorskim mieście - Barranquilla. To miasto jest znane z jednej z największych karnawałowych imprez na świecie - podobno ustępuje jedynie karnawałowi w Rio de Janeiro. Spędziliśmy tam zaledwie jedną noc, przeszliśmy się po ulicach i ruszyliśmy do Medellin.
W Medellin również spaliśmy na couchsurfingu. Żyliśmy w mieszkaniu czterech niezwykłych doktorantów. Mieszkanie było w niesamowitym miejscu z widokiem na całe miasto. Medellin jest położone w górach i na każdym kroku mamy do czynienia z pięknymi widokami. Piętro niżej był natomiast jakiś mały kościół, jakiejś niewielkiej wspólnoty chrześcijańskiej.
Medellin jest głównie znane z gangsterskiej działaności narkotykowej. Mieszkańcy tego miasta bardzo się tego wstydzą i jest to swego rodzaju temat tabu. W czasach świetności kartelu strzelaniny i bomby były na porządku dziennym. Zamachy na całe posterunki i eksterminacja wszystkich wewnątrz w ramach walki z rządem i mnóstwo innych niewyobrażalnie strasznych i niemieszczących się w głowie rzeczy było wówczas normalnością. Sam boss mafii Pablo Escobar stał się ósmym najbogatszym człowiekiem na świecie przemycając do USA 660 ton kokainy rocznie o wartości bagatela ponad 60 miliardów USD! Do walki z kartelem przyłączył się prezydent USA Ronald Regan. Jednak nie było to spowodowane ogromnymi narkotycznymi zapędami amerykańskiego społeczeństwa tylko zbyt dużą ucieczką kapitału poza granicę USA. Do tego kartel współpracował z rządami komunistycznymi np. rządem Nikaragui, które pomagały w przemycie towaru do USA, a Regan był skrajnym antykomunistą.

Dziś Medellin jest dużym, pięknym, bogatym i nowoczesnym miastem. Miasto liczy 2,5 miliona mieszkańców. Komunikacja publiczna jest rozwinięta na poziomie światowym a Warszawska nie dorasta jej nawet do pięt. Rozwinięty system metra i kolejki naziemnej do której dowieść mogą nas specjalne autobusy. Mnóstwo ciekawych rozwiązań infrastrukturalnych jak np. włączenie kolejki linowej w system metra. Jest to ciekawy środek transportu. Medellin jest położone w górach, więc aby dotrzeć do osiedli położonych na szczycie jest to sensowne rozwiązanie. Według jednego z rankingów Medellin było w 2016 roku najnowocześniejszym miastem na świecie! Osobiście myślę, że jest to ryzykowne stwierdzenie ale jestem przekonany, że w Polsce nie mamy nowocześniejszego miasta.
Naszym przewodnikiem był nasz host Yul, a także Sandra. Koleżanka, którą spotkaliśmy podczas pobytu w Meksyku w naszym najpiękniejszym wspomnieniu, czyli w Puerto Escondido. Sandra zaprowadziła nas w wiele pięknych i typowych miejsc dla Medellin. Do tego spędziliśmy z nią i z jej znajomymi ciekawą noc na pełnych obrotach w imprezowej części miasta.

Uwierzcie mi Kolumbia, mimo że jest trochę niebezpieczna, to jest bardzo rozwiniętym i nowoczesnym krajem. A poziom życia jest zbliżony do Polski. Może warto zmienić wyobrażenie tego kraju, nie myśleć stereotypowo oraz zaktualizować swoje informacje na jej temat. Dzisiejsza Kolumbia nie jest Kolumbią z przed 20-30 lat. Kolumbia nie równa się kokaina. Mimo, że jest jej sporo, dziś jednak większość produkcji przeniosła się do Wenezueli a minister sprawiedliwości tego kraju jest poszukiwany przez FBI za handel narkotykami. Pamiętać też musimy o tym, że w walce z kartelami zginęło mnóstwo osób i niemal każdy w Medellin znał kogoś, kto został zamordowany. A osoby kupujące ten narkotyk mają krew na rękach.
Żyjemy!

Miłosz

Dirección

Quito

Página web

Notificaciones

Sé el primero en enterarse y déjanos enviarle un correo electrónico cuando W Stronę Słońca publique noticias y promociones. Su dirección de correo electrónico no se utilizará para ningún otro fin, y puede darse de baja en cualquier momento.

Compartir

Categoría