29/05/2017
Michał na szlaku 2!
To zaczynamy pierszy dzień łapania stopa, hiszpański opanowany do prostych konwersacji po wojażach na rowerze. Już pierwszego dnia szło jak na gruzie, pierwszy raz sam łapię stopa i patrząc na mapę każde kolejne miejsce jest lepsze niż to, gdzie akurat jestem. W końcu po kilku kilometrach marszu i podwózce miłego pana, dostałem się na stację benzynową. Mały ruch osobówek, a duży ciężarówek napawał optymizmem. Lecz próba znalezienia ciężarówki, która jedzie do Medellin była ciężka. Po dwóch lub trzech godzinach kompletnie zniechęcony usiadłem na boku i czekałem. Jakiś koleś zagadał i znalazł dla mnie transport, niestety płatny z kierowcą małej furgonetki. Skusiłem się, w końcu powoli robiło się ciemno, a ja od kilku dni nie oddaliłem się od Sincelejo. W końcu po kilku dniach zacząłem się naprawdę poruszać, z kierowcą i jego składanką kolumbijskiej muzyki. Nawet jak miał coś po angielsku, to od razu przeskakiwał do kolejnej piosenki 😕 Plusem tego transportu było to, że tańsze od autobusu i za pieniądze, które zapłaciłem miałem zapewniony obiad, kawę, wodę czy ciastka przez całą drogę. Mieliśmy dotrzeć o 7 rano, ale słowność latynosów często zawodzi😞 Trafiłem o 4 rano w centrum wielkiego Medellin. W hostelu nie było problemu aby zameldować się o 7 rano. I spędziłem leniwie dwa dni w nowoczesnej aglomeracji.
Ruszyłem dalej do Guatape, tym razem jak tylko znalazłem stację na wylotówce, to od razu trafiłem na miłego mężczyznę, który jechał do pracy. Zostałem wysadzony na przedmieściach miasta i czekało mnie kilka kilometrów aby dojść na obrzeża prowadzące do Guatape. Sporo chodzenia jest przy stopie 🙂 Kolejnego stopa udało się tak samo szybko złapać i już zbliżyłem się do celu na 10km. Ostatni odcinek po długim oczekiwaniu pokonałem transportem wożącym dzieci do szkoły, płacąc grosze. Guatape zachwyca olbrzymim kamieniem w środku doliny, która sama w sobie jest piękna. Ogrom jezior i gór dookoła robi robotę. Po dwóch dniach szwędania się wróciłem na szlak, w miarę szło łapanie stopa tego dnia. Wieczorem trafilem do miasta, które musiałem opuścić, jeśli chciałem przespać się pod namiotem. Poszukiwanie miejsca zajeło mi ponad 2h, wszystkie tereny Kolumbijczycy ogradzają drutem, albo zbyt gęsto rośnie las by się rozbić. Ostatecznie przespałem się tuż przy głównej drodze na werandzie u starszego małżeństwa. Starszemu Panu zabijanie komarów elektryczną rakietą sprawiało dzieciecą radość 😀
Kolejny dzień to mieszany transport, kilka razy busem się wsparłem aby wyjechać z mało uczęstrzanych miejsc. Za to miałem idealne miejsce na kamping, na wsgórzu poza miastem.
Kolejny dzień przyniósł kilka niespodzianek. Przemierzając miasto w poszukiwaniu wylotówki zostalem zaczepiony przez pana, który po prostu bez słowa wręczył mi około 3$, powiedział, że to na busa i poszedł dalej 🙂 Kolejny kierowca, który mnie zabrał, zrobił sobie zdjęcie ze mną i od razu wysłał je komuś na whatsappie. Czasem robi się za atrakcję jako "gr**go". Później zapytał się czy nie jestem głodny. Po twierdzącej odpowiedzi, zatrzymał się przy sklepie i kupił dla nas przekąski wraz z colą 🙂 wysadził mnie jakieś 70km od Cali, gdzie jechałem aby spotkać się z Miłoszem i Piotrem.
Po kilkudziesięciu minutach nieudanego łapania stopa, wyciągnąłem namiot aby go wysuszyć po ostatniej deszczowej nocy. Podjechali policjanci z pytaniem, czy czasami nie chcę urządzić sobie kempingu na wjeździe przy stacji benzynowej. Szybko tłumaczę, że tylko suszę namiot. Poprosili mnie o paszport. Mija dłuższa chwila, a oni wyskakują z tekstem, czy nie mam jakiegoś innego dokumentu aby mogli określić moją narodowość. Paszport ich przerósł... Po chwili zatrzymał się pan z dwójką dzieci. Zapytałem się czy jedzie do Cali, odpowiedział tak, tylko że jutro. Po chwili rozmowy wyszło, że może mnie przenocować i pokazać swoje miasto Buga. Nie wiem jak, ale wiedział, że w polskiej edycji MasterChef był odcinek w Kolumbii 🙂 Kolejnego dnia ruszuliśmy do Cali, gdzie miałem zapewniony nocleg z CouchSurfingu. J***y wraz z ojcem odwieźli mnie pod adres mojej hostki, z którą spedziłem kilka dni.
Jak się okazało, moja hostka Maria ma samachód, który trzeba odebrać z warsztatu. Ona sama nie może prowadzić, ponieważ ma kłopoty z nadgarstkiem. W ten sposób pojeździłem autem po całym mieście, już pierwszego dnia! Tym samochodem okazał się Chevrolet Chevy, taki sam jakim jeździliśmy po Ameryce Środkowej 🙂 Z Marią jeszcze byłem na filmie o możliwościach ratowania lokalnych gospodarek w razie światowego kryzysu, oraz na niesamowitym koncercie muzyki symfonicznej 🙂
Straciłem kolejny telefon przez spięcie podczas ładowania na płycie głównej telefonu 😕 Na szczęście nie musiałem znowu przechodzić przez mękę, kupując coś niepewnego na rynku. Pożyczyłem od Miłosza, jego zapasowego Samsunga 🙂 Ostatecznie wyszło, że ostatnią noc spędziłem w hostelu, w którym pracowali. A potem? Ruszyliśmy razem do Ekwadoru 🙂
Michał