16/02/2026
Wczoraj zakończyła się wystawa poświęcona twórcom Szkoły Paryskiej (École de Paris),która miała miejsca w muzeum Montmartre’u.
Miałam przyjemność w niej uczestniczyć.
Pozwalam sobie podzielić się z Wami relacją z tego ciekawego wydarzenia..
Ekspozycja zawierała dzieła zgromadzone przez Marka Roeflera.
“Ci młodzi artyści, urodzeni w podzielonej Polsce, odnaleźli swój głos we Francji. Paryż ich inspirował, a oni w zamian wzbogacili miasto swoją sztuką.”
Marek Roefler
Czym była ÉCOLE DE PARIS?
Gdy Paryż stał się nową Jerozolimą sztuki
ZIEMIA OBIECANA:
U zarania krwawego wieku, gdy Europa rozdarta była granicami i uprzedzeniami, a Polska zniknęła z map pod butami trzech zaborców, narodziła się opowieść o odwadze, tęsknocie i nieposkromionej potrzebie tworzenia. Młodzi, z torbą podróżną w jednej ręce i pędzlem w drugiej, wyruszali w nieznane. Ich cel był jeden: Paryż,Miasto Świateł,Nowa Jerozolima, gdzie sztuka nie znała granic, a wolność była jedynym dogmatem.
EXODUS
Z mroźnych ulic Warszawy, Krakowa, Wilna, z zakurzonych pracowni i zadymionych akademii – przybywali jak prorocy nowej ery. Wioząc w duszach ciężar wykorzenienia, w oczach mieli ogień, który miał rozpalić awangardę świata. Wiedzieli, że aby odnaleźć siebie, muszą stracić wszystko.
Wiedzieli dobrze,że prawdziwy dom artysty nie jest z cegły i zaprawy murarskiej, ale z płótna, olejnej farby i marzenia.
Henri Hayden – polski wędrowiec, który na Montparnassie odnalazł swoją Arkadię. Z okien swej pracowni przy bulwarze Raspail patrzył na skrzyżowanie Vavin, gdzie życie tętniło mocniej niż gdziekolwiek indziej. Kawiarnie La Rotonde i Le Dôme stały się jego synagogami, a pędzel – kadzidłem, którym oddawał cześć nowoczesności.
MONTPARNASSE
I stał się cud pomieszania języków, ale w przeciwieństwie do biblijnej wieży Babel – nie przekleństwem, ale błogosławieństwem. Przy rue Joseph-Bara 3, w pracowni Mojżesza Kislinga, zwanej żartobliwie "Akademią Kislinga", spotykali się wszyscy: Modigliani, którego linie były jak pieśni Salomona; Soutine, malujący z furią starotestamentowego proroka; Utrillo, śpiewak paryskich zaułków.
A potem przyszła ONA. Kiki. Alicja Prin – dziewczyna z niczego, która stała się Królową Montparnasse. "Regina vagabundorum" – królowa włóczęgów. Jej twarz, jej ciało stały się świątynią, w której modlili się najwięksi: Foujita, Man Ray, Mendjizky, Kisling. Gdy Man Ray ubrał jej plecy w otwory rezonansowe skrzypiec i nazwał to Le Violon d'Ingres, stworzył nie tylko fotografię – stworzył ikonę. Kiki była ofiarą, kapłanką i boginią w jednym. Malowała, śpiewała, tańczyła na wulkanie międzywojennego świata.
KUŹNIA TYTANÓW
A w kuźni tej kuto nowy język. Bolesław Biegas tworzył swoje Portrety sferyczne – twarze ludzkie zamknięte w geometrycznych orbitach, jakby dusze artystów uwięzione w kryształach czwartego wymiaru. Jego Melancholia to nie obraz, to okno do kosmosu, w którym kobieca twarz wyłania się z kalejdoskopu kolorów, by pytać: kim jesteśmy, gdy odrzucimy kształty nadane nam przez świat?
Tamara Łempicka, arystokratka duszy, przybyła z Warszawy, by stać się kapłanką art déco. Jej Młody mężczyzna z książką to nie portret – to hymn na cześć homo universalis, człowieka renesansu w epoce maszyn. Malowała twarze jak rzeźby, a rzeźby jak modlitwy. Jej linie były ostre jak brzytwa, a kolory jak witraże w katedrze nowoczesności.
Mela Muter – pierwsza polska artystka, która w Paryżu zdobyła międzynarodowe uznanie. Jej Macierzyństwo z 1924 roku, namalowane w roku śmierci jedynego syna, to nie obraz, to lament. To pieśń nad pieśniami matki, która trzyma w ramionach nie tylko swoje dzieci, ale cały ból świata. Jej faktura – szorstka, ziemista, bolesna – jest jak całun, w który owija swoją stratę.
OBJAWIENIE I ROZPROSZENIE
Lecz każda wieża Babel musi runąć. Lata 30. przyniosły ciemność. CzarnyCzwartek 1929 roku zachwiał nie tylko giełdą, ale i sumieniem Europy. Z kryzysu wykluł się potwór nazizmu. Dla artystów żydowskiego pochodzenia – a było ich wielu wśród École de Paris – nastał czas próby ogniowej.
Ci, którzy jeszcze niedawno tworzyli nową sztukę, teraz musieli uciekać, ukrywać się, walczyć o życie. Pracownie pustoszały. Płótna palono na ulicach. Farby zamarzły w tubkach, gdy nadeszła zima Zagłady.
Nie wszyscy ocaleli. Większość pochłonęły obozy. Ich dzieła – rozproszone, ukryte, ocalone przez przyjaciół – stały się świadectwem, że światło może przetrwać nawet w najgłębszej ciemności.
ODRODZENIE Z POPIOŁÓW
I oto, dekady później, jeden człowiek postanowił zebrać te rozproszone iskry. Marek Roefler – fizyk , który zamiast badać materię nieożywioną, postanowił ocalić duszę École de Paris. Jak Noe budujący arkę, przez trzydzieści lat gromadził dzieła swoich rodaków, którzy stali się obywatelami świata.
W Konstancinie pod Warszawą, w willi, której nadał imię Villa La Fleur (gra słów z jego nazwiskiem), stworzył przybytek. Świątynię pamięci. Miejsce, gdzie obrazy odzyskały głos, a prochy artystów – ciało.
POWRÓT DO ŹRÓDEŁ
A potem, w zimie 2026 roku, stała się rzecz niezwykła. Obrazy wróciły do Paryża. Do Musée de Montmartre. Do miasta, które było ich matką i kochanką, ich natchnieniem i grobem.
Na ścianach muzeum, tam gdzie kiedyś tętniło życie bohemy, zawisły oblicza artystów. Eugeniusz Żak z jego arkadyjskimi pejzażami – marzeniem o harmonii, która nigdy nie nadeszła. Leopold Gottlieb ze Żniwiarzami zbierającymi plony życia na wieki wieków. Alice Halicka z jej Romansami kapitanowanymi – kolażami z tkanin i marzeń, dowodem, że nawet z fragmentów można stworzyć całość.
Ostatnia sala wystawy należała do Łempickiej. Jej Kompozycja abstrakcyjna w błękicie z około 1963 roku to już nie art déco, nie kubizm, nie figuracja. To krzyk. To wołanie artystki, która przeżyła wszystko i widziała, jak jej świat umiera, a potem – jak zmartwychwstaje w nowej formie. Błękit Pollocka, gest ekspresjonistów amerykańskich, ale dusza – wciąż paryska, wciąż z Montparnasse'u, wciąż polska.
École de Paris nie była stylem. Była postawą. Była dowodem, że sztuka nie zna granic, a artysta jest obywatelem nie państwa, ale wyobraźni.
W wielojęzycznym zgiełku paryskich kawiarni, w zapachu terpentyny i dymu papierosowego, w blasku świateł La Rotonde – tam właśnie, w tym tyglu, wykuwała się nowoczesność.
I choć wojna zgasiła światła, choć artyści poszli w rozsypkę, choć ich pracownie zajęli inni, choć ich prochy rozwiał wiatr nad Sekwaną i Wisłą – ich dzieła pozostały.
A one mówią jednym głosem, ponad czasem i przestrzenią:
"Byliśmy. Tworzyliśmy. Nie zapominajcie."
Niechaj ich dzieła świadczą o nas – o ludziach, którzy potrafią tworzyć piękno nawet w obliczu unicestwienia.