07/11/2021
No i dobiegam w końcu do końca 🤣 trzymałam ten ostatni dzień na koniec, bo spieszyłam się na imprezę Halloween'ową i uznałam, że najlepsze (jedzonko) polecę w ostatnim poście. A mam dla wytrwałych polecajke po której nikt nie wyjdzie zawiedziony. Tym objawieniem jest Forchetta d'oro w pobliżu parku Vittorio Emanuele (jest tam stacja metra). Poszliśmy tam na śniadanio-obiad. Tak, wstawaliśmy o 11. I tak, picie kawy przed wyjściem i zbieranie sił zajmowało nam rano po 2 godziny. Ale do rzeczy.
Byłam tam już kiedyś z erasmusowymi przyjaciółmi w jakieś 10 osób. No i zapamiętałam to miejsce z domowej atmosfery i wyjątkowego klimatu, gdzie każdy mógł zostawić jakąś swoją cegiełkę. Ściany są całe w pozdrowieniach i banknotach z całego świata, sporo też polskich akcentów.
Jednak jako jedyni tego dnia byliśmy na zewnątrz lokalu. Ale też miło. Usiedliśmy przy małym kwadratowym stoliczku i odrazu dostaliśmy menu. Zamówiliśmy bolognese i Primavera (o ile dobrze pamiętam nazwę, był to makaron z pomidorkami, świeżą bazylią i mozarellą. Jeśli brzmi zbyt prosto - niech was to nie zwiedzie, bo Arek chyba mi po cichu tego dania zazdrościł 😁). Zanim dostaliśmy dania, na stół wjechał pyszny, domowy chleb z chrupiącą skórką i pieczone warzywa do chlebka. Było to jako darmowa przystawka, miły gest w stronę głodnych gości. Zamówiliśmy Peroni. Pijemy sobie piwko, lekko już połechtani smakiem przystawek i zimnych bąbelków, aż dania w końcu wjechały na stół. No i ja się znów rozpłynęłam nad tym włoskim jedzeniem. Oba dania były genialne, aczkolwiek muszę przyznać że dla mnie Primavera lepsza. Ale każdy ma swoje gusta 😛 Nagle, w trakcie, na stół wjeżdża drugie piwo. W zasadzie nie myśląc wiele (przecież go nie zamawialiśmy) uznaliśmy, że spoko - pijemy. Jak już dojechaliśmy do końca tej rozpusty, wjechała kolejna. Bo teraz trochę bardziej tradycyjnie po włosku był deser i likier. Czyli domowe tiramisu i niedomowe limoncello 😛😅 I z tym kolejny hit i ciekawostka. Bo Włosi, jak już może ktoś z Was wie, mają tradycyjny porządek wieczornego posiłku - aperitivo, się znaczy przystawka (często na aperitivo idzie się do knajpki pogadać z ziomkami i sączyć lekkiego drina, najbardziej znanym drinkiem w tym przypadku jest słynny Aperol Spritz, do tego dostaje się jakieś przekąski - pokaże dalej nasze aperitivo na Trastevere); pierwsze danie (primo piatto) czyli zazwyczaj jakaś ryba czy mięso (przez nas skrupulatnie omijane), drugie danie (secondo piatto) - tu wjeżdża makaron, potem jest dolce, czyli słodkie i tu pewnie wszyscy wiedzą że prym wiedzie Tiramisu. Do tego słodkiego pije się likiery i może to być właśnie limoncello - pochodzący z obszaru Sorrento, słynnego z cytryn; lub Amaro, bardziej ziołowe aromaty, lub pewnie inne których jeszcze nie znam. No i ja Arkowi powiedziałam, że musi tego limoncello w końcu spróbować. Dostaliśmy dwie różne szklanki i cała butelkę i hulaj dusza piekła nie ma. Na rachunek tego nie nabijają. Zresztą jak byliśmy w 10 osób i opiliśmy ich z 2 butelek to też chyba nie nabili. Arek zakochał się w limoncello, bo jak się okazało "ej to jest zupełnie inne niż nasza cytrynówka"... Hahaha, tak zasmakowało. A dlatego, że jest tam więcej cytryn i cukru, a mniej alkoholu 😅 Taki likierek to był idealny finish. Nie dość, że wyszliśmy pełni pod korek to jeszcze lekko zawiani 🤣 szło się błogo w każdym razie... Danie kosztowało ok 8 euro, tiramisu chyba ze 4, duże piwo 0,66l też 4. Za całą wyżerkę zapłaciliśmy naprawdę stosunkowo niewiele. Czekał nas tego dnia czill out i nieśpieszny spacer. I po tym śniadanio-obiedzie poszliśmy sobie w stronę centrum, zaprowadziłam Arka na getto. Okazuje się, że to papież już w XVI wieku nienawidził Żydów i zdecydował ukrócić im prawo do normalnego życia. A my żeśmy myśleli, że to pozostałość po niechlubnej historii XX wieku... Cóż.
Na wejściu do getta znajduje się teatro Marcello, teatr, który powstał jeszcze przed koloseum. Obecnie są tam szczęśliwcy zamieszkujący nadbudówki z czasów renesansu. Przeszliśmy się obok synagogi. Piękny budynek. I też całkiem nowy, bo z tego co pamiętam to były lata 1900, gdy powstał. Nie mieliśmy już tego dnia nastroju na zwiedzanie czegokolwiek, więc udaliśmy się na Zatybrze, kupiliśmy piwo, by tam następnie wspiąć się na Janikulum i zrelaksować się. I był to strzał w dziesiątkę.
Piękny widok, światło zachodzącego słońca oblało miasto złotem i ciężko było oderwać wzrok od tego tętniącego życiem molocha... I gór za nim, które powoli kryły się w ciemności, a na widok wychodziły światła górskich wiosek...
Siedząc tam opowiadałam Arkowi wiele tych historii, które wydarzyły się na wzgórzu i nie tylko. Chciałam podzielić się bardzo tym, jak wyglądało moje życie w tym pięknym i chaotycznym mieście. Jakie przyjaźnie zawiązałam i co przeżyłam. Czułam, że tam został kawałeczek serca i sentyment kazał mi uronić łzę. Ciężko było mi z Janikulum zejść. Czulam, jakby to było takie ostateczne pożegnanie. Trzeba schować wspomnienia i sentymenty do szuflady i iść dalej.....
Gdy już nasyciliśmy się tą atmosferą i widokiem, postanowiliśmy jeszcze chociaż ten jeden raz iść na aperitivo. W końcu ani razu nie piliśmy aperola. Poszliśmy więc na plac San Calisto i usiedliśmy w najfajniej wyglądającym barze (oczywiście nie było to proste i nie od razu się udało, bo był pełen). Aperitivo było drogie, bo 10 euro od osoby (przeciętnie Aperol kosztuje 5-6..) lecz trudno. Miejsce przyjemne, raz się żyje. Ale uważam że było chociaż warte swojej ceny, bo kielichy były ogromne i piękne, a przystawki konkretne i pyszne. Po odpoczynku na placu udaliśmy się już na tramwaj, by zdążyć jeszcze zjeść coś koło nas. Była w końcu już prawie 22. Dojechaliśmy na Vittorio Emanuele i tam, w pobliżu, weszliśmy do lokalu (oczywiście azjatycki) który już wcześniej wpadł nam w oko, ale jakoś nie było wcześniej okazji. Chyba był to bar wietnamski. Na wstępie już przekonało nas to, że było pełno Azjatów w środku. I rzeczywiście, bar zrobił na nas ogromne wrażenie. Dał ciekawe doświadczenie, bo na każdym stoliku był mini grill i dostawało się jakieś mięsko czy warzywa i samemu doglądało. I było pysznie!
My, oboje wegetarianie, zrobiliśmy sobie tygodniowy odpust od naszej wrażliwości i uznaliśmy, że trzeba czasem próbować nowych rzeczy - głównie we Włoszech chodziło mi np. o carbonare, ale w przypadku tej knajpy nie odpuściliśmy też kilku szaszłyków z mięsem. Do tego znów po azjatyckim piwku i była pełnią szczęścia i pełnia dla brzuszka...
58 Via Bixio
https://maps.app.goo.gl/LBSSQ2r5uSHjiCW67 tu jest to miejsce, są dwie restauracje. Z kolorem czerwonym próbowaliśmy na wynos, a na przeciwko z niebieskim to ta nasza wietnamska. Obie dobre.
Na koniec w mieszkaniu czekała na nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Mianowicie po całym tygodniu w końcu spotkaliśmy kogoś z pozostałych gości. Byli to dwaj Austriacy, zaprosili nas do stołu. A tak się akurat miło złożyło, że mieliśmy w lodówce butelkę wina, którą trzeba było wykończyć... 😛 I było to piękne zwieńczenie wieczoru i całego wyjazdu!
Poniedziałek to już było tylko jedzenie u dojazd na lotnisko. Tym razem jedliśmy tu: Ristorante il lampadario
+39 06 8667 6390
https://maps.app.goo.gl/DRKWDssTv9VuDehi6
I niby jedzenie dobre, serio carbonara mnie mocno usatysfakcjonowała, lecz obsługa średnia i Arek dostał zimne jedzenie. Poszliśmy tam tylko dlatego, że była opcja zniżki w aplikacji TheFork. Polecam mocno, bo można złapać zniżki na 50%.
I tak to zleciało... potem to już tylko kupić jedzenie na wynos i biec na pociąg. Fiumicino znajduje się dalej od Cianpino i trzeba łapać pociąg z Termini, Trastevere lub Ostiense.
No i do następnego, Rzymie!