04/12/2024
Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna jest jednym z pięciu oficjalnie socjalistycznych krajów na świecie (obok Wietnamu, Korei Pn., Kuby i Chin). Socjalizm ten jest jednak całkowicie bezobjawowy w sferze gospodarczej i społecznej, i w takiej Polsce z jej państwowymi molochami, 500plusami, związkami zawodowymi, 13 emeryturami i innymi objawami dyktatury proletariatu jest go zdecydowanie więcej.
Laos ma trudną historię i trudnych sąsiadów: Tajlandię prowadzącą przez wieki ekspansywna politykę, Wietnam, gdzie Vietkong korzystał z terytorium Laosu jako bazy, skutkiem czego na Laos spadło więcej bomb niż na jakikolwiek inny kraj na świecie (tak, więcej niż na Niemcy w DWŚ), no i Chiny, które nie wojują, tylko po prostu kupują po kawałku. Widać to na ulicach Luang Phrabang, gdzie konsulat Wietnamu jest jak Ambasada ZSRR w Warszawie, wszystkie wielkie nowe hotele są chińskie, i chińskie wycieczki okupują turystyczne atrakcje (wg. miejscowych mały z nich pożytek – śpią w chińskich hotelach, przyjeżdżają chińskim pociągiem i jedzą tylko w chińskich knajpach), a płacić można wszędzie także w tajskich bahtach. Tajowie z całej wielkiej trójki są zresztą teraz najlepiej postrzegani, choćby ze względu na pokrewieństwo językowe i wszechobecną w Laosie tajską TV.
Ale – PKP nie przyjechało tu dla tylko pieknego Mekongu i historii, ale też zjeść i się napić, co też uczyniliśmy w najlepszy możliwy sposób, czyli odwiedzając miejscowych. Nasz przewodnik ze statku, Mr. Paeng, polecił nam swojego znajomego, Santi, który zaprosił nas do siebie do domu, gdzie jego urocza żona La zrobiła nam solidną lekcję laotańskiej kuchni. A lekcja była na serio, bo La na codzień jest nauczycielką historii w szkole średniej w Luang Phrabang.
Zaczęło się na targu, gdzie dobre pół godziny chodziliśmy z siatkami i koszem za La, a ona kupowała kolejno warzywa, zieleniny, mięso, a w końcu ryby. Resztę składników braliśmy w czasie gotowania z ich ogródka.
Zupa z pędów bambusa na entree, ryba w liściach bananowca na pierwsze, wieprzowinka O Lam na drugie, do tego do zakąszania grillowana wieprzowina z sosami własnej roboty, gotowane warzywa i mango na deser – pychotka, podlana do tego lao lao, czyli lokalnym bimbrem szczodrze serwowanym przez naszego gospodarza – Santi. Zresztą, zobaczcie sami!
Ciekawostką jest to, że odrobina soli była jedyną przyprawą sensu stricte dodawaną do potraw. Cały ich aromat brał się, jak u La Varenne’a, ze składników: świeżych, zielonych, kupionych na targu lub narwanych w ogrodzie Santi i La.
Kilka przepisów, spisanych w czasie lekcji, znajdziecie w kolejnym poście :) Obserwujcie uważnie!
PS. Ze względu na prywatność nie podaję tu namiarów na Mr. Paenga i Santi, ale mam je i chętnie udostępnię zainteresowanym :) Obaj są godni polecenia – jako przewodnik i gospodarz warsztatów kulinarnych.