25/07/2026
Patrzę na świat wokół nas i odczuwam niemal fizyczny ból, połączony z głębokim smutkiem i niepokojem. Żyjemy przecież w czasach, które z pozoru powinny dać nam największe poczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Mamy ciepło w domach, bieżącą wodę, dostęp do dobrego jedzenia, samochody pod blokami i telefony, które łączą nas z całym światem w ułamku sekundy. Jesteśmy społeczeństwem wykształconym, czytającym, wolnym od powszechnego kiedyś analfabetyzmu. A jednak pod tą powłoką dobrobytu rodzi się mrok, którego nie potrafię ani zrozumieć, ani zaakceptować. W naszych sercach i umysłach wyrosła olbrzymia, niszcząca fala wrogości. Człowiek dla drugiego człowieka znowu stał się wilkiem (przepraszam wilki). Mówi się czasem, że człowiek dla drugiego człowieka znowu stał się wilkiem. Ale gdybyśmy naprawdę przyjrzeli się mądrości natury, życzyłbym sobie, abyśmy potrafili być dla siebie właśnie jak wilki w stadzie — abyśmy umieli się wzajemnie chronić, dbać o najsłabszych i budować prawdziwą bliskość, zamiast się kąsać i niszczyć.
To nie jest już tylko abstrakcyjna, odległa polityka z telewizyjnego ekranu. Ta nienawiść zeszła na nasze ulice, do tramwajów, sklepów i osiedlowych parków. Z trwogą obserwuję fakty, o których coraz częściej donoszą media i o których słyszymy od sąsiadów. Ukraińcy, którzy uciekli przed piekłem wojny i szukali u nas schronienia, słyszą dzisiaj na ulicach obelgi i stają się celem fizycznych napaści. Studenci z Azji czy Afryki są popychani i wyzywani w przestrzeni miejskiej tylko za to, że mają inny kolor skóry. Wystarczy ciemniejsza karnacja, by w środku dnia stać się obiektem wulgarnego ataku w autobusie. Osoby ze społeczności LGBT są zastraszane i bite, a młode, atrakcyjnie ubrane kobiety spotykają się z agresją i werbalnym poniżaniem.
Czy naprawdę dożyliśmy czasów, w których samosądy i tzw. patrole obywatelskie bezprawnie legitymują i zastraszają ludzi na ulicach polskich miast? Zamiast ochrony obywateli rodzi się atmosfera zastraszenia i samowoli. Słowa pełne pogardy, płynące bezkarnie z trybun politycznych i niektórych ambon, zamieniają się w fizyczną przemoc. Najbardziej przeraża mnie fakt, że agresorami nie są już wyłącznie młodzi, zamaskowani chuligani. Dziś wrogość wybucha w ludziach dorosłych, a nawet starszych, którzy powielają ten ślepy gniew. Co gorsza, obiektem napaści i szkalowania stają się nawet małe, bezbronne dzieci. Zdarza się, że tłum wokół milczy, odwracając wzrok i pozostawiając atakowanego samemu sobie. To milczące przyzwolenie rani chyba najbardziej. Nasza legendarna polska gościnność i życzliwość kruszeją na naszych oczach. W umysłach Polaków powoli rodzi się cicha, bratobójcza wojna domowa. Wróg nie leży już tylko na zewnątrz — stworzyliśmy go wśród swoich. Zapomnieliśmy, jak rozmawiać, jak słuchać i jak wybaczać.
Pytam sam siebie ze smutkiem: dlaczego nie potrafimy powstrzymać tych negatywnych emocji? Co sprawia, że wystarczy iskra, by w dyskusji zamiast argumentów w ruch poszły obelgi, pięści, a czasem i niebezpieczne narzędzia? Media społecznościowe i algorytmy podsuwają nam codziennie porcję skandali, karmiąc nasz lęk i frustrację. Żyjemy w ciągłym przebodźcowaniu i biegu, przez co tracimy zdolność do współczucia. Poglądy stały się dla wielu pancerzem, a odmienne zdanie traktujemy jak zamach na własne życie. Chęć posiadania racji przesłoniła nam wartość drugiego człowieka. Przestaliśmy widzieć w przechodniu jednostkę z własnym losem, zmartwieniami i marzeniami. Zastąpiliśmy żywą relację chłodną etykietą i podziałem na „naszych” i „obcych”. Gdy w sercu brakuje spokoju, najłatwiej wyładować złość na kimś słabszym. Wybuch agresji daje chwilową ulgę, ale pozostawia po sobie głębokie zgliszcza. I to jest ten najsmutniejszy bilans naszych nowoczesnych czasów.
Stoję dziś przed Wami pełen ogromnego, wręcz paraliżującego strachu o jutro. Boję się o moją rodzinę, którą kocham nad życie. Ogarnia mnie lęk o kobiety — nasze córki, żony, matki i wnuczki — które chcą po prostu czuć się bezpiecznie, spacerując po ulicach naszych miast. Serce mi pęka na myśl o dzieciach, których dzieciństwo zatruwane jest widokiem dorosłych pełnych wściekłości i nienawiści. Drżę o moich przyjaciół i znajomych, z którymi dzielę trudy i radości dnia codziennego. Ale boję się również o każdego nieznajomego człowieka, którego mijam na ulicy. Boję się o młodego chłopaka z plecakiem, o starszą panią na przystanku i o obcokrajowca, który przyjechał tu pracować lub się uczyć. Każdy z nich ma prawo do bezpiecznego domu, szacunku i spokojnego spaceru o zmierzchu. Świat bez empatii staje się zimnym i nieprzyjaznym miejscem dla nas wszystkich. Nie możemy dopuścić do tego, by strach i agresja stały się naszą nową codziennością. Zatrzymajmy się, dopóki jeszcze jest na to czas. Jeśli my nie zmienimy naszych serc i nie powstrzymamy tego potoku wrogości, nikt tego za nas nie zrobi. Wróćmy do zwykłej, ludzkiej wrażliwości, zanim nienawiść wypali w nas wszystko, co wartościowe.
*
Boli mnie również to, że ten mrok nie omija naszego lokalnego podwórka. Z ciężkim sercem muszę przyznać, że nasze miasto — Bełchatów, szczycące się przecież mianem Miasta Świętego Jana Pawła II — wcale nie jest wolne od tej przemocy, od tych niszczycielskich zjawisk i uprzedzeń, które toczą dzisiaj całą Polskę. Boli to tym bardziej, gdy pomyślimy o patronie i o wartościach, które miały być naszym drogowskazem. Tak bardzo chciałbym, aby nasz Bełchatów i cały nasz region były przestrzenią wolną od nienawiści rasowej, kulturowej czy światopoglądowej. Pragnę, aby Człowiek dla drugiego Człowieka znowu stał się bratem i siostrą, aby nikt z nas — bez względu na wiek, wygląd czy pochodzenie — nie bał się wyjść na ulicę własnego miasta. Chciałbym, abyśmy potrafili stanowić wspólną, solidarną rodzinę, tak jak wtedy, gdy kształtował się 40 lat temu wielki ruch społeczny z hasłem, które powinno brzmieć w naszych sercach każdego dnia: „Jeden z drugim, a nie jeden przeciwko drugiemu”. Takiego chcę Bełchatowa i takiego regionu pragnę dla nas wszystkich.