14/09/2026
🚌😉Na kolejną wyprawę wybieramy Tatry i Czerwone Wierchy. Plan jest prosty: wyruszamy, zdobywamy cztery szczyty, podziwiamy panoramy, robimy piękne zdjęcia i wracamy szczęśliwi.
No właśnie, plan był prosty, ale… pogoda miała jednak plan własny. 😄
Ruszamy z Kir i od razu dzielimy się na dwie grupy. Mniejsza ekipa wybiera spokojniejszą wersję górskiej przygody – Dolinę Kościeliską, z jej tajemniczymi zakamarkami: Jaskinią Mroźną i Wąwozem Kraków i wędrówką nad Smreczyński Staw, a na koniec docieramy do schroniska na Hali Ornak. Krótko mówiąc, trochę gór, trochę zwiedzania i bardzo rozsądna ilość wysiłku. 😉
Większość grupy wybiera jednak kierunek: CZERWONE WIERCHY. 💪⛰️Pogoda? Cóż… nie będziemy jej przesadnie chwalić, ale przecież w góry nie jedzie się tylko wtedy, kiedy słońce świeci. Humory mamy świetne, więc ruszamy. Na szlaku ludzi zdecydowanie nie brakuje. Szybko docho-dzimy do wniosku, że chyba pół Polski wpadło dziś na ten sam pomysł co my. 😄
Nabieramy wysokości, a góry cały czas ukrywają się za mleczną zasłoną. 🌫️☁️Mgła otula zbocza, widać tylko kawałek grani i błyszczące na trawach i kosówkach krople deszczu. Wszystko wydaje się bardzo tajemnicze, surowe i trochę baśniowe. Tylko czasami z tej baśni wyrywa nas głos:
– Daleko jeszcze?! 😂
Mozolnie zdobywamy pierwszy z Czerwonych Wierchów, Ciemniak (nazwa całkiem trafna, bo jak się okazało, było tak ciemno i mglisto, że część grupy nawet nie widziała słupka szczytowego🤣). Na kolejnym szczycie, Krzesanicy znajdujemy idealne miejsce pod skałami i robimy zasłużoną przerwę. Posileni ruszamy na Małołączniak i Kopę Kondracką. Mgła nadal trzyma nas w napięciu. Co jakiś czas wszyscy spoglądają w niebo, bo każdemu wydaje się, że tak jakby się przejaśnia. Cóż, każdy widzi to, co chce widzieć. 😆Przy zejściu w stronę Przełęczy Kondrackiej w końcu mamy upragnione widoki. Jakby Tatry specjalnie przez kilka godzin trzymały nas w napięciu, żeby na koniec powiedzieć: „ No dobra, macie i podziwiajcie!”. 😍Po odpoczynku na przełęczy schodzimy w stronę Doliny Małej Łąki. Schodzenie po mokrych kamieniach to jednak dość wyczynowa dyscyplina sportowa. Nic dziwnego, że kilka osób zalicza nawet miękkie lądowanie na pewnej części ciała. 😂
Docieramy do Gronika, a oczekując na ostatnich uczestników, urządzamy sobie mały piknik. Zmęczenie powoli odchodzi, a pojawia się satysfakcja. 🙂Bo na wyprawie nie zawsze chodzi o idealną pogodę,☀️ o spektakularne zdjęcia, o widoki, które zapierają dech. Czasami chodzi o mokre buty, zmęczone nogi, śmiech, wspólne żarty, trochę deszczu, mgłę i ludzi, z którymi nawet w najgorszej pogodzie jest po prostu dobrze.🙂
I choć Czerwone Wierchy tym razem nie odkryły nam całego swojego piękna, to pokazały coś innego – swoje tajemnicze, mgliste i trochę niedostępne oblicze. Może właśnie dlatego ta wyprawa zostanie z nami na dłużej. Bo góry czasami dają nam dokładnie to, czego się spodziewamy, a czasami mówią: „Nie dzisiaj. Przyjdźcie jeszcze raz.” 😉Przyjmujemy zaproszenie i na Czerwone Wierchy na pewno wrócimy. 🙂
Do zobaczenia na kolejnej wyprawie.🙂
Tekst: Angelika D.
Zdjęcia Angelika i Robert W.