10/10/2024
Nie samym urbexem i betonem czlowiek żyje, czasem, przynajmniej w teorii, trafiam do cywilizacji. Jednak jako żywy magnes na zdarzenia dziwne również takie wyjazdy nie odbywają się normalnie.
W związku z tym opiszę wam kilka sytuacji z ostatniej wycieczki do Gdańska, miasta które cierpi na głębokie rozdwojenie jaźni i ma wyraźne luki czasoprzestrzenne.
Uprzedzam, nie będzie spójnej opowieści od wyjazdu do powrotu, będzie kilka luźnych nowelek.
Po przyjeździe z piątek i wstępnym ogarnięciu stoiska, organizm podjął protest przeciwko nadmiernej eksploatacji i wymógł udanie się na spoczynek. Miałam zarezerwowany pokój w pensjonacie o wdzięcznej nazwie "Pokoje gościnne Lulu" pominę uprzejmym milczeniem skojarzenia jakie nachalnie nasuwają się przy tej nazwie, że westerny i słodka Lulu, resztę sami sobie dopowiedzcie.
Dom ukryty w bujnej roślinności brzmi bardzo poetycko, w tym przypadku jednak nie oddaje stanu faktycznego, wyglądał raczej jak wyjęty z horroru z lat siedemdziesiątych, a gesty kamuflaż z krzaczorów spowodował konieczność pytania sąsiadów gdzie to jest.
Dalej było tylko ciekawiej. Weszłam do pokoju i gdyby nie płaski telewizor to miałabym pewność że wdepnęłam w wir czasowy i rzuciło mnie z rozmachem w epokę Edwarda Szczodrego. Standard ekskluzywnych wczasów w FWP, dla młodego pokolenia Fundusz wczasów pracowniczych. Załączam zdjęcia, bo nie uwierzycie mi na słowo. Na ścianach płyta z laminatu w rzucik drewniany, na podłodze dywany, łoże szczyt marzeń młodych małżeństw w latach osiemdziesiątych i łazienka. Ta łazienka jest miejscem najbardziej fascynującym. To że wchodzi się do niej po stopniu o niestandardowej wysokości to najmniejszy szczegół. Wewnątrz kabina prysznicowa złożona z elementów raczej do tego nie przeznaczonych, ewentualnie importowanych tak dawno że nie zajdzie się już takich perełek w katalogach wyposażenia wnętrz. Drzwi do niej zamykane na sprytny zameczek z kulką, niestety tak już mocno zaśniedziałą, że nijak nie dało się domknąć, tym bardziej że stabilność osiągnięta za pomocą dużej ilości masy budowlanej nie budziła na tyle zaufania żeby mocniej za nie pociągnąć, co skutkowało stworzeniem z łazienki małego zbiornika wodnego bez znaczenia strategicznego. Oczywiście wejście do opisywanej również na wysokości nieosiągalnej dla przeciętnego trzy i siedemdziesieciolatka. Na ścianach znowu płyta laminowana, jednak dla odroznienia od pokoju w deseń kafelkowy. Mocowana do ściany wyraźnie dużymi śrubami, zręcznie zamaskowanymi plastikowymi nakładkami. Liczyłam jeszcze na górnopłuk, ale musiałam się zadowolić plastikową spłuczką model deluxe vintage komunism. Bateria nad umywalką również budziła wspomnienia, bo ostatnio taka widziałam u mojej śp. babci i z nostalgią ustawiałam temperaturę wody za pomocą dwóch kurków.
Ok, łazienkę mamy, wracamy do pokoju głównego. Poza wstrząsającym wystrojem i wyposażeniem, sztućce zdecydowanie pochodziły z lat sześćdziesiątych, cukierniczka obudziła wspomnienia bardzo już odległego dzieciństwa, szklance brakowało jedynie koszyczka. Łączność z XXI wiekiem zapewniał płaski telewizor, wprowadzający spory dysonans w wystroju wnętrza. Jednak cieszyłam się z jego obecności, bo mam uzasadnioną obawę że gdyby go tam nie było to rano obudziłabym się w świecie kolejek, kartek na cukier i cinkciarzy pod peweksami.
To co jeszcze robiło wrażenie to zaskakująca ilość okien jakie można zmieścić na tak małym metrażu. Pokój miał około trzech metrów kwadratowych i były w nim cztery okna, po dwa z każdej strony. Niezbyt dobrze zasłonie zasłonami w kolorze "udało mi się takie wystać w kolejce to nie marudzę". Może gdybym była młodsza to płoniłabym się niewinnym rumieńcem odkrywszy iż ktoś może oglądać mię w negliżu, jednak osiągnęłam już ten wiek że nie ponoszę odpowiedzialności za straty moralne wywołane moim widokiem, patrzysz na własne ryzyko i nie miej pretensji jak ci się później przyśni 🤣🤣🤣
Poniżej macie zdjęcia dokumentalne, a jutro jesli chcecie to będzie ciąg dalszy opowieści o pięknym mieście Gdańsk