Legendziarz

Wskazówki dojazdu

Legendziarz Witajcie w Krainie Baśni i Legend, gdzie wszystko zdarzyć się może...
(1)

Kalisz Pomorski, słynie z ogórków kiszonych, które przechowywane są na dnia Jeziora Młyńskiego. Symbolem tego jest Beczu...
20/09/2026

Kalisz Pomorski, słynie z ogórków kiszonych, które przechowywane są na dnia Jeziora Młyńskiego. Symbolem tego jest Beczuś, który zadomowił się na dobre w tym mieście.
Przed wiekami jednak, w Kaliszu Pomorskim uczono ogłady, gdyż tutaj znajdował się specjalny kamień szlifierski do szlifowania charakterów. Przybywali tutaj ludzie, by wygładzić swoje niedobory w zachowaniu. Zdrowie też tutaj było poddawane obróbce szlifierskiej, gdy kurort tutaj założono. Kawalerowie, którzy wstępowali w związek małżeński, również musieli dać się oszlifować, by zachować wierność swej żonie. Ponoć też sukiennicy, którzy w Kaliszu Pomorskim mieli swoje warsztaty, na tym kamieniu swoje nożyce ostrzyli i bardzo strzegli go, by nikt obcy tego nie robił.
Kamień, który znajduję się przy Urzędzie, jest repliką. Oryginalny, Schleifstein odnaleziono w 2003 roku.
Nigdy nie przypuszczałem, że stanę się częścią tej legendy i dostąpię zaszczytu bycia Szlifierzem Charakterów w Kaliszu Pomorskim.
Posłuchajcie legendy o tym, jak doszło do tego, że w Kaliszu Pomorskim, moresu uczono...
Młyn szlifierski w Kaliszu.
W dawnych czasach powiaty Drawski i Świdwin należały do Nowej Marchii. Kallies był własnością rodu Güntersbergów mieszkających na tamtejszym zamku. Ród ten, podobnie jak inne rody, zobowiązany był do powinności lennych brandenburskiemu arcyksięciu. Uchylano się jednak od nich. Wielki książę z Drawna przyjechał do Kalisza i obozem stanął wokół miasta, żądając swoich praw. Odmówiono mu jednak daniny.
Wówczas Werner von Schulenburg zobowiązał się, że sprowadzi Güntersberga do obozu. Pewien mieszkaniec Kalisza pokazał mu wówczas inną drogę do zamku, która prowadziła przez stosunkowo głęboki parów, na dnie którego płynął strumień, a oba jego brzegi łączył tzw. owczy most. Miał on 60 stóp długości i 6 stóp szerokości. Zbudowany był z desek przybitych gwoździami do poprzeczni ułożonych belek. Tą drogą dotarł do zamku, gdzie namówił jakiegoś "nieokrzesanego" rycerza, żeby ten rano dostarczył pana do obozu, skoro Schulenburg ma po niego przyjść. Ten zameldował o tym swemu panu.
Nocą podpiłowano deski w tym mostku, a rano von Schulenburg w towarzystwie silnego człowieka poszedł odebrać Güntersberga. Wzięli go w środek i prowadzili. Gdy doszli do mostu, puścili go i Güntersberg wpadł do wody. Wówczas to von Schulenburg zawołał gromko:
- Trzeba okrzesać pomysły nieokrzeszńcowi!
Od też pory most zaczęto nazywać: Szlifierski młyn.
Z tego też powodu bardzo długo powiadano w okolicy o grubianinie, że musi iść do Kalisza, by tam kazać okrzesać sobie pomysły (tzn. w sensie obscenicznym - to co mu wisi.)
Źródła: W. Łysiak, Dawny humor ludowy Pomorza Zachodniego, Międzychód 1993
J. Leszczełowski, W krainie legend Pojezierza Drawskiego, Drawsko Pomorskie 2016
B. Kurylczyk, J. Mączkowska, Kalisz Pomorski przewodnik po tajemnicach miasta, Wejherowo 2020
Zdjęcia: Kalisz Pomorski - co słychać, Jacek Wojciechowski

Szlifierz Charakterów z Kalisza Pomorskiego. Wkrótce, legendę o kamieniu szlifierskim z tego miasta, Wam opowiem. Foto: ...
15/09/2026

Szlifierz Charakterów z Kalisza Pomorskiego.
Wkrótce, legendę o kamieniu szlifierskim z tego miasta, Wam opowiem.
Foto: Jacek Wojciechowski

Zaiste, działo się wiele na Urodzinach Kalisza Pomorskiego :)
14/09/2026

Zaiste, działo się wiele na Urodzinach Kalisza Pomorskiego :)

14/09/2026

Czym są dziś Dożynki chyba wszyscy wiedzą: disco polo, kiełbasa, festyn i ksiądz proboszcz (choć na szczęście są jeszcze miejsca, gdzie ktoś chociaż próbuje utrzymać fragmenty tradycji, ale jest to trudne przez wzgląd na to, że nikt do końca nie wie komu i za co dziękuje, czy o co prosi). W telegraficznym skrócie, który w kilku hasłach zbierze wszystkie wcielenia i konotacje tego święta: żniwa, płodność, rodzina, dobrobyt, kobieta.

Przed nastaniem tego symbolicznego dnia prace polowe zwykle są już zakończone: kosiarze mają fajrant, to co wyrosło i dojrzało przewiezione do stodół, len też ogarnięty – przygotowania do nadchodzącej jesieni i zimy minęły najważniejszy zakręt. Pozostało tylko położyć odpowiedni fundament (dać ofiarę zakładzinową?) pod przyszłoroczny wysiew i zbiór, a przy okazji „zapłacić” za to, co ludkowie otrzymali od natury/bogów, jakkolwiek to nazwać.

W tradycji chrześcijańskiej to Matka Boża była tą, którą tego dnia szczególnie honorowano i to pod jej stopy zanoszono dary pól i sadów. Uważano, że zapewnia dobre samopoczucie, patronuje rolnictwu, rodzinie, a zwłaszcza kobietom-matkom, co właściwie stawia ją w jednym szeregu z Mokosz (której istnienie i kult na Słowiańszczyźnie są poświadczone niepewnie i wątpliwie, wzmianki w „Powieści minionych lat”, słynnego posągu z Kijowa nie znaleziono, a szukali wszyscy, kilka nazw miejscowych jakoby będących pochodną od jej imienia, no i analogia: „Przecież w każdej kulturze była Bogini – Matka – Ziemia”. Oczywiście, tylko nie mamy żadnej pewności jak ją tutaj czczono a tym bardziej nazywano). Przyjmijmy jednak na początek, że to „europejskie święto pogańskiego pochodzenia”[1].

W kalendarzu rolniczym Słowianie (którzy i gdzie?) podobne święto nazywali „oseninami” lub „ospozhinkami”. Wiązało się z zakończeniem zbiorów, na Wschodzie obchodzono je uroczyście, nie tylko dziękowano Ziemi za możliwość przeżycia najtrudniejszego momentu roku we względnym dostatku (względnym!), ale także rozpalano nowy ogień, który krzesano spomiędzy kamieni (nigdy nie rozpalano). Po tym dniu główna aktywność rolniczo-zbieracza przenosiła się z pól na grządki i do ogrodów, znoszono do spiżarek cebulę (cebulę? Nie znalazłam od kiedy była tutaj znana, jedne źródła podają XII wiek, inne o wiele wcześniej, ale bez konkretów). Pieczono specjalny dziękczynny placek z serem, o jego wyjątkowości stanowił fakt, że był pierwszym co powstało z nowej mąki (typowy przykład ofiary, zawsze to co pierwsze było poświęcone Bogom/przodkom, przykład dobrze znany choćby z Biblii[2]. W Serbii zabijano pierworodnego baranka aby zapewnić wsi dobrobyt czy tam uchronić przed zarazami, w każdym razie przykłady można mnożyć).

Na Białorusi do dziś znane jest święto „Bogacz[3]” (białoruski. Bagach, Spożka). Symbolem tego dnia jest lubok z ziarnem, w środku którego umieszczono świecę. „Wnętrze” bogacza, to znaczy to w czym umieszczano świecę, było czynione ze zmieszanych zbiorów wszystkich mieszkańców wioski. Do izby w której stawiano ten dziwny symbol zapraszano księdza (albo zwyczaj zapożyczony, albo w ogóle wcześniej nieznany, trudno powiedzieć z kiedy pochodzi). Po nabożeństwie modlitewnym lubok z ziarnem i zapaloną świecą, w towarzystwie wszystkich mieszkańców, był obnoszony po całej wsi (żeby wszystko „zarazić”, tak samo robiono z Gaikiem, Marzanną). Następnie uczestnicy udawali się do wybranego domu, w którym przez cały następny rok przebywał bogacz (co roku był w gościnie u innego gospodarza, żeby było sprawiedliwie).

Obrzęd miał na celu utrzymanie dobrostanu, produktywności, płodności zwierząt gospodarskich, dobrobytu rodziny[4] To nie przypadek, że w niektórych regionach Ukrainy święto Narodzenia Pańskiego uznano za „święto kobiety”, jednak na pytanie z czego takie przekonanie wyrosło nie ma odpowiedzi na tyle udokumentowanej i popartej tak zwanymi faktami, żeby jej udzielenia tutaj ktoś nie mógł nazwać bajdurzeniem, więc się od niej powstrzymam. W Niemczech koniec żniw, zwany tam Erntedankfest ma również charakter pogański, chociaż podobnie jak na Ukrainie odbywa się to pod „egidą” święta maryjnego – u Nas też często spotykane jest w tej chwili połączenie obchodów dożynkowych z Matki Boskiej Zielnej. Katolicy dziękują więc za dobre zbiory 15 sierpnia oraz w pierwszą niedzielę października, kiedy „dziękują za owoce ziemi i pracę ludzką”. Przynoszą w darze wieńce z kłosów i kosz z pięknie ułożonymi jabłkami, gruszkami i wszystkim co zbiorą z sadów (no teraz o tej porze to by najwyżej liście mogli pograbić; oczywiście od czasu gdy je na szerszą skalę tutaj hodowano).

Kościoły protestanckie obchodzą Dzień Żniw po Dniu Świętego Michała 29 września (wtf, trochę późno). W czasie istnienia Trzeciej Rzeszy Festiwal Żniw (tak to się dosłownie nazywało) został podniesiony do oficjalnej rangi, a od 1934 r. obchodzony był w każdą pierwszą niedzielę października. Tego dnia ludzie przy ołtarzu układają zebrane owoce i warzywa. Palenie nowego ognia jest charakterystyczne przede wszystkim dla tradycji słowiańskiej, zarówno wschodniej jak i zachodniej, ale ta informacja pojawia się przy okazji różnych świąt następujących po sobie w dość długich odstępach czasu, więc kiedy rozpalano go po raz pierwszy? Wśród południowych Słowian święto końca żniw przesunięto na okres omłotu zboża. Obchody obejmowały zabiegi związane ze ścięciem ostatniego snopka, rytuał „zwijania brody”, oblewania żniwiarzy, oraz świąteczny posiłek.

W rejonach nadbużańskich łodygi pozostawionych kłosów zbóż obcinano rytualnie jednocześnie wypowiadając modlitwę. Następnie łamano je tak, aby można było zakopać kłosy w głębi ziemi bądź choć symbolicznie skierować je w dół. Jest to rytuał zamknięcia cyklu agrarnego, praktyka karmienia „żywiołów”, ale też kod zamknięcia – ukryte w ziemi ziarno zimowało, by następnie wyrosnąć na wiosnę, a ponad to wygląda to po prostu kolejny raz na zapładnianie gleby – kłos – pierwiastek męski, ziemia – żeński. (Józefów-Czerwińska 2017)

Niegdyś ściśle przestrzegano zasady, by koronę splatać z ostatnich kłosów, a po uroczystościach wśród śpiewów i muzyki przenoszono ją do chaty lub dworu, gdzie czekała, aż ziarno jej kłosów wysiano w nowo zaoraną rolę. W ten sposób dokonywało się symboliczne połączenie końca i początku rolniczych prac, zgodne z kolistym rytmem następujących po sobie pór roku, niosących ze sobą powtarzalną niezmienność gospodarskich obowiązków. Kolisty musiał być również kształt korony, a świadomość jej symbolicznego związku z porami roku przetrwała do dziś – członkini wilczańskiego koła gospodyń wiejskich podkreśla, że „Prawdziwa korona musi mieć 4 ramiona, bo są wiosna, lato, jesień i zima. I trzeba ją koniecznie upleść ze wszystkich rodzajów zbóż”. Kołowroty, swastyki i różne takie straszne symbole…o jak widać oczywistym znaczeniu. Można powiedzieć, że mieszkamy na czymś takim. Jednej, wielkiej, obracającej się czteroramiennej swardze. Ziemia nie jest okrągła, nie jest płaska…:D Składniki korony mają bowiem również wartość symboliczną. Zboża, z których ją splatano, uchodziły za wyznaczniki dostatku i urodzaju, a w dodatku – od wieków związane z medycyną ludową – cenione były za swe właściwości magiczne. Zwłaszcza pszenicy przyznawano szczególną moc w tym względzie – odpowiednio honorowana zapewniała bogate przyszłoroczne plony. Spleciony ze zbóż wieniec starannie dekorowano – np. gałązkami mirtu i jarzębiny, które uchodziły za strażniczki czystości, zaś wplecione w wieniec zapewniały, że zboże urodzi się dostatnie i jędrne. Symboliczne znaczenia przypisywano również kwiatom, owocom i innym roślinom zdobiącym śląskie korony dożynkowe. Jednak cała ta symbolika korony, wyniesiona prawdopodobnie jeszcze z pogańskich czasów, nie zmieniała faktu, że ostatecznie zajmowała ona poczesne miejsce w kościele podczas uroczystej mszy „żniwnej”. Mieszkanki jednej ze wsi naszego powiatu wspominają, że „dawniej nigdy korona nie stała przed ołtarzem, tylko wisiała z boku, „przy wiecznej lampie”.

Przepiorka

W Waszej okolicy znany był zwyczaj strojenia przepiórek? Jeszcze niedawno był to powszechny widok połączony z zakończeniem prac polowych, zwiastował też poniekąd koniec lata. Widzieliście już jakieś ślady nadchodzącej jesieni?

Z okresem żniw związana była obrzędowa zabawa zwana przepiórką: polegała na wybraniu specjalnego miejsca, najlepiej na pagórku (no ciekawe dlaczego…), gdzie zostawiano nieskoszoną kępę pszenicy. Dopiero po zakończeniu prac kobiety wracały do tej kępy, wyrywały z niej środek, a powstały krąg dzieliły na trzy części i z każdej plotły warkocz, następnie związywały je u góry przy kłosach. Pod powstałą roślinną kopułą kładły następnie płaski kamień, który służył za stół. Taki prowizoryczny ołtarz okrywano lnianym obrusem w kolorze białym i umieszczano na nim chleb i sól jako podziękowanie za tegoroczne zbiory i prośba o urodzaj w roku następnym.

Przepiórka pozostawała na polu aż do orki pod następny siew lub zaorywano ją na znak, że żniwa skończone. W drugim przypadku stosowano zwykle oborywanie przepiórki dziewczyną lub chłopakiem, więc w sumie mamy to samo, co było przy brodzie. Ponoć jeszcze na początku XX wieku przepiórki były na Mazowszu powszechnie widywane. Pisze Gloger:
„Nad górną Narwią przepiórkę po zżęciu żniw wszędzie widać można, tak na polu chłopskim, włościańskim jak i dworskim, jest to bowiem zwyczaj pierwotny i ogólny: każdy gospodarz, choćby właściciel jednego zagonu, ma za święty obowiązek zostawić garść kłosów niezżętych dla przepiórki. Często więc u zagrodowej szlachty, gdzie każdy prawie zagon ma innego właściciela, widzieć można po żniwach przy drodze co kilka kroków ustrojoną przepiórkę.

Dożynki były najważniejszym świętem rolniczym w roku, zwieńczeniem wielomiesięcznego trudu pracujących w polu. Obchodzono je zwykle po zakończeniu prac gospodarskich, w szczególności tych związanych ze zbożem. Dawniej nazywano je także wieńcowem (od wieńca z kwiatów i kłosów), lub okrężnem (od zapomnianego pogańskiego zwyczaju objeżdżania pól po zbiorach). Dożynki W OBECNYM KSZTAŁCIE obchodzi się od około XVI wieku, więc w sumie jest to stosunkowo młode święto – rozwój gospodarki folwarcznej był motorem napędowym do jego rozpowszechnienia się. Początkowo to właściciele majątków ziemskich, w ramach podziękowania dla żniwiarzy, organizowali zabawy z poczęstunkiem i napitkiem, doceniając tym samym ich ciężką pracę. – Tak pisze Ogrodowska. Teraz do sedna.

Rodowodu dożynek należy poszukiwać o wiele wcześniej, w czasach „archaicznych”, pogańskich wierzeń i pozostałości po składaniu ofiar bóstwom urodzaju – to dzięki nim człowiek miał szansę bez głodu przeżyć ciężkie jesienne i zimowe miesiące. Jakość i ilość letnich zbiorów decydowała o tym, jakie dla rodziny będzie następne pół roku, zanim Ziemia na powrót przebudzi się do życia. Wspominając o pogańskich korzeniach, mam na myśli zwyczaj związany np. z pozostawianiem w polu wąskiego pasa niezżętego zboża, kępy lub garści, które po żniwach pozostawiano na jakiś czas, dla utrzymania ciągłości wegetacji zbóż i w nadziei na przyszłoroczny urodzaj.

Te kilka roślinek nazywano w zależności od regionu „„przepiórką” (o której było powyżej) – Mazowsze i Podlasie, perepełką na Kresach, brodą na wschodzie, pępem lub pępkiem w poznańskiem, zwano je także wiązką, wiązanką lub garstką. Dopiero po upływie kilku dni (nie wyczytałam nigdzie ilu konkretnie), dochodziło do bardzo uroczystego ścięcia ich – mógł to jednak zrobić tylko najlepszy we wsi kośnik. Następnie wręczał je żniwiarkom, które plotły z nich obrzędowy wieniec, ale z tego, co zrozumiałam, to jest zwyczaj późniejszy, już „kościelny”. Bardziej słowiańska wersja jest taka, że te ostatnie ziarna przechowywano pieczołowicie i używano ich do pierwszego siewu w następnym roku, co miało zapewnić dobry plon. Kojarzycie babę-jagę? Ta, co w wiedźminie była zjadarką. Początkowo przedstawiano ją pod postacią wściekłej burzy z piorunami, później jako paskudną kobietę żywiącą się duszami pomordowanych przez siebie ludzi. W wiekach późniejszych, kiedy zaczęto masowo uprawiać żyto, przemianowano ją na demona zbożowego, po czym nastąpiło całkowite pomieszanie pojęć: żytnia-baba, południca, przypołudnica, wszystko to wydawało się dotyczyć tej samej postaci. Pisze…, że baba – ostatnia garść zboża, w zwyczajach rolniczych stanowiła pewną trawestację żytniej – baby. Według Kolberga, było w sumie inaczej niż u Ogrodowskiej, i ścinaniem ostatnich kłosów zajmowała się właśnie osoba najbardziej leniwa, która przez cały okres żniw nie garnęła się do pracy[5].

„W ostatnim dniu żniwa usadzą się żniwiarze na któregokolwiek spośród towarzyszy, zwykle na dziewuchę leniwszą dla zaturbowania jej i nikt z umysłu nie przychodzi jej w pomoc, zmuszając ją przez to do urżnięcia własną ręką ostatniej garści zboża. Pozostali żniwiarze otaczają ją kołem i zmuszają do wykonania tej czynności, nie pozwalając się wymknąć”. Dziewczyna ścinająca ostatnie kłosy dostawała miano Baby i stawała się obiektem docinek i złośliwości dla całej wsi. Na Pomorzu pokutowało przekonanie, że w okresie do następnych żniw „przytrafi” jej się dziecko. W okolicach Wieliczki było natomiast odwrotnie – każda dziewczyna chciała być tą, która zetnie ostatnią kępę, bo to miało im zapewnić szczęście nie tylko w plonach, ale także w kwestii zamążpójścia.

Z ostatniej garści zboża związywano snopek, który kształtem miał przypominać babę – ubierano go w kobiece łachy na głowie wiązano koniecznie czerwoną chustę i wieziono do gospodarza, na którego polu odbywały się żniwa. Odwiedzony miał obowiązek przywitać przybyłych biesiadą, po której babę składano w stodole. W okolicach Malborka i Brodnicy starano się, żeby baba była jak najgrubsza, nawet obciążano ją kamieniami – wierzono bowiem, że im będzie obfitsza, tym lepsze będą przyszłoroczne plony[6].

Druga część wpisu o Dożynkach, a w nim zwyczaje jeszcze bardziej nieznane i mające bardzo stary rodowód, związany bezpośrednio z kultem Ziemi i płodności, bez mieszania w to wiary w Boga. W Małopolsce, szczególnie w okolicach Krakowa, nie zadawano sobie trudu formowania kłosów w kształt człowieka i strojenia go tak, by przypominał kobietę. Babę, która wiązała ostatni snop, umieszczano w nim tak, że tylko głowa jej z niego wystawała, następnie na wozie transportowano ją do gospodarza, w tak zwanym międzyczasie chlustając w jej stronę wodą z wiader – ten dziwaczny rytuał miał zapewnić w przyszłym roku odpowiednią ilość deszczu i ochronić zbiory przed szkodliwym wpływem suszy.
Nie tylko leniwe kobiety były zmuszane przez resztę kosiarzy do ścinania ostatniej kępy – bywało, że taki los spotykał także niechętnych do pracy mężczyzn – w krakowskiem wpychali takiego w snop, wiązali tak, żeby nie mógł uciec, sadzali na furmance i wozili po wsi wśród drwiących okrzyków, wrzasków, gwizdów, hałasu, kołatania i tłuczenia kijami o brzegi pojazdu. Analogicznie do tego, co było w części I – wszystko, co złe, odpędzano właśnie w taki sposób[7].

Bywało, że w niektórych regionach Polski, bez względu na to, jakiej płci był ostatni ścinający, zbożu nadawano postać mężczyzny- kukłę taką, w poznańskiem nazywaną puppą (przez dwa „p”, tam wszystko było trochę zniemczone, od „puppe” – lalka), najczęściej strojono ją na podobieństwo ociężałego dziada. Na Kaszubach ostatni snop, gwarowo zwany bęksem, zawiązany był przez kobietę i również formowany w chłopa. Czasem pożyczano dla niego marynarkę i nakrycie głowy od bogatszego gospodarza. Taki „lafstorant” dostawał się tej, która ścięła na niego zboże. Na uczcie, która odbywała się tradycyjnie po skończonej pracy, składano takiej „szczęściarze” życzenia zaręczynowe, oczywiście żartobliwe i pełne drwin. Analogicznie było, kiedy ostatni snop formował mężczyzna – wtedy dostawała mu się na żonę „słomiana baba”, a jego przez cały następny rok nazywano wypierdkiem…
Brodą nazywano zboże porastające duży polny kamień – z oczywistych względów niewygodnie było ją ścinać, dlatego kto mógł, omijał ją i zostawiał na sam koniec. W rezultacie trzeba było wybrać kozła ofiarnego, który wykona tę niewdzięczną pracę. Wiadomo, że nikt nie chciał, bo w pakiecie trzeba było jeszcze kamień oborać (tak, musiałam sobie sprawdzić, bo myślałam, że „oboranie”, to bogowie wiedzą co), jako narzędzia używając własnego ciała.

„W Studziankach – podaje Jan Bystroń, więc pisownia oryginalna – oborywa się ostatnie kłosy dziewuchą, przyczem, jeśli ona się wykupi, obnosi się ją naokoło. We wsi Krążnica i Wzgórze, oborywa się zwykle ostatnim żniwiarzem, jeśli jest nim chłopak, w przeciwnym razie syem lub córką gospodarza. W Kawęczynie oborywa się tym, kto ostatni ruszył sierpem”.
Jak już się przekonaliśmy przy okazji omawiania innych obrzędów, bywa tak, że w dwóch częściach Polski zasady ich dopełniania są całkiem odwrotne. W Jagodnem np. brodę oborywano przodownicą. Podobno ta zabawa bardzo nie podobała się miejscowemu księdzu proboszczowi (tak przynajmniej podaje Wasilewski w książce Jagodne, wieś w powiecie Łukowskim). Podobno uważał ją za skrajnie nieprzyzwoitą i zakazywał jej organizowania pod groźbą wyczytania z ambony (no, to nie ma żartów, jak tak). W Ozorowie koło Siedlec (tym razem podaje Kolberg), znana była pieśń, która przybliża trochę sens tych dziwnych zabiegów:

Kto brody nie orze,
temu się nie rodzi zboże.
Hej, kto brodę będzie orał
ten będzie miał pełna spichrze zboża.

W Limanowej koza oznaczała cały wąski pas nieściętego zboża, którego koszenie nie było żadną ujmą, przeciwnie – dobrą wróżbą. Dlatego udział w jej ścięciu chciał mieć każdy pracujący, ścinali ją więc po trochu, śpiewając przy tym:

Ej, kto kozy nie piele
ten nie doczeka niedziele
A kto będzie kozę plił
będzie, będzie wódkę pił (no przecież, co może być lepszego? :D)
będzie sto lat żył!

Najciekawszą nazwę – pęp lub pępek – powtarzano w Wielkopolsce. Bystroń uważał (i ja się z nim zgadzam, mówił o analogiach i też wiele mogę ich wymienić), że została nadana resztce ścinanego zboża w wyniku skojarzenia podobieństw: odcinania pępowiny noworodka od organizmu matki i odcinaniem ostatnich kłosów od rodzącej Ziemi. To jest tak słowiańskie, że ach! Odcinanie pępa nie było czynnością przynoszącą szczęście i dziewczyny nie chciały tego robić, bo stanowiło złą wróżbę. Mieszkańcy okolic Poznania mieli piękny zwyczaj robienia bukietu – pępka z najdorodniejszych kłosów. Dodawano do nich lecz o dużych kwiatach, białą grykę, i przyozdabiano kokardą, następnie przodownik niósł go do gospodarza. W Łęczycy pępek formowano w kształt dziecka, przyozdabiano niemowlę kwiatami i kokardami, następnie wręczano je przodownicy, która z dumą obnosiła je po wsi.

Św. Roch

Koniec sierpnia, który kończy również okres wegetacyjny, obfituje w święta i obchody, również kościelne, jednak ich rodowód…domyślacie się jaki jest.;) W tradycji polskiej św. Roch jest patronem zwierząt, opiekunem bydła i przyjacielem psów (często jest przedstawiany w ich towarzystwie… może ja jestem jakimś jego wcieleniem? :D) Strzeże także ludzi i trzody przed chorobami zakaźnymi i pomorem. Dlatego jarali zielsko…w ogniskach. 😉 [Na kolację zupa grzybowa…]

Tego dnia spędzano pod kościoły bydło i inne zwierzęta, które się wypasa (no, owce, czy coś), które następnie ksiądz błogosławił, święcił, żeby nie chorowały i dobrze się chowały przez trudny okres zimowy i dotrwały w zdrowiu aż do kolejnego przebudzenia się świata do życia. Dawniej 16 sierpnia z kościołów i kaplic pod wezwaniem św. Rocha wychodziły procesje, pątnicy modlili się o zdrowie i pomyślność, a księżom składali dary (:D:D) z jajek i drobiu. To była część oficjalna…

Szczególnie w centralnej i północnej Polsce rozpowszechniony był zwyczaj obchodów pól i ugorów, łąk i pastwisk, na których rozpalano obrzędowe ognie (robi się ciekawie…). Iskra musiała być krzesana kamieniem lub kawałkiem drewna. W płomienie rzucano zioła, mające właściwości oczyszczające. Ogniska rozpalano także na ścieżce wiodącej z obory na pastwisko i trzykrotnie przepędzano przez nie bydło, przy donośnym dudnieniu bębna (no czuję się prawie jak na Sumie…), aby uchronić je przed zarazą, czarami i urokami. Niech pomyślę, skąd znamy dudnienie i hałasowanie i jakie ono miało przynieść skutki? Zdaje się, że odpędzenie demonów i złych duchów, bo to samo działo się przy okazji innych świąt i uroczystości, nie tylko ku czci. Jak myślicie, dlaczego przed weselem (szczególnie na śląsku, nie wiem jak w innych częściach kraju), przyjaciele i sąsiedzi Panny Młodej zbierają się z mnóstwem szklanych naczyń pod jej drzwiami, i odbywa się „trzaskanie”. W każdej pierwotnej kulturze mamy coś takiego: kołatki, grzechotki, bębny. W tym przypadku miały uchronić „czystą” i szczególnie narażoną na ataki młoduchę przed wpływem sił demonicznych. Wracając do św. Rocha, praktyka przepędzania przez ogień najdłużej zachowała się na Kurpiach, przede wszystkim w Kadzidle i czasem jeszcze odbywa się tam, razem z uroczystościami wotywnymi, z użyciem świec i figurek z wosku przedstawiających zwierzęta.

Wiele przedchrześcijańskich germańskich zwyczajów żniwnych ma miejsce w tradycji związanej z paleniskiem i ziemią. Elementy zaangażowane w ochronę i nadzór nad domem są integralną częścią wczesnego pogańskiego światopoglądu agrarnego. Niektóre z tych praktyk istniały od pokoleń, a wiele z nich trwa do dnia dzisiejszego. Obrzędy i zwyczaje koncentrują się wokół ogniska i paleniska, które uważano za serce domu, oraz zapewnieniu dobrych plonów w nadchodzącym roku. Jednym z duchów (demonów) którzy opiekują się ziemią po ostatnich żniwach jest Feldgeister. Europejski folklor obfituje w historie, które opierają się na wzajemnych powiązaniach człowieka z istotami nadprzyrodzonymi, a wiele opowieści nawiązuje do corocznych sezonowych tradycji, które miały zapewnić dobrobyt i dostatek a także zapewnić szczęście domowi i jego mieszkańców. Duch Feldgeistera, kogoś na kształt „patrona” ziemi otaczającej zagrodę wyróżnia się w zwyczajach żniwnych w całej Europie. Opis i zakres możliwości tego żniwnego demona (czym on był? Po angielsku określany jest jako „spirit”, po polsku nie ma dobrego słowa) zmieniał się z czasem, przyjmując znane germańskie i indoeuropejskie naleciałości i przybierając w opowieściach ciała zwierząt, takich jak wilki, niedźwiedzie, kozy i psy. Haferbock, lub w rodzaju żeńskim Habergeiß, to tylko jedno z wcieleń Feldgeistera[8]. Pojawia się w postaci kozy lub, czasami, pół kozy i pół ptaka. Haferbock ponoć szczególnie upodobał sobie uprawy kukurydzy (ale to raczej jakieś nowe przekonanie jeśli mieć na uwadze, że ta roślina pojawiła się u naszej części Europy jakoś w XVIII wieku, gdzie przywieziono ją prawdopodobnie z Rumunii). Ze względu na powiązanie z dzikim polowaniem (kozioł Yule?), istota ta była najczęściej widywana po ostatnich zbiorach pozostając aktywną przez wszystkie ciemne miesiące roku[9]. Tutaj autor z za duża dozą pewności wypowiada się tak, jakby konotacje Dzikiego Gonu i żniw czy związanych z nimi zabiegów magicznych były oczywiste, a to dość odważne stwierdzenie, chyba że opiera się tylko na historii z Benandanti[10].

[1] Konteksty: polska sztuka ludowa : antropologia kultury, etnografia, sztuka, Tom 50. Polska Akademia Nauk, Instytut Sztuki, 1996. str. 128

[2] https://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=22

[3] i pierwszy zapłon domowego „paleniska” – woskowej świecy w koszu z żytem, który jest umieszczony na rogu i przechowywany tam przez cały rok, co przynosi bogactwo i szczęście domowi.

[4] Валодзіна Т., Васілевіч У. Багач // Беларуская міфалогія. Энцыклапедычны слоўнік / С.Санько, Т.Валодзіна, У.Васілевіч і інш. — Мн.: Беларусь, 2004. — С. 38

[5] Maria Ziółkowska, „Szczodry wieczór, szczodry dzień – obrzędy, zwyczaje, zabawy”, Warszawa 1989

[6] Barbara Ogrodowska, „Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne”, rozdział Lato

[7] Oskar Kolberg, Tom 5. Krakowskie cz. I. Krakowskie, Dzieła wszystkie, t. 5. Wrocław – Poznań 1962

[8] Duden, Das Herkunftswörterbuch: Etymologie der deutschen Sprache. 4. Auflage. Stichwort: „Habergeiß“. Dudenverlag, Mannheim/Leipzig/Wien/Zürich 2006

[9] Jan de Vries: Altnordische Literaturgeschichte, S. 295, Band 15, Walter de Gruyter, 1999

[10] O których wszystko napisano tutaj: The Night Battles: Witchcraft and Agrarian Cults in the Sixteenth and Seventeenth Centuries, Carlo Ginzburg

Takoż to w Kaliszu Pomorskim było :)
14/09/2026

Takoż to w Kaliszu Pomorskim było :)

Komu w drogę,...Ruszamy do Kalisza Pomorskiego :)
13/09/2026

Komu w drogę,...
Ruszamy do Kalisza Pomorskiego :)

STOLEC - ŚWIDWIE. Rajd dożynkowy szlakiem legend i niesamowitych opowieści. 12.IX. A.D. 2026 Zaiste, działo się wiele dz...
12/09/2026

STOLEC - ŚWIDWIE. Rajd dożynkowy szlakiem legend i niesamowitych opowieści.
12.IX. A.D. 2026
Zaiste, działo się wiele dzisiejszego dnia, że nawet aparat odmówił posłuszeństwa, bo tak dużo chciałem zdjęć zrobić...
Niewiele zdjęć wstawiam z dzisiejszego wydarzenia, ale każde cenne, bowiem emocje z nimi są związane.
Dziękuję bardzo, Monice Kołacz, że mnie zaprosiła, byśmy wspólnie ruszyli na szlak, ludzi edukując w ludowym rycie...
Nade wszystko, dziękuję uczestnikom naszego wspólnego rajdu, za ciekawe i wielce inspirujące rozmowy, miło spędzony czas w Waszym gronie.
Pragnę podziękować tym, którzy wraz ze mnę powędrowali do Tanowa.
Jesteście wspaniali!!!

Adres

Kalisz Pomorski
78-540

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Legendziarz opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij