17/07/2025
„Primorsko, basen i kajak Husáka
— opowieść o knedlikach, duchach i końcu komunizmu”
I
"Willa, salami i palinka — czyli jak Żiwkow Kádára do Burgas ściągnął"
Towarzysz Żiwkow postanowił zrobić niespodziankę swojemu węgierskiemu bratu w partii, samemu Kádárowi Jánosowi.
Nie do Sofii jednak — bo Sofia to już takie socjalistyczne centrum — lecz prosto nad Morze Czarne, do Burgas.
— „János, kolego,” — rzekł Żiwkow przez telefon — „przyjedź do Burgas! Tu się dzieje prawdziwa robota. Chcę ci coś pokazać, coś, czego w Sofii nie zobaczysz!”
Zdziwiony Kádár podrapał się po głowie, ale wiadomo, jak to z towarzyszami — nie odmawiają, zwłaszcza gdy w grę wchodzi zaproszenie od samego Żiwkowa.
„Tylko zabierz ze sobą kultowe salami i skrzynkę palinki” — dodał Żiwkow. — „Resztę ja zrobię.”
I tak Kádár przyleciał do Burgas, gdzie czekał na niego Żiwkow z uśmiechem, który mógłby rozbawić nawet mumię samego Lenina.
Wsiedli do starego, skrzypiącego UAZ-a i ruszyli krętą drogą na południe, w stronę Primorska, gdzie właśnie rosła — i to dosłownie — wielka inwestycja Żiwkowa: willa marzeń.
— „Zobaczysz, János,” — chwalił się Todor — „willa z basenem, a w basenie dach panoramiczny, rozkładany, jak w najnowocześniejszych łodziach radzieckich! Takiego luksusu nawet Breżniew nie ma.”
Kádár popatrzył na plac budowy, gdzie robotnicy machali łopatami, a niektóre cegły wyglądały jakby miały rozpaść się za chwilę.
— „To chyba partia wyciągnęła z ciebie wszystko, Todorze” — mruknął, racząc się kolejnym kęsem salami i popijając palinką.
Mijały tygodnie. Willa rosła, choć z każdym dniem bardziej przypominała chałupę ze snu przestraszonego kapitalisty. Jednak towarzysze wciąż pili i planowali, aż nadszedł dzień wielkiego otwarcia.
W basenie z panoramicznym dachem zaplanowano uroczystość, na którą zaproszono nawet Gierka, który tym razem nie przyjechał „z pomocą”.
Żiwkow stał na rozłożonej przy basenie mini trybunie i trzymał fason do momentu, gdy dach się rozłożył — ale nie tak, jak trzeba. Zamiast płynnie i majestatycznie, zaskrzypiał i… na powrót zatrzasnął się błyskawicznie po czym szczelnie zamknął na szyi towarzysza Żiwkowa, który w tym momencie wznosił toast kieliszkiem palinki.
O dziwo – nie zapanował chaos, tylko goście zaczęli się śmiać, a uwięziony za szyję Żiwkow próbował wyplątać się z pułapki dachu, machając wiszącymi w powietrzu nogami
Niesamowity pokaz! Co za reprezentacyjne otwarcie -Kádár śmiał się tak, że aż prawie upuścił swoją ostatnią porcję salami.
— „Todorze,” — powiedział, gdy już zdążyli uwolnić przyjaciela, — „nie każdy może mieć willę z basenem i dachem jak na statku kosmicznym. Czasem lepiej mieć palinkę, salami i trochę zdrowego rozsądku.”
A Żiwkow, ociekając palinką wylaną na garnitur, z dumą dodał:
— „I to właśnie jest prawdziwa rewolucja — umieć się śmiać z samego siebie, nawet jeśli dach cię zamknie!”
II
"Perła socjalizmu, czyli nagi Żiwkow i dyplomacja międzynarodowa
- Wspomnienia z plaży, które najlepiej wyparować w słońcu..."
Było to lato roku pańskiego (czy też ludowego) 1978, kiedy towarzysz Todor Żiwkow postanowił zerwać z konwenansami i odzieniem, wybierając się na inspekcję plaży Perła w Primorsku – kompletnie nagi jak idea komunizmu: piękna w teorii, ale zbyt odważna w praktyce.
Nie była to plaża dla proletariatu, o nie! Choć „ludowa”, to raczej ludzie z Komitetu Centralnego z rzadka widywali tam więcej gołych ciał niż na zjeździe Związku Kobiet Bułgarskich. Słońce grzało jak przemówienie Breżniewa – długo, monotonnie, ale nie sposób było uciec.
Towarzysz Żiwkow, jak przystało na ojca narodu, rozsiadł się na złotym piasku w sposób, który kazał podejrzewać, że piasek sam znał swoją rolę – gładko przylegać, ale nie drażnić. Obok leżeli jego zagraniczni koledzy od rewolucyjnych kąpieli: towarzysz Ceaușescu, który miał na sobie tylko grymas i złoty łańcuch, oraz Breżniew, który próbował zbudować własny bunkier z mokrego piasku, bo przecież nawet podczas wypoczynku trzeba się bronić przed zgniłym Zachodem.
— Todorze! — zawołał Breżniew, wycierając piasek z brody. — Czemu ta twoja plaża taka miękka, taka... poddańcza?
— Bo to plaża socjalistyczna, Leonidzie — odparł Żiwkow. — U nas nawet piasek wie, gdzie jego miejsce!
Wtem nadeszła goła jak manifestacja 1-majowa ambasadorka Węgier, towarzyszka Klára, która z lubością rozlała sobie na ciało oliwkę z importu z Jugosławii (to było wtedy bardziej luksusowe niż parówki z Pewexu). Widok ten wprawił w konsternację Ceaușescu, który nie wiedział, czy patrzeć, czy uciekać, czy pisać donos.
Tego dnia internacjonalna miłość kwitła na tej plaży jak socjalizm w planie pięcioletnim – bez pośpiechu, ale z obowiązkiem. Nawet meduzy zdawały się przytulać, jakby chciały spełnić normę bliskości międzyludzkiej.
Po południu, kiedy słońce już niemal wyprażyło ideologię z głów, towarzysze usiedli w cieniu dębowego lasku przy rakii. Żiwkow wspomniał wtedy, jak to kiedyś chciał wprowadzić „nagość jako obowiązek klasowy”. Breżniew parsknął:
— Nie da rady. U nas jak ktoś się rozbiera, to tylko z potrzeby, nie z przekonania.
I tak plaża Perła, mimo że w teorii dostępna dla wszystkich, była w praktyce miejscem, gdzie nagie ciała socjalistycznych wodzów opalały się ramię w ramię z mitami rewolucji. Kąpali się w morzu Czarnym, ale fantazje mieli – kolorowe.
Jakże pięknie byłoby dziś wskrzesić tamten klimat – ale kto teraz uwierzy, że kiedyś można było być nagim, potężnym i... jeszcze kochać komunizm?
III
"Towarzysz Gustáv i kajak zazdrości"
Gustáv Husák, cichy i rozważny, jak przystało na dobrego towarzysza, miał jednak jedną słabość — zazdrość. Bo choć Czechosłowacja szczyciła się knedlikami, śliwowicą i dumą z partii, to brakowało jej jednego — dostępu do morza! Morza, którym kusił bułgarski towarzysz Żiwkow i jego pałac w Primorsku.
— „Ten pasterz kóz z Bułgarii…” — mruczał Gustáv, zapychając się knedlikami i popijając śliwowicą — „Jak ja mu pokażę wyższość czechosłowackiej myśli, skoro nie mam jak?”
A czasem, gdy tęsknota i zazdrość zżerały go bardziej niż STB (czechosłowacka policja polityczna) w czasie rewizji, wybierał się incognito — w kajaku marki Gumotex, dumie czechosłowackiego przemysłu gumowego — by z ukrycia podglądać, co Żiwkow robi w swojej willi nad morzem.
Na pokładzie kajaka Gustáv urzędował z godnością prawdziwego partyjnego wodza: trzymając talerz knedlików w jednej ręce, zrazy wołowe z sosem w drugiej, a do tego zimne piwo Gambrinus i kieliszek mocnej śliwowicy. Czasem na deser smalec z cebulką — klasyk czeskiej kuchni, idealny na wodną wyprawę.
Stamtąd obserwował , jak Żiwkow pluska się w basenie z panoramicznym dachem, urządzając przyjęcia dla samego Jánosa Kadara i innych towarzyszy.
I wtedy, na tej cichej tafli morza, Gustáv westchnął głęboko, chlapiąc się morską wodą po twarzy: — „Niech im będzie… Lepszy Żiwkow z pałacem i basenem niż ja, co mam Gumotexa i tęsknotę za tym, czego nigdy nie będę miał.”
Pewnego wieczoru, zmęczony codzienną walką o idee i partię, Gustáv zapakował się na swój kajak, trochę bardziej spragniony śliwowicy niż zwykle. Morze Czarne było spokojne, a on, ukołysany falami i alkoholem, zasnął na środku zatoki —z twarzą utopioną w talerzu knedlików i kieliszkiem śliwowicy w ręku.
Sen był lekki, ale pełen dziwnych wizji. Nagle z wody wyłonił się delfin. Nie byle jaki delfin — lecz z płetwą ogonową pomalowaną w czechosłowackie barwy: biel, czerwień i niebieski. Delfin podpłynął powoli, jakby miał ważną misję.
Wtem, ku zdziwieniu Husáka, delfin przemówił ludzkim głosem, głosem mądrym i trochę drwiącym:
— „Gustávie, powiem ci coś, co tylko morze wie: nie chodzi o to, ile masz pałaców, basenów czy rozkładanych dachów. Liczy się, co trzymasz w sercu i czy potrafisz się śmiać z samego siebie.”
Husák otworzył oczy, i nadal widział delfina. Wziął łyk śliwowicy i rzekł bełkotliwie ale z pijanym uśmiechem:
— „Może i masz rację, mój morski towarzyszu. W końcu nawet kajak Gumotex ma swoje granice — a ja mam swoje marzenia.”
Delfin, uśmiechając się pyskiem, machnął płetwą, a potem zanurkował w morską głębinę, zostawiając Husáka z myślą, że największa wolność to nie rezydencje i pałace, ale umiejętność pływania na fali życia — czasem po pijanemu- kajakiem, i czasem z humorem.
IV
"Wędka i żółw -
czyli rzecz o tym, jak socjalizm ugryzł sam siebie"
Było to w czasach, gdy socjalizm jeszcze pachniał nowością — choć bardziej jak opona z NRD niż kwiat lipy. Towarzysz Żiwkow, władca bułgarski, patriarcha z wiecznym uśmiechem i cerą wypaloną słońcem, zapragnął zacieśnić więzi z bratnim ludem niemieckim. A że więzy najlepiej się zacieśnia przy alkoholu i rybach — postanowił więc zabrać Ericha Honeckera na spływ po rzece Ropotamo.
Ropotamo, jak wiadomo, to nie byle ciek wodny. To rzeka z charakterem, z kaprysem i rezerwatem przyrody, gdzie żółw ma więcej praw obywatelskich niż przeciętny robotnik w Płowdiwie. Ale towarzysze o tym nie wiedzieli — bo partia o przyrodzie nie mówiła wiele, chyba że w kontekście budowy tamy.
Wsiadł więc Żiwkow do łodzi jak Noe do arki, z Honeckerem u boku i skrzynką rakii pod pachą. Po piętnastu minutach dryfowania, picia i śpiewania „Międzynarodówki” w wersji karaoke, przyszedł czas na łowy.
— „Towarzyszu Żiwkow,” — rzekł Honecker z niemiecką precyzją, — „gdzież są te słynne wędki bułgarskie? Chcę poczuć, jak ciągnę proletariat za haczyk.”
Na co Żiwkow, rozchichotany jak sekretarka na imieninach sekretarza, klepnął się w czoło i odparł:
— „Ajde, Erich! Zapomniałem wędek! Tyle miałem na głowie… rakiję, cytryny, pogodę…
A wędki – poszły w cholerę!”
Tu Honecker się nie zmieszał. W NRD nie uczono przecież wstydu, tylko improwizacji.
— „Wiesz co, Todorze? U nas się łowi po męsku.”
I zanim Żiwkow zdążył zapytać, czy chodzi o dynamit czy Związek Harcerstwa NRD, Honecker stanął dumnie w łodzi, zsunął spodnie i… wyjął z gaci własne „narzędzie klasy robotniczej”.
— „U nas się mówi: jak nie masz kija, to łów tym, co masz! Pokażę ci, jak się to robi w Republice Demokratycznej!”
Niestety, Honecker nie wiedział, że rzeka Ropotamo nie jest zwykłą rzeczką. To miejsce święte dla żółwi błotnych – stworzeń cierpliwych, starożytnych i piekielnie złośliwych.
Zatem gdy towarzysz z NRD zanurzył się w nurt z nadzieją na karpia, pojawił się on — żółw. Nie żaden tam niemrawy żółwik, tylko pancerny matuzalem z pogryzioną radziecką bojówką na skorupie. Ujrzał, co mu tam zanurzono, pomyślał: „wrogie ciało obce” — i CHAPS!
Krzyk Honeckera, jak na ironię, przypominał hymn niemiecki – ale w wersji bolesnej i niecenzuralnej.
Żiwkow aż się przewrócił ze śmiechu. Honecker wił się po dnie łódki, trzymając się za godność narodową, która teraz pulsowała jak lampka alarmowa w zakładach Trabanta.
— „Towarzyszu!” — jęknął przez zęby. — „Ten żółw był kontrrewolucyjny!”
Na co Żiwkow, łzy śmiechu ocierając chusteczką z logo Partii, odparł:
— „Nie, Erichu... to po prostu przyroda. A przyroda, jak kobieta – nie lubi, jak się ją bierze bez zaproszenia!”
I tak zakończyła się wielka bułgarsko-niemiecka przygoda wędkarska — Honecker wrócił do Berlina z opuchlizną, Żiwkow zaś do Sofii z nowym dowcipem na każdą okazję. A żółw? On ponoć do dziś pływa w Ropotamo, gryząc z sentymentem wszystko, co pachnie centralnym planowaniem.
Morał? W komunizmie jak w naturze — lepiej mieć kij, niż improwizować z chujem.
V
"Jak Wojtek z Michaiłem pierestrojkę w Primorsku ogarniali"
Już nie było ani Gierka, ani Breżniewa. W miejsce dawnych panów komuny przyszedł czas nowych bohaterów — Jaruzelski i Gorbaczow zawitali do Żiwkowa, do jego dumnej willi w Primorsku, tej z basenem i panoramicznym dachem, gdzie każdy kamień pamiętał echa dawnych uczt i balów.
Jaruzelski, znużony polowaniem na dzika, krążył wokół, bez entuzjazmu. Gorbaczow, głaszcząc znamię w kształcie Związku Radzieckiego na łysej głowie, kiwał się nerwowo, patrząc na pałacową pychę:
— „Patrz, Wojtek, ileż tu luksusu, a za rogiem nasi ludzie zmagają się z szarą codziennością…” — mruknął.
Jaruzelski westchnął i rzucił:
— „No tak, ale co z tym zrobić? Znowu strzelać? Nie mam już siły…”
Gorbaczow spojrzał na pół litra Stolicznej stojącej na stole, Złapał za szyjkę - jednym haustem opróżnił butelkę - i z błyskiem w oku wyrzucił:
— „Eureka!
-Pierestrojka!”
Jaruzelski przewracał oczami, rozglądając się po ogromnej willi Żiwkowa, gdzie basen z panoramicznym dachem błyszczał w słońcu, a na trawie suszyły się salami i palinka, jakby ktoś zapomniał o nich po ostatniej uczcie. Zmarszczył brwi, ale po chwili zaczął się śmiać, bo wszystko zaczęło układać się jak domino..
— „Michaił, powiedz mi szczerze, po co tu właściwie przyjechaliśmy? Żeby postrzelać do dzików czy do tej całej bułgarskiej pychy?” — rzucił Jaruzelski, siadając na kamiennym murku.
Gorbaczow, głaszcząc swoje łyse znamię w kształcie Związku Radzieckiego, uśmiechnął się z politowaniem:
— „No właśnie, Wojtek, ja już mam dość strzelania. Strzelajmy raczej w nową przyszłość. Pierestrojka, to jest to!”
Jaruzelski prychnął:
— „Pierestrojka? Czyli co, wywracamy wszystko do góry nogami i patrzymy, co zostanie?”
Gorbaczow wzruszył ramionami i wypił duszkiem kolejne pół litra Stolicznej, potem rzucił z błyskiem w oku:
— „Wszystko, jak w maszynie Kronenberga, mój przyjacielu. Polska się zreformuje, Związek Radziecki zachwieje, a Żiwkow i jego willa... no cóż, one pójdą z dymem.”
Jaruzelski roześmiał się głośno:
— „Aż szkoda trochę tej willi... ale powiedz, Michaił, czy ten cały twój plan ma szansę się udać, czy to tylko pijacka fantazja?”
Gorbaczow uśmiechnął się chytrze:
— „Czasem najlepsze pomysły rodzą się przy butelce wódki, Wojtek. A jak nie wyjdzie, to przynajmniej będzie zabawnie!”
Następnego dnia, skacowani towarzysze wrócili do swoich stolic.
Nie minął rok a komunizm w Polsce zaczął chylić się ku upadkowi, Związek Radziecki trząść się w posadach, a w końcu przyszła kolej na Żiwkowa — a co za tym idzie, na jego willę z basenem, który nagle zrobił się zbyt duży i zbyt pusty.
Wszystko toczyło się tak szybko, że nawet basen ze składanym dachem nie zdążył się rozłożyć na czas, by ochronić pałac przed wichrem zmian.
I tak, między łykiem wódki a planem na nowy ład, legła ostatnia forteca — willa Żiwkowa — symbol dawnego świata, który już nie miał gdzie się ukryć.
Jaruzelski z Gorbaczowem patrzyli na ruiny i uśmiechnęli się do siebie — bo czasem rewolucja zaczyna się od łyka wódki i jednego błyskotliwego pomysłu.
VI
"Finał u Żiwkowa: Kadár, Honecker i duch Čaučesku"
Gdy Jaruzelski i Gorbaczow snuli swoje pierestrojkowe plany, nad brzegiem morza pojawił się nieoczekiwany gość — János Kadár, z walizką pełną kultowego salami i skrzynką pálinki. Przyjechał bez fanfar, ale z solidną dawką węgierskiej zazdrości.
Obok niego stał Erich Honecker, ciągle pamiętający, jak to kiedyś wyciągnął z gaci chwosta, by pokazać Żiwkowowi „jak się łowi ryby w NRD”, aż ugryzł go żółw z rezerwatu Ropotamo.
— „No dobrze, panowie, co to za pierestrojka?” — zagadnął Kadár, rozglądając się po willi z lekkim sceptycyzmem, ale też z apetytem na salami.
I wtedy nagle zza krzaków wyłonił się duch — nie kto inny, jak rozstrzelany nie dawno Nicolae Čaučesku, z zakurzonym mikrofonem i wiecznym wyrazem zadziwienia na twarzy.
— „A ja wam powiem, co myślę...” — zaryczał duch, śmiejąc się gorzko — „Wszystkie wasze pierestrojki i baseny z panoramicznym dachem nie pomogą, jeśli zapomnicie o jednym — o ludziach.”
Gorbaczow spojrzał na ducha i skinął głową:
— „Masz rację, Nicolae. Może właśnie o to chodzi — żeby zacząć od nowa, ale z pokorą.”
Jaruzelski dodał:
— „A ja myślałem, że wystarczy pół litra Stolicznej i dobry pomysł...”
Kadár, z wyraźną zazdrością, zaczął rozkładać salami:
— „Węgierskie wędliny i pálinka też mogą pomóc, ale chyba trzeba czegoś więcej.”
Honecker zaśmiał się i rzucił:
— „No to może zróbmy jeszcze jedno polowanie? Tym razem na zdrowy rozsądek i odwagę.”
I tak, w cieniu upadających pałaców i zmieniających się epok, trójka starych towarzyszy, duch Čaučesku i dwóch nowych reformatorów spojrzeli na siebie i na świat, który powoli się rozpadał, ale też powoli miał szansę się odrodzić.
VII
"Epilog"
W kilka miesięcy później basen z panoramicznym dachem stał pusty, a trawa wokół willi porosła chwastami. Żiwkow, przegoniony przez historię, mógł tylko patrzeć z daleka, jak domino się przewraca.
Tymczasem, Gustáv Husák, który obserwował wszystko , dryfując po Czarnym Morzu w swoim kajaku Gumotex, z uśmiechem pod nosem pomyślał — „No cóż, może i nie mam willi, ale mam spokój i wolność... a to chyba najlepsze, co komunizm mógł mi zostawić.”
I tak kończy się opowieść o wielkich wodzach, pałacach i wielkiej pierestrojce — gdzie nawet najbardziej sztywne systemy potrafią się rozłożyć, jak składany dach nad basenem.
copyright Przewodnik Kazimierz Dolny (Oskkos) ©2025