15/10/2026
🏰 A czy słyszeliście, że w Kowarach był kiedyś zamek?
Dziś zabieramy Was w podróż do dawnego świata Kowar — świata górników, kuźników, książąt i tajemniczych zamkowych murów!
⚒️ W tej niezwykłej legendzie poznacie historię kowarskich rzemieślników, którzy przez pokolenia wydobywali żelazo i wykuwali z niego narzędzia oraz miecze. Gdy jednak ich praca i źródło utrzymania znalazły się w niebezpieczeństwie, postanowili upomnieć się o swoje prawa.
⚔️ Co wydarzyło się wiosną 1355 roku przed zamkiem? Dlaczego kuźnicy ruszyli tam z mieczami i jak zakończyło się spotkanie z księciem Bolkiem?
Przeczytajcie legendę i poznajcie opowieść, która przenosi nas w odległą przeszłość naszego miasta.
ZAMEK W KOWARACH. O ŚCIEGIEŃSKICH MIECZACH
Opowiadają ludzie, że w Kowarach był kiedyś zamek, chociaż nikt nie potrafił wskazać miejsca gdzie stał. Był on siedzibą regionalariusza, czyli rządcy książęcego, którego nazywano hetmanem gwareckim. Sprawował on opiekę nad dołami, czyli gwarami, w których dołowano kamień żelazny, a także strzegł osady zamieszkałej przez gwarków oraz kuźnicy książęcej, gdzie z kamienia żelaznego żelazny wytapiano i do kowania szykowano, by okoliczni kuźnicy na broń i narzędzia mogli go przekuwać.
Osada stara już była, bo od czasów księcia Krzywoustego kamień żelazny tu dołowano. W rozrzuconych po lasach siołach, takich jak Ściegny, Miłków, Wojków czy Jarkowice, zawód kuźnika pozostawał w rodzinie i przechodził zawsze z ojca na syna. Dlatego po puszczy wokół Kowar dzwoniły młoty o kowadła, a spod rąk kuźników wychodziły miecze, noże i narzędzia przeróżne: sierpy, kilofy, motyki, czy też topory wysokiej jakości, chętnie kupowane przez ludzi na Dolnym Śląsku.
Dobrze żyło się kuźnikom o stwardniałych dłoniach i o łagodnych, wyblakłych od żaru ognia oczach. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży swych wyrobów dostatnio się odzie wali i tłusto jedli, aż do czasu gdy hetman gwarecki sprowadził do Kowar niemieckich gwarków i dopóki nie przekazał nadzoru nad dołami i kuźnicą Niemcowi Engelmanowi. Ten właśnie Engelman od pierwszego dnia pobytu w Kowarach kazał się tytułować „oberszmelcmajstrem”, a w kilka niedziel później, za zezwoleniem pana hetmana gwareckiego Hanusza, zawarł jakąś tam umowę z kupcami na Łużycach i cały kowarski sur im sprzedawał.
Chodzili wieści, że to kupcy jeleniogórscy namówili i podkupili owego Engelmanа, by sur przez Łużyce do Saksonii sprzedawał, aby w ten sposób zemścić się na ludziach z Kowar, którzy sól z Czech przywozili, miast w Jeleniej Górze ją kupować, a i piwo własne warzyli, naruszając tym przysługujące jeleniogórzanom prawo mili. Lecz zaufany pisarz pana hetmana oświadczył, iż kupcy jeleniogórscy niczemu nie są winni i że powodem braku suru jest fakt, iż łatwiej było Engelmanowi sprzedawać kupcom z Łużyc wszystko co wytopili, niż każdemu kuźnikowi oddzielnie. Psioczyli więc na pana Hanusza kuźniki za to, że owego Engelmanа z Germanii na Śląsk ściągnął i że w miejsce zmarłego swojaka wyświęcił na nadszmelcmistrza Niemca, jak również i dlatego, że umowę z kupcami swoją pieczęcią hetmańską przyozdobił. Ze złości zaciskali w kułaki swoje zrogowaciałe od pracy dłonie na wspomnienie krzywdy wyrządzonej im przez hetmana, któremu posłuszeństwo przysięgali przy wyświęceniu mistrzowskim. Potem bez niczyjego nakazu miecze kuć rozpoczęli z myślą, że gdy jeszcze parę niedziel suru nie dostaną i bez pracy będą, z tymi mieczami w dłoniach na hetmana, jego zamek i jego ludzi ruszą.
Dowiedział się pisarz o tych mieczach i z cechmistrzem kuźników do Świdnicy, do księcia, ze skargą pojechał. Dwie niedziele ich nie było, a po powrocie, przed kościołem, po mszy, kowarski nadcechmistrz kuźniczki zebrał wszystkich kuźników i powiadomił, iż był ze skargą u księcia Bolka w Świdnicy i że książę-panu przyobiecał odpowiedź swą ogłosić na dwie niedziele przed Wiosennymi Godami.
Cierpliwie czekali więc wyznaczonego terminu szeptem informując się tylko, że z mieczami pójdą na zamek i podniesienie uczynią, jeżeli książę nie zmieni hetmańskiej decyzji, a wszystkich, którzy na drodze im staną, jak psy wybiją.
Wiosna 1355 roku przyszła dość późno. Na dwie niedziele przed Wielkanocą, nazywaną tu po staremu Wiosennymi Godami, w dniu św. Izydora-arcybiskupa z Sewilli, zeszli się kuźniki ze wszystkich sioł rozrzuconych wokół Kowar. Stanęli na błoniu przed zamkiem gromadnie, obok siebie kowarscy, ściegieńscy, miłkowscy, wojkowscy, a dalej inne grupy z Miszkowic, Jarkowic i dalszych sioł leśnych w górach, a nawet z dalekiej Lubawki. Każdy ze ściegieńskich czeladź przyprowadził i każdy w kapotę z podniesionym kołnierzem był odziany, pod którą ukrywał miecz przez siebie wykuty i pasem do lnianego giezła przyciśnięty. Za kuźnikami ustawiły się kobiety ich, wraz z dzieciskami i czeladzą domową, przy czym najwięcej było kobiet z Kowar.
Obok gromad kuźników stanęli gwarkowie i smelcmownicy (topiarze). Tworzyli dwie oddzielne grupy przy swych cechowych chorągwiach. Pod błękitną, gwarecką, ze św. Barbarą dziewicą i męczenniczką, z mieczem w dłoni, zgromadzili się cechmistrze, sztychtmistrze, bachmistrze oraz nad-sztygarzy, sztygarzy i podsztygary, chłopy rosłe i barczyste o bladych, ascetycznych, wygolonych twarzach, a za nimi brać gwarecka, chuda i byle jak odziana. Przy czerwonej jak płomień chorągwi smelcmowników, z leżącym w ogniu na kracie żelaznej św. Wawrzyńcem, stanął oberszmelcmajster Engelman ze znaczniejszymi Niemcami.
Brama zamku, odległa od tych gromad nie dalej jak na dwa strzelania z kuszy, była zawarta. Tylko w wykuszu nad nią było widać hełm hetmańskiego woja. Za bramą krył się dziedziniec i wejście do kamiennej budowli, w której znajdował się książę-pan. Myśli wszystkich stojących na rozmokłym błoniu przed zamkiem były przy jego osobie.
I oto odzywa się głos rogu z wykusza nad bramą zamkową i już rozwierają się jej wierzeje. Potem wysypują się z niej jezdni. Wiedzie ich wąsaty woj książęcy z proporcem w dłoni, a na nim widnieje orzeł przepięty półksiężycem przez pierś od skrzydła do skrzydła. Konnych jest kilkunastu, lecz najważniejszy jest chyba ten, który jedzie po prawej ręce hetmana gwareckiego. Ma on na sobie lekki pancerz obcej roboty i ozdobny sztylet przy prawym łańcuchu na szyi. Siedzi w wysokim siodle na koniu okrytym takim samym materiałem jak ten, z którego zrobiony jest proporzec z orłem.
— Książę... książę pan... — szepcą do siebie kuźniki. — Bolko, Łokietka wnuk...
Szepty ludzi rosną i grupy powoli posuwają się w stronę nadjeżdżających. Potem wzmagają się jeszcze bardziej, lecz przerywa je głos hetmana.
— Cisza! — krzyczy unosząc urękawiczoną dłoń ku górze. — Cisza!
Za jezdnymi kroczą giermkowie książęcy, pośród których jest pisarz hetmański ze zwojem pergaminu w dłoni.
— Cichajcie! Książę-pan pewnie gadać będzie do nas! — mówi głośno cechmistrz kuźników ściegieńskich. — Cichajcie!
Gdy na błonie powraca cisza książę Bolko kiwa przyzwalająco głową hetmańskiemu skrybie i ten wysuwa się ku przodowi. Potem rozwija przyniesiony zwój pergaminu, opatrzony pieczęcią z czerwonego jak krew wosku i zaczyna czytać.
— My Bolesław, z łaski Boga książe Śląska... — padają wolno słowa. — Pan na Świdnicy, Strzegomiu, Jaworze, Lwówku, Jeleniej Górze, Chojnowie, Złotoryji...
Trzepot chorągwi wzrasta. Ludzie łapią tylko pojedyncze słowa.
— ... prośby swych poddanych... ich powinności... ich wszystkich i ich potomków...
Pośród zebranych znów rodzą się szmery, które rosną z każdą chwilą, lecz urywają się nagle, gdy czytający, po nabraniu tchu w piersi, wzmaga swój głos.
— Przychyliliśmy się do ich pokornej prośby i postanowiliśmy...
Teraz panuje idealna cisza i nawet wiatr przycicha na chwilę.
— ... i łaski, że nikt nie ma prawa wywozić z terenu księstwa kamienia żelaznego, a dzieło żelazne i kuźnice mają po wsze czasy pozostawać w Jeleniej Górze i jej okręgu.
Tu czytający czyni krótką przerwę, by znów odetchnąć.
— Gdyby ktokolwiek...
Nie słuchają już dłużej kuźnicy ściegieńscy. Pierś ich rozpiera wielka radość i zapominają przed kim stoją.
— Hurra! Hurra! — krzyczą i podrzucają czapki w górę. — Hurra!
Hetmański skryba, mimo krzyków, nie przerywa czytania. Nie słucha go już nikt z kuźników. Każdy ma serce przepełnione radością i nadzieją na lepsze jutro. Każdy widzi odpływającą w dal obawę przed głodem. Cichną dopiero, gdy czytający wypowiada ostatnie słowa.
— W Świdnicy, miesiąca aprila, dnia drugiego, Roku Pańskiego tysiącznego, trzechsetnego, pięćdziesiątego piątego.
Gdy cichną jego słowa dzieje się coś nieprzewidzianego. Jeden ze ściegieńskich kuźników rozpina swą kapotę, wyjmuje miecz pod nią ukryty, ujmuje w dłoń jego rękojeść i zaczyna przepychać się przez szeregi towarzyszy ku księciu. Potem nie patrząc na cechową starszyznę i swych kamratów, zaczyna biec w stronę księcia Bolka. Wygląda jakby zaraz chciał rzucić się na zbrojnych siedzących na koniach ludzi.
Napięcie wywołane jego postępkiem rośnie. Wszyscy powstrzymują dech w piersiach.
— Jezusie święty! — daje się słyszeć krzyk strapionej jakiejś kobiety, stojącej za kuźnikami.
W tym momencie, gdy już jeden z książęcych giermków wysuwa się ku przodowi, ujmując równocześnie w dłoń głownię swego miecza, biegnący w stronę księcia kuźnik pada na wilgotną ziemię błonia i klęcząc unosi oburącz miecz w stronę księcia Bolka.
— Przyjmijcie go książę-panie... — zaczyna mówić, lecz głos więźnie mu w gardle.
— Przyjmijcie od nas... od kuźników ściegieńskich... za waszą łaskę i... za ratunek przed głodem. Na obronę...
Uśmiecha się książę Bolko. Pojmuje, że ten człowiek o sękatych, spracowanych dłoniach, chce mu złożyć podarek od siebie i swych kamratów. Odwraca oczy od konnej postaci i przenosi je na lud stojący przed nim. Dostrzega, że już od nieruchomych gromad biegnie następny, potem jeszcze jeden i jeszcze...
Za moment ruszają wszyscy ściegieńscy kuźnicy. Każdy ze zbliżających się niesie miecz i milcząco składa na rozmokłej murawie u jego stóp.
Zbliżają się coraz bliżej i otaczają księcia kręgiem tak ciasnym, że widzi tylko ich twarze poczerniałe od dymów, jakby toporem wyciosane. Widzi ich wyblakłe od ognia, łagodne oczy. Oni całują jego skórznie, strzemiona, a za ich plecami błyszczą w promieniach wiosennego słońca leżące na murawie, wykonane przez nich miecze, wąskie i szerokie, jedno i dwuręczne, obosieczne, przypominające swym kształtem metalowe krzyże. I książę sam nie wie dlaczego powtarza usłyszane od pierwszego z tych ludzi słowa:
— Na obronę ziemi i nas wszystkich...
Legenda stanowi fragment książki "Legendy Karkonoszy i okolic" autorstwa Urszuli i Aleksandra Wiącków.