02/05/2026
Dzień piąty Szlak Orlich Gniazd - ostatni
Złoty Potok - Częstochowa
Przeszedłem wg mapy 35,6 (łącznie 165)
Przeszedlem wg zegarka 36,92 (łącznie 175,24)
Do końca zostało 0
Średnia prędkość w ruchu to 5,5
Średnia prędkość z odpoczynkami 4,0
Czas przejścia 9,07
Czas ruchu 6,40
Do góry 393
Na dół 401
Ilość kroków 47811
Kalorii spalonych 2605 (łącznie ze spoczynkowymi)
Utrata płynów 6603
Mówili połóż się wcześnie, wstaniesz wcześnie i wyjdziesz. No to 19.45 ja już grzecznie w łóżeczku. Jeszcze widno było za oknem. Oglądnąłem cały film, wuelki księżyc pojawił się w oknie. Chyba blisko pełni. Szkoda, że nie zdecydowałem się spać w lesie. Mogło być zjawiskowo.
Wstałem koło 6. Niby czas niezły, ale jakoś czas szybko uciekał. Napisałem relację, przygotowałem do wyjścia i bach 8.30. Jeszcze kawka chodziła mi po głowie ale czasu starczyło tylko na kofeinę w kapsułkach. Straszna namiastka kawy...
Wystartowałem. Do przejścia 35 kilometrów. Sporo, ale spokojnie do zrobienia. Szło się wyśmienicie. Pierwsza godzina ze średnią prawie 6km/h. Prawie biegiem. Nawet zdarzyło mi się kilka razy podbiegać. A jeszcze zdążyłem porozmawiać z przemiłym rowerzystą jadącym też szlakiem tylko, że w drugą stronę. Kolejny dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że szlak stanowią ludzie. Jeszcze przed Olsztynem spotkalem Grażynkę i Arka, przecudowną parę, która niedawno wkroczyła w świat długodystansowych marszrut. Kochani, muszę Was zmartwić, na tą chorobę nie ma lekarstwa. Prześwietna pogawędka, tak jakbyśmy znajomymi byli już lata. W Warszawie byli na spotkaniu z Kiproo - podróże i wędrówki , moją znjomą od niedawna po fachu i ona ich dodatkowo nakręciła do długich dystansów opowiadając o swojej wyprawie Camino de Santiago (imponujące 4000 kilometrów). Domimika, świetna robota. Po to właśnie nasze aktywności zarówno szlakowe jak i poza nimi. Jak widać ma to sens.
Trzymam mocno kciuki za Grażynkę i Arka. Arkadiusz na odchodne rzucił, że może jeszcze się spotkamy gdzieś na ktorymś szlaku. Bardzo bym chciał.
Naładowany nową energią ruszyłem. No dzisiaj to chyba mój dzień jest. Idzie się wyśmienicie. W głowie same pozytywne rzeczy. Obmyślam scenariusze videobloga. Zastanawiam się nad nowymi odcinkami w LABoratoriumKiera gdzie jestem producentem. Kilometry lecą same. Wychodzę z lasku i nagle oczom moim ukazuje się Olsztyn, majestatyczny, ostatni już na trasie zamek i przedostatnia twierdza. Ostatnią jest Jasna Góra. Oczywiście czasu nie wystarczy, żeby zwiedzić ruiny. Bylem tu kilkadziesiąt lat temu na zlocie harcerskim. W sumie niewiele z tego pamiętam. Znowu kolejny zamek do odwiedzenia.
W Olsztynie znalazłem czas na lody. No jak ktoś lubi wyrafinowane smaki to rokitnikowe polecam zdecydowanie, ale porzeczkowe to prawdziwe cudo. Chyba najlepsze jakie do tej pory jadłem w życiu.
Nowa energia i zasuwam dalej. Zaraz za Olsztynem znowu las. Doprowadza mnie do pięknego rezerwatu Zielona Góra z wieloma różnymi formami skalnymi tak charakterystycznymi dla Jury Krakowsko- Częstochowskiej. Kilka zdjęć, filmik i pędzę dalej. Powoli zbliżam się do Częstochowy. Wychodzę z lasu wtem nagle mnie natchnęło, że te oznaczenia kilometrów na mijanych tabliczkach i na mojej mapie trochę się rozjeżdzają. Zatrzymuję się, zrzucam plecak i zaczynam szperać. W miedzyczasie odzywa się Adaś, moja osobista pogodynka od wielu lat i przyjaciel z harcerstwa. Bacznie obserwował moją trasę i zauważył że tuż przed miastem się na dłużej zatrzymałem. Zaczęliśmy szukać obydwaj o co chodzi. Co strona to informacja. Nic jednoznacznego. Masakra. Adze już dwa razy zmieniałem miejsce gdzie mamy się spotkać. Jedzie po mnie, żeby mnie zabrać do Krakowa więc misja dość ważna 😀
Ruszam bez pewności gdzie mam iść. Stary Rynek w Częstochowie to miejsce startu szlaku pieszego. Jeszcze ostatnia dłuuuuuuga prosta i jestem na miejscu. AI powiedziało mi gdzie znajdę początek/koniec szlaku - lipa. Rundka dookoła rynku - lipa. Adaś rzuca, że tabliczka ponoć jest przy głównej drodze a nieopodal kropka. Przysyła zdjęcia tabliczki. Fakt widzę ją. Podchodzę, jakby inna. Nie dość, że została usunięta informacja o początku szlaku to jeszcze drogowskazy usunięte. Szukam kropki. Ma być gdzieś na murku. Jest... a raczej była. Wygląda tak jakby ją ktoś usunął albo wyblakła. Obok mało wyraźna szlakówka z kierunkiem gdzie biegnie szlak. To nie może być przypadek. Pewnie ujednolicili starty obydwu szlaków i tak jak mówi mi mapa początek jest na Błoniach Jasnogórskich. Obydwaj z Adamem jesteśmy mocno zdziwieni, ja do tego skonfudowany. Umawiam się z Agą na miejscu "kolejnego" startu/końca i szpula do przodu. I tak chciałem tam iść. Nie wiem skąd mam jeszcze siły, ale mam tak jakbym dopiero startował. Charakterystyczna wieża na Jasnej Górze szybko się zbliża. A ja czuję jakieś nadnormalne emocje. Już startując w Krakowie postanowiłem, że cały ten szlak dedykuję niedawno zmarłej, mojej nauczycielce ze szkoły średniej, wiernego kibica każdego mojego odjechanego pomysłu a góry w szczególności, prof. Wiesława Krawczyńska-Rybacka . Tuż przed śmiercią poprosiła mnie, żebym na jedną z moich wędrówek zabrał ją do plecaka, zapewniała, że wiele nie waży. Zawsze będzie miała miejsce i w moim plecaku i w sercu. To Ona niosła mnie podczas tej wyprawy i dlatego miałem tyle siły. To właśnie dla Niej staję tu pierwszy raz od 30 lat.
Ehhh... to były emocje. Tabliczka z początkiem szlaku była już formalnością. Robię pamiątkowe zdjęcie, podchodzę do najbliższej ławki, zaczynam ściągać plecak a tu Aga wyłania się zza rogu. Na tej wyprawie zgadzało się wszystko, więc to nie przypadek, że tak w punkt jest i Ona. Super! Kolejne emocje! Przywitanie, kolejne zdjęcia i spokojnie przechodząc przez sanktuarium dochodzimy do samochodu. Tłum ludzi przewija się przez wzgórze. W tle nabożeństwo majowe. Ma to wszystko metafizyczny klimat.
Wracamy. Już bramki na autostradzie w Krakowie. To był zdecydowanie dobry czas. Będę tęsknił.
Na koniec podziękowania. Agnieszka, Ty wiesz, że nie dość, że zgadzasz się na moje niekoniecznie odpowiedzialne pomysły to jeszcze wspierasz mnie w ich realizacji. Dziękuję BARDZO! Stokrotne podziękowania równiez dla moich Synów, ktorych wsparcie czułem w szczególności w trudniejszych chwilach. Dziękuję Sylwester za przygotowanie moich kolan do sezonu. Nieeee, nie tylko kolan. Czuję, że zimę przepracowaliśmy a Twoje katowanie mnie ma teraz nadzwyczajną moc. No i on, Karamba, Adam, bez Twojego towarzystwa, rad i pomocy nie tylko z pogodą, byłoby duuuużoooo ciężej. Zawsze, podczas każdej mojej podróży mogłem na Ciebie liczyć. Czas, żebyśmy poszli na kolejną wyprawę razem!