Kraków okiem szlachty

Kraków okiem szlachty Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Kraków okiem szlachty, Przewodnik turystyczny, Kraków.

Ach, mości Panowie i Waćpanny! Skoro już jesteśmy w Krakowie, mieście królów, uczonych i artystów, trzeba wam opowiedzie...
16/08/2026

Ach, mości Panowie i Waćpanny! Skoro już jesteśmy w Krakowie, mieście królów, uczonych i artystów, trzeba wam opowiedzieć o miejscu, gdzie od ponad dwóch stuleci młodzi ludzie uczą się, jak z kawałka płótna, gliny czy kamienia uczynić prawdziwe dzieło sztuki.

Oto Akademia Sztuk Pięknych imienia Jana Matejki – najstarsza polska uczelnia artystyczna.

Jej historia zaczyna się w roku tysiąc osiemset osiemnastym , kiedy przy Uniwersytecie Jagiellońskim powołano Szkołę Rysunku i Malarstwa. Pierwszymi nauczycielami byli Józef Brodowski i Józef Peszka, a wkrótce pojawiła się także nauka rzeźby.

Ale spokojnie, mości państwo – nie od razu z tej szkoły powstała wielka Akademia.

Po upadku powstania listopadowego władze austriackie ograniczyły jej działalność. W roku tysiąc osiemset szkołę odłączono od Uniwersytetu Jagiellońskiego i włączono do Instytutu Technicznego. Przez wiele lat działała więc w znacznie skromniejszej formie.

Aż nadszedł rok 1873.

Wtedy szkoła odzyskała samodzielność jako Szkoła Sztuk Pięknych, a jej dyrektorem został człowiek, którego nazwiska Krakowowi przedstawiać nie trzeba – Jan Matejko.

I tu, zacni ludzie , zaczyna się złoty rozdział tej historii.

Matejko nie tylko był wielkim malarzem. Był także znakomitym pedagogiem. Potrafił wychować całe pokolenie artystów i uczynić krakowską szkołę jednym z najważniejszych ośrodków sztuki w Polsce.

Za jego czasów powstał także obecny gmach przy placu Matejki, wzniesiony według projektu Macieja Moraczewskiego i oddany do użytku w 1880 roku.

Po śmierci Matejki w roku 1893 szkoła potrzebowała nowego gospodarza. Został nim Julian Fałat, który objął stanowisko dyrektora w 1895 roku.

I właśnie Fałat miał dokonać rzeczy wielkiej.

W roku 1900 szkoła otrzymała status Akademii Sztuk Pięknych.

A Fałat sprowadził do Krakowa prawdziwą artystyczną kompanię!

Profesorami zostali między innymi Jacek Malczewski, Leon Wyczółkowski, Stanisław Wyspiański, Józef Mehoffer, Teodor Axentowicz, Jan Stanisławski, Wojciech Weiss i Konstanty Laszczka.

Mości państwo – czyż można sobie wyobrazić lepsze grono?

To właśnie wtedy Kraków stał się jednym z najważniejszych centrów artystycznych Młodej Polski. Artyści spotykali się w pracowniach, kawiarniach i miejscach takich jak Jama Michalika. Rodziły się nowe pomysły, dzieła i artystyczne spory.

Akademia przetrwała także burzliwy XX wiek. Po II wojnie światowej przechodziła kolejne reorganizacje, a w latach 1950–1956 nosiła nazwę Akademii Sztuk Plastycznych.

W roku 1979, w setną rocznicę powstania obecnego gmachu, uczelnia otrzymała imię swojego wielkiego dyrektora i mistrza – Jana Matejki.

I tak, mości panowie i waćpanny, szkoła, która zaczęła się od kilku nauczycieli rysunku i malarstwa, stała się jedną z najważniejszych uczelni artystycznych Polski.

A kiedy przechodzicie obok jej gmachu przy placu Matejki, pamiętajcie, że za tymi murami kształcili się artyści, którzy później zmieniali oblicze polskiej sztuki.

Od Brodowskiego i Peszki, przez Matejkę i Wyspiańskiego, aż po współczesnych artystów – historia tej uczelni to ponad dwieście lat krakowskiej sztuki.

I powiadam wam na koniec:

Nie każda szkoła może pochwalić się tym, że wychowała całe pokolenia mistrzów.

A krakowska Akademia może.

Bo tutaj od ponad dwóch stuleci nie tylko uczono malować.

Tutaj uczono, jak zostawić po sobie ślad w historii.
, , , , , , , , ,

Jama MichalikaAch, mości Panowie i Waćpanny! A dzisiaj będzie o miejscu nie byle jakim tu gdzie Kraków artystów, poetów ...
09/08/2026

Jama Michalika

Ach, mości Panowie i Waćpanny! A dzisiaj będzie o miejscu nie byle jakim tu gdzie Kraków artystów, poetów i bohemy miał swoje prawdziwe królestwo.

To Jama Michalika przy ulicy Floriańskiej. Dlaczego Jama a bo lokal był ciasny i przede wszystkim bez okien, więc krakowianie rychło nazwali go Jamą oczywiście nie Smoczą;)

W roku 1895 otworzył tu cukiernię Jan Michalik, pochodzący z Lwowa cukiernik. Początkowo sprzedawał ciasta i słodycze, ale z czasem zaczęli się tu schodzić młodzi artyści, literaci i studenci krakowskiej ASP a o budynku ASP będzie niebawem

I tak zwyczajna cukiernia stała się miejscem krakowskiej bohemy.

W latach 1905–1906 narodził się tutaj słynny kabaret Zielony Balonik. Skąd taka szalona nazwa ? Wieść niesie że dziewczę stało przed tym budynkiem i baloniki sprzedawało a że zgrabiały jej rączki od zimna to i czucia mniej w nich było i uciekł jej jeden balonik i był w kolorze zielonym i dlatego.
Czy to prawda? Ja Waszmościowie i Waćpanny uważam że a i owszem.
Były wiersze, piosenki, żarty i satyra – nieraz bardzo ostra. Śmiano się z mieszczaństwa, polityków, artystów, no baaa a nawet z samych krakowian bo jakże by inaczej. Konferansjer Tadeusz Boy Żeleński był mistrzem jedynym w swoim rodzaju

Wśród bywalców byli między innymi Stanisław Wyspiański, Józef Mehoffer, Kazimierz Sichulski i Lucjan Rydel.

A ściany Jamy? One same są kawałkiem historii. Artyści ozdobili wnętrze swoimi pracami, tworząc miejsce niezwykłe i trochę magiczne. Są one do tej pory na ścianach wewnątrz umieszczone

I dlatego, mości państwo, kiedy przechodzicie Floriańską, warto tu zajrzeć.

Bo Jama Michalika to nie tylko dawna cukiernia.

To miejsce, gdzie przy kawie i kieliszku likieru rodziły się żarty, wiersze i pomysły ludzi, którzy współtworzyli krakowską Młodą Polskę.

Także Was nie tylko Waszmości ale każdego z Was zapraszam do tego miejsca a zobaczysz na własne oczy jak wyglądała i nadal wygląda przedwojenna kawiarnia

Nie każda cukiernia zostaje legendą. Ta jednak została.
, , , , , , ,

Pragnę powitać Was wyjątkowo w sobotnią wieczorową porą i poinformować Was że jutrzejszy odcinek Kraków okiem szlachty b...
01/08/2026

Pragnę powitać Was wyjątkowo w sobotnią wieczorową porą i poinformować Was że jutrzejszy odcinek Kraków okiem szlachty będzie miał premierę za tydzień że względu na wydarzenie w którym biorę czynny udział i na które Was Waćpanny i Waszmości zapraszam, pod Kraków do Rudna na zamek Tęczyn
, , , , ,
a w ciągu kilku dni dorzucę fotorelację a następny odcinek już w następną niedzielę czyli 9 sierpnia a tymczasem zapraszam jutro na historię na żywo przybądźcie a nie będziecie żałować bo co żywa lekcja historii to żywa

Zgodnie z obietnicą przesyłam kilka migawek z tego wydarzenia

A dzisiaj, moi drodzy, będzie o kolegiacie Świętej Anny.Patronka dnia dzisiejszego i zarazem babcia Jezusa. Zaczynamy. S...
26/07/2026

A dzisiaj, moi drodzy, będzie o kolegiacie Świętej Anny.
Patronka dnia dzisiejszego i zarazem babcia Jezusa. Zaczynamy.
Staram się by każda wycieczka ze mną miała możliwość zobaczenia tego budynku.

Spójrzcie na tę świątynię przy ulicy Świętej Anny. Z zewnątrz wygląda dumnie i barokowo, ale historia tego miejsca sięga dużo głębiej – aż do XIV wieku.
Najstarsza wzmianka pochodzi z 1363 roku. Kazimierz Wielki prosił wtedy papieża Urbana V toż i tego samego który zezwolił na utworzenie uniwersytetu o odpust dla tych, którzy nawiedzą ten kościół. Był wtedy jeszcze drewniany.

W 1407 roku, podczas rozruchów antyżydowskich, kościół spłonął. Na zgliszczach, jeszcze w tym samym roku, Władysław Jagiełło ufundował murowaną, gotycką świątynię. W 1418 roku związał ją na dobre z Akademią Krakowską – uczelnia dostała prawo patronatu. Od tej pory kościół i uniwersytet szły już razem. W 1535 roku został kolegiatą.
Prawdziwą sławę przyniósł mu jednak Jan z Kęt.Patron wszystkich profesorów i studentów

Profesor Akademii, zmarł w 1473 roku i został tu pochowany. Kult narastał, a kiedy zaczęto starać się o kanonizację, stary gotycki kościół okazał się za mały. Dosłownie.
Dlatego w 1689 roku go rozebrano i zaczęto budować od nowa. Projekt zrobił Tylman z Gameren, ale prawdziwym duchem tej budowy był ksiądz Sebastian Piskorski – proboszcz i profesor. On pilnował wszystkiego: murów, wystroju, idei. Budowano do 1703 roku i w tym samym roku kościół konsekrowano.
I tak powstała świątynia, którą znamy dziś. Jedno z najpiękniejszych barokowych wnętrz w Krakowie. Stiuki Fontany które inne jego prace można także zobaczyć w muzeum Krzysztofory w sali balowej , malowidła Dankwarta i braci Montich, a w ołtarzu głównym obraz Anny Samotrzeć Siemiginowskiego.

Najważniejsze miejsce to jednak konfesja świętego Jana Kantego. Tu leżą jego relikwie. Po prawej stronie przed ołtarzem głównym.Kanonizowany został dopiero w 1767 roku. Przy konfesji widać różne wota, a wśród nich buńczuki tureckie – tradycja łączy je z odsieczą wiedeńską.

W tym jednym kościele spotykają się wiara, nauka i historia Rzeczypospolitej. Do dziś odbywają się tu uniwersyteckie uroczystości.

Dlatego nie patrzcie na niego tylko jak na ładny barokowy kościół.
Są bazyliki, katedry,fary a ten kościół to kolegiatą zwany.
A ta kolegiata Świętej Anny jest właśnie taką kroniką – zapisaną w kamieniu, stiuku i pamięci.
To miejsce, które pamięta Jagiellonów, profesorów, świętego uczonego i cały ten barokowy rozmach.
Nie każdy kościół jest tylko kościołem.
Niektóre są kronikami miasta.

Powitać Was wszystkich chciałbym ponownie gorąco i serdecznie jak co tydzień a dzisaj zgodnie z obietnicą:Muzeum Książąt...
19/07/2026

Powitać Was wszystkich chciałbym ponownie gorąco i serdecznie jak co tydzień a dzisaj zgodnie z obietnicą:

Muzeum Książąt Czartoryskich – Część II

Skarby Rzeczypospolitej i ich burzliwe dzieje

A więc , mości Panowie i Waćpanny, przekroczmy teraz próg tego osobliwego miejsca. Lecz pamiętajcie – nie wchodzimy jedynie do muzeum. Wkraczamy do skarbca pamięci narodu, gdzie każdy przedmiot ma własną historię, a niejedna z nich mogłaby posłużyć za księgę pełną przygód.

Rozejrzyjcie się uważnie.

Nie znajdziecie tu wyłącznie obrazów. Są królewskie pamiątki, średniowieczne miecze, husarskie zbroje, buławy hetmańskie, orientalne kobierce, starożytne zabytki z Egiptu, Grecji i Rzymu oraz przedmioty, które przez wieki trafiały do rąk rodu Czartoryskich. Każdy z nich przypomina, że dzieje Polski splatały się z dziejami całej Europy.

Aliści jest tu jedno dzieło, przed którym niemal każdy zwiedzający zatrzymuje się najdłużej.

Oto „Dama z gronostajem”.

Pędzla samego .

Powiadam wam, iż na świecie zachowało się zaledwie kilkanaście obrazów, które z całą pewnością wyszły spod ręki Leonarda. A jeden z nich znajduje się właśnie tutaj, w Krakowie.

Obraz przedstawia młodziutką Cecylię Gallerani – kobietę niezwykłej urody i jeszcze większego rozumu. Była poetką, znała łacinę, obracała się wśród uczonych Mediolanu i należała do najznamienitszych dam renesansowego dworu.

A gronostaj, którego trzyma na rękach?

Nie znalazł się tam przypadkiem.

W renesansie był symbolem czystości i szlachetności, ale nawiązywał również do księcia Mediolanu Ludovica Sforzy, zwanego Il Moro, który otrzymał Order Gronostaja od króla Neapolu. Leonardo, jak to miał w zwyczaju, ukrył w obrazie więcej niż jedno znaczenie.

Zaprawdę, mości państwo, im dłużej patrzycie na ten portret, tym więcej tajemnic zdaje się odsłaniać.

Lecz nie tylko Leonardo rozsławił to muzeum.

Kilka sal dalej znajduje się dzieło wielkiego – „Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem”.

Nie jest to zwykły pejzaż.

Spójrzcie, jak światło prowadzi wzrok ku człowiekowi okazującemu miłosierdzie rannemu wędrowcowi. Rembrandt nie opowiada jedynie przypowieści z Ewangelii. Przypomina, że wielkość człowieka mierzy się nie bogactwem ani władzą, lecz gotowością do pomocy bliźniemu.

Lecz była tu jeszcze jedna perła.

Obraz, którego dziś próżno szukać.

Był to „Portret młodzieńca” autorstwa – jedno z najwybitniejszych dzieł włoskiego renesansu. Niestety podczas II wojny światowej został zrabowany przez Niemców i do dziś pozostaje zaginiony. To jedna z największych strat polskiej kultury i jedna z największych zagadek świata sztuki.

Lecz wojna nie oszczędziła całej kolekcji.

Już we wrześniu 1939 roku podjęto próbę jej zabezpieczenia. Część najcenniejszych dzieł wywieziono z Krakowa i ukryto. Jednak okupanci szybko rozpoczęli ich poszukiwania.

Najcenniejsze obrazy zostały odnalezione.

„Dama z gronostajem” przeszła przez ręce niemieckich urzędników odpowiedzialnych za grabież dzieł sztuki, a ostatecznie znalazła się w posiadaniu generalnego gubernatora .

Powiadają, iż Frank lubił otaczać się arcydziełami, jakby cudza własność mogła dodać splendoru jego urzędowi.

Na nic się to jednak zdało.

Po zakończeniu wojny alianckie służby odnalazły wiele zrabowanych dzieł, a „Dama z gronostajem” szczęśliwie wróciła do Polski.

Nie wszystkie skarby miały jednak tyle szczęścia.

„Portret młodzieńca” Rafaela zaginął bez śladu.

Czy spłonął?

Czy spoczywa w prywatnej kolekcji?

Czy ukryto go gdzieś przed końcem wojny?

Tego nie wie nikt.

I oto, mości panowie, jedna z największych tajemnic historii sztuki pozostaje nierozwiązana do dnia dzisiejszego.

Lecz Muzeum Czartoryskich to nie tylko wielkie nazwiska włoskiego czy holenderskiego malarstwa.

Spójrzcie na królewskie pamiątki.

Na broń, którą dzierżyli polscy rycerze.

Na buławy hetmańskie.

Na staropolskie pasy kontuszowe.

Na rękopisy i dokumenty, które pamiętają czasy Jagiellonów i Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Każdy z tych przedmiotów mówi cichym głosem:

„Pamiętaj.”

I właśnie dlatego księżna Izabela Czartoryska rozpoczęła swoje dzieło od słów „Przeszłość – Przyszłości”.

Nie chciała stworzyć najbogatszej galerii Europy.

Chciała stworzyć miejsce, gdzie Polacy będą mogli zobaczyć własną historię nawet wtedy, gdy Polska nie istniała na mapach.

Dzieło to kontynuował książę Władysław Czartoryski, sprowadzając kolekcję do Krakowa.

A dziś opiekę nad nią sprawuje , dzięki czemu zbiory pozostają dostępne dla kolejnych pokoleń.

I dlatego, mości panowie i waćpanny, gdy za chwilę opuścimy to miejsce, pamiętajcie jedno.

Nie największym skarbem tego muzeum jest obraz Leonarda.

Nie Rembrandt.

Nie zaginiony Rafael.

Największym skarbem jest myśl, która zrodziła się ponad dwieście lat temu w sercu Izabeli Czartoryskiej.

Myśl, że naród może utracić tron.

Może utracić granice.

Może utracić wolność.

Lecz dopóki przechowuje swoją historię, swoje dzieła sztuki, swoje pamiątki i pamięć o przodkach – dopóty pozostaje narodem.

A Kraków, mości państwo, od wieków jest strażnikiem tej pamięci.

Nie tylko dlatego, że spoczywają tu królowie.

Nie tylko dlatego, że bije tu dzwon Zygmunta.

Lecz także dlatego, że za murami tego muzeum strzeżone są skarby, które opowiadają dzieje całej Rzeczypospolitej.

I powiadam wam na zakończenie – gdy następnym razem spojrzycie na „Damę z gronostajem”, nie patrzcie jedynie na arcydzieło Leonarda.

Patrzcie na obraz, który przebył drogę z renesansowego Mediolanu do Krakowa, przetrwał rozbiory, wojny, grabież i zawieruchy dziejów, by dziś świadczyć o tym, że prawdziwe skarby nie należą do jednego człowieka.

One należą do pamięci całego narodu.

I oby tak pozostało po wsze czasy.

A nie wiem czy wiecie ale ostatnio odzyskaliśmy pierścień i to nie byle jaki o nim więcej na wycieczce ze mną na którą Was serdecznie zapraszam

, , , , , , , ,

Powitać Was moi mili znów mam zamiar a dzisaj i za tydzień będzie o Muzeum Czartoryskich jego histori. Dzisiejszy odcine...
12/07/2026

Powitać Was moi mili znów mam zamiar a dzisaj i za tydzień będzie o Muzeum Czartoryskich jego histori.

Dzisiejszy odcinek to od murów średniowiecznego Krakowa do narodzin narodowego skarbca

a więc posłuchajmy

Ach, mości Panowie i Waćpanny! Podejdźcie bliżej i odwróćcie wzrok od Rynku ku tej spokojnej ulicy Pijarskiej. Wielu przechodzi tędy w pośpiechu, nie wiedząc nawet, że za tymi murami kryje się miejsce, którego dzieje są niemal tak stare, jak dzieje samego lokacyjnego Krakowa.

Powiadam wam, iż nie zawsze było tu muzeum. O nie! Gdybyśmy przenieśli się siedem stuleci wstecz, ujrzelibyśmy zupełnie inny świat.

Przed nami wznosiły się potężne mury miejskie, z blankami i basztami. Tuż obok znajdowała się Brama Floriańska – główna brama prowadząca do królewskiego miasta. Tędy wjeżdżali królowie udający się na koronację na Wawelu, tędy przybywali kupcy z Węgier, Śląska, Rusi i państw niemieckich, a także posłowie, pielgrzymi i uczeni zmierzający do Akademii Krakowskiej.

Nieopodal stał Arsenał Miejski – miejsce, gdzie przechowywano broń potrzebną do obrony miasta. Spoczywały tam hakownice, kusze, piki, halabardy, kule armatnie i beczki z prochem. Kiedy nad Krakowem zawisało niebezpieczeństwo, właśnie stąd wydawano oręż mieszczanom i strażom cechowym, które obsadzały mury.

Wokół rosły bogate kamienice kupieckie. W ich piwnicach dojrzewały beczki z winem sprowadzanym z Tokaju, leżały bele sukna z Flandrii, worki pieprzu i szafranu oraz bryły soli z Wieliczki – białego złota Królestwa Polskiego. Tu zawierano umowy, liczono floreny i grosze praskie, a gwar wielu języków świadczył o bogactwie królewskiego Krakowa.

Lecz dzieje świata nie stoją w miejscu.

Przyszły rozbiory, a Polska zniknęła z map Europy. Wydawało się, że wraz z państwem umrze także pamięć o jego wielkości.

I właśnie wtedy na scenę dziejów wkroczyła niezwykła kobieta – księżna .

Była damą wielkiego świata, lecz nade wszystko była gorącą patriotką. Zrozumiała, że skoro nie można ocalić państwa, trzeba ocalić jego duszę. A duszą narodu jest pamięć.

W swoich dobrach w Puławach zaczęła gromadzić wszystko, co przypominało o dawnej Rzeczypospolitej. Nie kierowała się wartością złota ani drogich kamieni. Dla niej bezcenny był miecz bohatera, list króla, fragment chorągwi spod Wiednia czy pamiątka po wielkim wodzu.

W roku 1801 otworzyła Świątynię Sybilli – pierwsze na ziemiach polskich muzeum stworzone z myślą o zachowaniu narodowej pamięci. Nad wejściem umieszczono słowa: „Przeszłość – Przyszłości”.

Zaprawdę, mości państwo, trudno o piękniejszą dewizę.

Bo któż lepiej rozumiał znaczenie historii niż naród, który utracił własne państwo?

Lecz przyszły kolejne burze. Powstanie listopadowe upadło, a rosyjskie represje zagroziły również bezcennym zbiorom Czartoryskich.

Rodzina podjęła trudną decyzję – kolekcję należało ratować. Część zbiorów wywieziono do Paryża, gdzie znalazły schronienie w słynnym Hôtel Lambert, siedzibie księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. Tam, pośród emigracyjnych dyskusji o przyszłości Polski, przechowywano narodowe skarby, czekając na lepsze czasy.

Lata mijały.Europa się zmieniała.

Aż wreszcie książę postanowił, że kolekcja powinna powrócić na ziemie polskie.

Lecz dokąd?

Warszawa pozostawała pod ścisłą kontrolą rosyjską.

Puławy nie dawały bezpieczeństwa.

Lwów, choć ważny, nie miał tej symbolicznej siły.

Pozostał Kraków.

Miasto królów.

Miasto koronacji.

Miasto, w którym spoczywali polscy monarchowie.

Miasto, gdzie działał , a autonomia galicyjska pozwalała swobodniej rozwijać polską naukę i kulturę.

Nie było lepszego miejsca dla narodowego skarbca.

I tak w roku 1876 bezcenne zbiory przybyły do Krakowa.

Na ich siedzibę wybrano zespół budynków przy ulicy Pijarskiej – obejmujący dawny Arsenał Miejski, zabudowania poklasztorne oraz przebudowane kamienice. Nie był to pałac budowany od podstaw dla książąt. Było to miejsce, którego mury same pamiętały średniowieczny Kraków.

Po kilku latach prac adaptacyjnych muzeum otwarto dla publiczności w 1878 roku.

Wyobraźcie sobie, mości panowie, wzruszenie pierwszych zwiedzających.

Po raz pierwszy mogli zobaczyć w jednym miejscu pamiątki po Jagiellonach, królewskie militaria, dzieła największych malarzy Europy i świadectwa wielkości dawnej Rzeczypospolitej.

Nie było to jednak zwykłe muzeum.

Nie powstało po to, by zachwycać bogactwem.

Powstało po to, by przypominać Polakom, kim są.

Bo naród może utracić granice.

Może utracić tron.

Może utracić skarb państwa.

Lecz dopóki pamięta własną historię, dopóty nie przestaje istnieć.

I oto, mości Panowie i Waćpanny, stoimy dziś przed miejscem, które od niemal półtora wieku wiernie strzeże tej pamięci.

Lecz prawdziwe skarby dopiero za chwilę ujrzymy.

Za tymi drzwiami czeka bowiem dama, której uśmiech zachwyca świat od przeszło pięciuset lat. Czeka Rembrandt, czekają królewskie pamiątki, husarskie zbroje i historia jednego z największych rabunków dzieł sztuki podczas II wojny światowej.

Ale o tym... opowiem wam, gdy przekroczymy próg tego niezwykłego muzeum.

C.D.N

, , , , , , ,

Ach, mości Panowie i Waćpanny, zatrzymajcie się jeno na chwilę i spójrzcie na tę dostojną kamienicę stojącą przy samym R...
05/07/2026

Ach, mości Panowie i Waćpanny, zatrzymajcie się jeno na chwilę i spójrzcie na tę dostojną kamienicę stojącą przy samym Rynku Głównym.
Oto Pałac pod Krzysztofory – nie zwyczajny dom mieszczański, lecz prawdziwy świadek dziejów Krakowa, który widział królów, magnatów, kupców, artystów, patriotów i tysiące mieszkańców przewijających się przez serce dawnej stolicy.
Powiadam wam, iż początki tego miejsca sięgają jeszcze średniowiecza. Nie był to bowiem od razu magnacki pałac, jaki widzimy dzisiaj. Stało tu kilka bogatych kamienic mieszczańskich, których początki sięgają końca XIII i XIV wieku, kiedy Kraków przeżywał czas niezwykłego rozkwitu pod panowaniem Piastów, a zwłaszcza króla Kazimierza Wielkiego.

Bo pamiętajcie, mości państwo, że Rynek Główny był nie tylko miejscem targowym, ale prawdziwym centrum życia miasta. Tutaj zawierano umowy handlowe, ogłaszano królewskie przywileje, odbywały się uroczystości, a kupcy z najodleglejszych zakątków Europy wystawiali swoje towary.
W tych właśnie kamienicach mieszkali bogaci mieszczanie, którzy dorabiali się fortun na handlu suknem, przyprawami, miedzią, ołowiem i przede wszystkim solą z pobliskiej Wieliczki, która przez stulecia była jednym z największych źródeł bogactwa królestwa.

Partery zajmowały składy i kramy kupieckie, na piętrach mieszkali właściciele wraz z rodzinami, a pod ziemią znajdowały się obszerne, sklepione piwnice. Tam przechowywano beczki z winem sprowadzanym z Węgier, miody pitne, piwo oraz kosztowne towary przywożone z południa Europy.

I powiadam wam, mości panowie, iż niejeden kamień tych piwnic pamięta jeszcze czasy króla Kazimierza, kiedy Kraków należał do najświetniejszych i najbogatszych miast tej części Europy.
A skądże nazwa Krzysztofory? Ano od dawnego godła przedstawiającego świętego Krzysztofa, patrona podróżnych i pielgrzymów. W dawnych czasach domów nie oznaczano numerami, lecz znakami i wizerunkami świętych, przeto mówiono: „pod Świętym Krzysztofem”, a z biegiem czasu przyjęła się nazwa Krzysztofory (lub popularnie Krzysztofory).

Aliści największa świetność przyszła do tego miejsca w XVII wieku. Wówczas poszczególne kamienice zostały połączone i przebudowane w okazałą rezydencję magnacką. Prace zapoczątkował marszałek nadworny Adam Kazanowski, a zasadniczą przebudowę w latach 1682–1684 przeprowadzono na zlecenie Wawrzyńca Jana Wodzickiego. Pałac znalazł się w rękach możnego rodu Wodzickich, którzy uczynili z niego jedną z najwspanialszych siedzib w całym Krakowie.
Ach, mości państwo, cóż to musiały być za czasy! Gdy po Rynku turkotały karety magnatów, gdy z okien rozbrzmiewała muzyka, a w salach odbywały się uczty, bale i spotkania najznamienitszych rodzin Rzeczypospolitej. Można rzec, że Krzysztofory były jednym z najważniejszych salonów dawnego Krakowa.

Przez ich okna spoglądano na uroczyste orszaki królewskie zmierzające ku Wawelowi, obserwowano triumfalne wjazdy monarchów, procesje religijne i miejskie święta. Wszak tędy przechodzili królowie, senatorowie, posłowie i dostojnicy zmierzający do królewskiej katedry. Gościli tu między innymi Jan Kazimierz, Michał Korybut Wiśniowiecki z Eleonorą oraz Stanisław August Poniatowski.
Lecz dzieje bywają przewrotne. Kiedy dwór królewski przeniósł się do Warszawy za panowania Zygmunta III Wazy, Kraków utracił znaczenie polityczne, lecz nie przestał być duchową stolicą narodu. I właśnie takie miejsca jak Krzysztofory podtrzymywały pamięć o dawnej świetności miasta.

A wszakoż jest jeszcze jedna tradycja, bez której nie sposób mówić o Krzysztoforach.
Czy widzieliście kiedyś Lajkonika?
Ów brodaty jeździec na drewnianym koniku, odziany w orientalny strój, od wieków przemierza ulice Krakowa. A jego pochód kończy się właśnie tutaj, pod Krzysztoforami. Tu otrzymuje symboliczny haracz od władz miasta, tu wykonuje swój słynny taniec i błogosławi mieszkańcom na kolejny rok.
Powiadają, iż zwyczaj ten sięga czasów najazdu tatarskiego, kiedy to flisacy ze Zwierzyńca mieli podstępem pokonać tatarski oddział i w triumfie wkroczyć do miasta. Czy tak było naprawdę? Tego kronikarze nie rozstrzygnęli do końca – legenda miesza daty i fakty, lecz trwa po dziś dzień, a wraz z nią trwa i pamięć Krakowa.
W XIX wieku Krzysztofory nadal pozostawały ważnym miejscem życia społecznego i kulturalnego miasta. Bywali tutaj artyści, uczeni, patrioci i mieszczanie pielęgnujący pamięć o dawnej Rzeczypospolitej. W czasach powstań i Wiosny Ludów rozbrzmiewały tu głosy narodowe.

Dziś zaś mieści się tutaj Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, które przechowuje tysiące pamiątek opowiadających historię miasta – od czasów średniowiecznych aż po współczesność.
I dlatego, mości Panowie i Waćpanny, patrząc na Krzysztofory, nie widzicie jedynie pięknej kamienicy. Widzicie siedem stuleci historii Krakowa. Widzicie miejsce, które pamięta średniowiecznych kupców, magnackie uczty, królewskie orszaki, patriotyczne manifestacje i radosny pochód Lajkonika.
Bo Kraków, moi mili, nie żyje wyłącznie w kronikach i księgach. Kraków mieszka w swoich murach. A Krzysztofory są jednymi z tych murów, które pamiętają niemal wszystko.

, , , , , ,

A dzisiaj będzie o obronności Krakowa i żeby nie przedłużać zapraszam do kolejnego odcinka.Ach, mości Panowie i Waćpanny...
28/06/2026

A dzisiaj będzie o obronności Krakowa i żeby nie przedłużać zapraszam do kolejnego odcinka.

Ach, mości Panowie i Waćpanny! Nie darmo przecie Kraków zwano sercem Królestwa Polskiego, albowiem był on nie tylko siedzibą monarchów, ale i tarczą całej Rzeczypospolitej. Iście mało które miasto chrześcijańskiej Europy mogło poszczycić się tak szczęśliwym położeniem i tak rozumnie obmyśloną obroną.

Spójrzcie jeno na Wawel! Niczym orle gniazdo wyrasta z wapiennej skały ponad Wisłę, a z jego murów można było dostrzec każdego przybysza zbliżającego się ku miastu. Sama zaś Wisła, matka polskich rzek, nie tylko kupcom i flisakom drogę ku światu otwierała, lecz także stanowiła naturalną przeszkodę dla nieprzyjaciela. Rozlewiska, mokradła i starorzecza przez wieki czyniły południowe podejście do Krakowa nader trudnym.

Aliści największą naukę o potrzebie silnych fortyfikacji przyniósł najazd tatarski. W roku Pańskim 1241 hordy mongolskie niczym burza ze stepów spadły na ziemie polskie. Miasto zostało spustoszone, świątynie splądrowane, a wielu mieszkańców oddało życie. Wówczas pojęto, że dawne wały drewniano-ziemne, choć służyły wiernie przez pokolenia, nie sprostają już nowym zagrożeniom.

Przeto po lokacji Krakowa przez księcia Bolesław V Wstydliwy w roku 1257 rozpoczęto dzieło wielkie i kosztowne – budowę murowanych fortyfikacji. Z biegiem lat miasto otoczył potężny system murów, baszt, fos i wałów ziemnych, który należał do najznakomitszych w całej Europie Środkowej.
Do Krakowa prowadziło kilka bram, lecz najważniejszą była Brama Floriańska. Tędy wjeżdżali królowie na swe koronacje, posłowie z obcych dworów, kupcy z Węgier, Czech i Rusi, a także pielgrzymi zmierzający ku relikwiom świętych. Była ona nie tylko wejściem do miasta, ale symbolem jego potęgi.

A Barbakan! Ach, mości państwo, toż to prawdziwe arcydzieło średniowiecznej sztuki wojennej! Wzniesiony pod koniec XV wieku z czerwonej cegły, z murami dochodzącymi do kilku metrów grubości, siedmioma wieżyczkami i dziesiątkami strzelnic, stanowił przedmurze, którego obawiał się każdy nieprzyjaciel. Kto chciał wedrzeć się do Krakowa od północy, musiał najpierw pokonać właśnie ten potężny bastion.

Nie myślcie jednak, iż obrona miasta była wyłącznie sprawą rycerzy i żołnierzy. Ba! W dawnym Krakowie każdy mieszczanin miał swój obowiązek wobec grodu. Cechy rzemieślnicze opiekowały się poszczególnymi basztami i odcinkami murów. Piekarze strzegli jednej, kowale drugiej, kuśnierze trzeciej, a rzeźnicy pilnowali swego fragmentu fortyfikacji. Tak oto całe miasto stawało się jedną wielką wspólnotą odpowiedzialną za bezpieczeństwo królewskiej stolicy.

Wiek XVI przyniósł Krakowowi czas dobrobytu i świetności. Jednak wraz z rozwojem artylerii dawne średniowieczne umocnienia zaczęły tracić swe znaczenie. Potężne działa mogły skruszyć nawet najgrubsze mury, a wojny XVII stulecia ukazały, iż sztuka wojenna odmieniła swe oblicze.
Gdy zaś stolica państwa przeniosła się do Warszawa za panowania Zygmunt III Waza, Kraków utracił swą pierwszoplanową rolę polityczną, lecz nie przestał być symbolem królewskiej tradycji i narodowej pamięci.

Potem przyszły czasy zaborów. Austriacy, ludzie doświadczeni w sztuce fortyfikacyjnej, dostrzegli strategiczne położenie dawnej stolicy. I tak narodziła się Twierdza Kraków – jeden z największych systemów obronnych monarchii habsburskiej. Wokół miasta wyrósł pierścień fortów rozciągających się od Bielan i Bronowic po Prokocim, Krzesławice i wzgórza pod Kopcem Kościuszki.

Do dziś owe forty niczym milczący strażnicy przypominają, że Kraków przez stulecia był nie tylko miastem uczonych, kupców i monarchów, lecz także ważnym punktem na mapie europejskiej obronności.
A teraz, mości panowie i waćpanny, gdy przechadzacie się Plantami, pamiętajcie, iż spacerujecie dokładnie tam, gdzie niegdyś ciągnęły się fosy, mury i strażnice. Tam, gdzie dziś szemrzą drzewa i śpiewają ptaki, przed wiekami rozbrzmiewały komendy wartowników, stukot halabard i odgłos zamykanych bram miejskich.
Bo Kraków, moi mili, był czymś więcej niż tylko miastem. Był twierdzą pamięci, twierdzą wiary i twierdzą polskiego ducha. Mury można rozebrać, fosy zasypać, działa uciszyć, lecz pamięci narodu zdobyć nie sposób.

I dlatego powiadam wam, mości państwo: kto pragnie poznać prawdziwego ducha Krakowa, niechaj patrzy nie tylko na jego kościoły i pałace, ale i na jego mury. Bo to one przez stulecia strzegły korony, skarbów i serca całej Polski.
, , , , , , , ,

W związku z tym że był to pracowity tydzień, a wycieczki szkolne swoje wędrówki piesze po Krakowie najczęściej zaczynały...
21/06/2026

W związku z tym że był to pracowity tydzień, a wycieczki szkolne swoje wędrówki piesze po Krakowie najczęściej zaczynały od ul Dietla nie sposób nie napisać o bohaterze którego pomnik po drodze stoi idąc na zwiedzanie Krakowa i żeby nie przeciągać to już zaczynam.
Ach, mości Panowie i Waćpanny, zatrzymajcie się na chwilę nad Wisłą i nadstawcie uszu, bo opowiem wam historię nie króla, nie hetmana, nie biskupa ni wielmoży, lecz zwyczajnego kundelka. Aliści był to pies tak wierny, iż zapisał się w dziejach Krakowa bardziej niż niejeden możny pan.

Niedaleko Wawelu, przy bulwarach wiślanych, stoi dziś spiżowa podobizna psa Dżoka. Niewielka to pamiątka, lecz historia za nią wielka i wzruszająca.

Onego czasu, na początku lat dziewięćdziesiątych, pewien jegomość przechadzał się ze swoim wiernym czworonogiem w okolicach ronda Grunwaldzkiego. Nagle zasłabł i dokonał żywota. Ludzie przybyli z pomocą, przyjechała karetka, lecz dla nieszczęsnego pana ratunku już nie było. A pies? Pies został.

I wtedy, mości państwo, zaczęła się opowieść osobliwa.

Ów kundelek, którego później nazwano Dżokiem, przez blisko rok wracał w to samo miejsce. Dzień po dniu wyczekiwał swego pana przy ruchliwej drodze. Nie pojmował śmierci ani rozstania. Wierzył, że jegomość powróci.

Rychło zauważyli go mieszkańcy Krakowa. Jedni przynosili strawę, inni wodę, jeszcze inni dobre słowo. Kierowcy, mieszczanie i przechodnie znali już wiernego psa, który trwał na swym posterunku niczym strażnik przy bramie grodu albo pachołek wiernie służący swemu panu.

Mijały tygodnie i miesiące. Deszcze smagały bruk, śniegi przykrywały miasto białym całunem, przychodziły upały i mrozy, a Dżok trwał niewzruszenie. Powiadam wam, mości panowie, niejeden człek nie dochowałby takiej wierności.

W końcu zainteresowała się nim dobra białogłowa, pani Maria Müller. Zdobyła zaufanie czworonoga i przygarnęła go pod swój dach. Tam znalazł nowy dom, opiekę i spokój po długiej tułaczce.

Lecz los bywa przewrotny. Po latach także jego opiekunka dokonała żywota, a Dżok znów został sam na świecie. Niedługo potem zginął pod kołami pociągu, kończąc swą ziemską wędrówkę.

Aliści pamięć o nim nie przepadła. Krakowianie postanowili uczcić psa, którego wierność poruszyła serca całego miasta. W roku 2001 na bulwarze Czerwieńskim pod Wawelem odsłonięto pomnik. Przedstawia on Dżoka stojącego pośród ludzkich dłoni ułożonych w kształt serca — symbolu przyjaźni, oddania i miłości.

Dziś turyści zatrzymują się przy tej pamiątce, dzieci głaszczą spiżowy nos psa na szczęście, a przewodnicy opowiadają jego dzieje ludziom przybyłym z najdalszych stron świata.

A zatem, mości Panowie i Waćpanny, kiedy za chwilę spojrzycie na tę niewielką figurę nad Wisłą, pamiętajcie, że nie przedstawia ona wielkiego wodza ani monarchy. Upamiętnia zwyczajnego psa, który przez blisko rok wiernie wyczekiwał swego pana.

I oto cała nauka z tej historii: sława przemija, bogactwo przepada, a zamki obracają się w ruinę. Lecz wierność — czy to w sercu człowieka, czy psa — pozostaje wartością, której czas pokonać nie zdoła.
, , , , , , , ,

Adres

Kraków
30-024 TO 31–962

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Kraków okiem szlachty umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij