09/08/2026
Nasz weekend na słowackich ferratach! Górski warun, tona adrenaliny i ekipa, z którą można konie kraść. Tak w skrócie wyglądał nasz ekspresowy, weekendowy wypad na Słowację. Przetestowaliśmy swoje moce, przewietrzyliśmy lęki wysokości i zrobiliśmy idealny rozbieg przed grubszą akcją. Piątek: Ponad 400 km i misja „Niżne Tatry”. Zaczęło się klasycznie – szybka ewakuacja z roboty w piątek po południu, rzut szpeju do bagażnika i ogień na południe. Do pokonania mieliśmy ponad 400 kilosów. Cel? Baza na pograniczu Parku Narodowego Niżne Tatry. Droga minęła na pogaduchach i planowaniu taktyki. Na miejsce dotarliśmy nocą, szybkie piwko na sen i odliczanie do rana. Plan na sobotę: Skalka Arena, czyli walka z grawitacją i najdłuższy most. Sobota rano – szybka kawa i meldujemy się w parku ferratowym Skalka. To miejsce to prawdziwy plac zabaw dla dorosłych. Spędziliśmy tam prawie cały dzień i dosłownie spompowaliśmy przedramiona. Co tm się działo! Przeszliśmy kultowy, wiszący most – 78 metrów liny rozpiętej nad przepaścią, gdzie wiatr buja na boki, a pod butami masz tylko czystą lufę. Dla chętnych były techniczne, pionowe ściany o wycenie D (było co trzymać!), a także urokliwe przejścia skalnymi kominami i kultowa sieć wspinaczkowa. Wieczorem przyszedł czas na zasłużony reset. Rozpaliliśmy grilla, mięso skwierczało, a my przy zimnych napojach i głośnym śmiechu analizowaliśmy, kto miał większą „galaretę” w kolanach na moście. Integracja na pełnej petardzie!
W niedzielę nie było spania – ruszyliśmy na ferraty Dwie Wieże (Dve Veže). To zupełnie inny klimat niż Skalka. Trasy są poprowadzone na strzelistych, wapiennych turniach połączonych mostkami. Wspinaliśmy się filarami i eksponowanymi trawersami, gdzie każdy krok wyżej odsłaniał genialną panoramę na okoliczne lasy i wioski. Najlepsze były momenty, gdy z pełnego pionu przechodziło się na szczyt wąskiej iglicy skalnej – widoki 360 stopni robiły robotę! Po spakowaniu szpeju nasze żołądki głośno domagały się paliwa. Zjechaliśmy do tradycyjnej słowackiej hospody. Wjechały gigantyczne porcje bryndzowych halušek i pierogi itp. Po takim wysiłku smakowało to jak jedzenie z pięciogwiazdkowej restauracji. Do domów wbiliśmy w niedzielę wieczorem – zmęczeni, trochę poobijani, ale z naładowanymi bateriami. Słowacja pokazała, że ma moc.Teraz chwila na wylizanie ran, czyszczenie uprzęży i zbieranie sił. Słowackie żelazne drogi były tylko rozgrzewką. Prawdziwa przygoda zaczyna się we wrześniu – meldujemy się we włoskich Dolomitach i tam dopiero powspinamy się po pięknych ferratach! Dziękujemy za udział:
Mariusz Mync Mariusz Ziętara Dagmara Ceglińska Kamil Radek Rosa Mieroszów w Górach Małgorzata Ga Mariusz Wojciechowski Gosia Mario