27/02/2026
Guroholicy – Ekstremalne Eksploracje: Wielki Ślizg w Tatry
Mówią, że „kto rano wstaje, ten jest niewyspany” — ale ekipa Guroholików postanowiła sprawdzić, jak bardzo można być niewyspanym. Wystartowaliśmy bowiem w środku nocy, żeby zdobyć Tatry, zanim słońce w ogóle zdąży przeciągnąć się w łóżku. Plan był ambitny, ale Matka Natura najwyraźniej pomyliła Tatry z lodowiskiem i dorzuciła tryb „hardcore”.
Mimo że grawitacja miała tego dnia swoje pięć minut, udało się „pozbierać ludków” do kupy i — ku powszechnemu zdziwieniu — niemal zgodnie z planem zameldowaliśmy się na Górze Świętej Anny. To był pierwszy sukces logistyczny tej wyprawy.
Kolejny etap: Polana Głodówka. Szybkie rozlokowanie, przebiórka (warstwa na warstwę, bo nigdy nie wiadomo) i ruszamy na atak Gęsiej Szyi (1489 m n.p.m.). Zmęczenie było, ale atmosfera robiła robotę — szlak minął szybciej niż obietnice noworoczne. Trochę śniegu, trochę lodu, ale bez piruetów godnych „Tańca z Gwiazdami”. Na szczycie sesja zdjęciowa, a potem ewakuacja do Głodówki na obiadokolację i zasłużone piweczko.
Wieczorem — tradycyjna guroholicka biesiada, czyli integracja w trybie pełnym.
W piątek pobudka o 5:00 (czyli nocna drzemka), przejazd na Palenicę i atak na Zawrat. Szlaki oblodzone, poranek przywitał nas marznącym deszczem, a humor próbował zamarznąć razem z nami. Po heroicznym dojściu do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów dowiedzieliśmy się, że wejście na Zawrat nie jest przetarte i… szczyt dziś nas nie chce. Cóż — skoro góry mówią „nie”, bar mówi „zapraszamy”. Była szarlotka, było piwko i był rozsądny odwrót.
Tatry nas sprawdziły — było mokro, ślisko i ekstremalnie, czyli dokładnie tak, jak Guroholicy lubią najbardziej. Przeżyliśmy, nie połamaliśmy kończyn i udowodniliśmy, że lód to dla nas tylko dodatek do zimnej whisky po zejściu.
W ośrodku Gaździna stanęła na wysokości zadania: pomidorówka, schabowy i deser — zmęczeni, najedzeni i szczęśliwi padliśmy na krótką sjestę. A po niej… niespodzianka!
Maniek ma urodziny!
Były życzenia, prezenty, szampan, balony i tort, który zniknął szybciej niż pogoda w Tatrach. Oby moc życzeń się spełniła, a urodzinową integrację kontynuowaliśmy już w pokojowych warunkach.
Sobotni poranek znów przywitał nas mżawką — Matka Natura ewidentnie bawiła się nami jak pilotem od pogody. Kierunek: Murowaniec. W schronisku nastąpił akt kontrolowanej dezercji — część ekipy zdobywa Boczań 1224m.npm, reszta wybiera opcję „regeneracja”. Po powrocie uczta: kwaśnica i moskole — góralskie żarcie, które leczy duszę i kolana. A skoro już regeneracja, to hurra na Termy! Strzał w dziesiątkę i reset systemu.
Ostatni dzień przywitał nas śniegiem i dodatnią temperaturą — klasyczny tatrzański absurd. Po piruetach przy wyjeździe spod bazy ruszyliśmy do sąsiadów na Tatrzańską Świątynię Lodową w Hrebienoku. Rzeźby robiły wrażenie, a perełką była rzeźba bazyliki św. Jana na Lateranie. Magnesiki zakupione, pamiątki zabezpieczone — czas wracać.
Szybki postój na Orlenie, pożegnania, tankowanie aut i zamgloną autostradą wracamy do domu.
Zmęczeni, szczęśliwi, zresetowani… i już myślami na kolejnym wyjeździe.
Bo Rajd Retro w Górach Sowich jest już tuż-tuż.
Do zobaczenia, Guroholicy!
Mariusz Wojciechowski Mors Horizonek Agnieszka Jacek Sławiec Jadwiga Godecka Gosia Mario Małgorzata Ga Anna Martenson Maciej Kireńczuk Beata Nowicka Renia, Tadek, Grażka