25/05/2026
🌞💫 Szlakiem Słońca, Śmiechu i Górskiej Wolności. Drugi etap Głównego Szlaku Beskidu Średniego😃💙
Drugi etap wędrówki Głównym Szlakiem Beskidu Średniego przeszedł już do historii, ale emocje po tej wyprawie jeszcze długo będą wędrować razem z nami po beskidzkich ścieżkach.
Niedzielny poranek od samego początku dawał jasny sygnał, że to będzie dzień wyjątkowy. Prognozy pogody były pełne optymizmu i tym razem nie pomyliły się ani odrobinę. Słońce świeciło od rana tak mocno, jakby samo chciało dołączyć do naszej ekipy.
Zainteresowanie wycieczką było ogromne, dlatego trzeba było zamówić autobus, który niczym górski ekspres dostarczył sympatyków i członków Oddziału PTTK Lubomir w Myślenicach do Trzebuni, gdzie rozpoczęła się kolejna beskidzka przygoda.
Już na starcie natura szybko zweryfikowała nasze ubraniowe ambicje. Pogoda była tak piękna i gorąca, że garderoba została błyskawicznie zredukowana do minimum.
Pod przewodnictwem niezastąpionego Romka ruszyliśmy ku nowej przygodzie. Już na początku dostaliśmy jednak dodatkowy bonus, bo zanim weszliśmy na właściwy szlak, trzeba było dojść do Więciórki na żółty szlak.
Wraz z kolejnymi promieniami słońca rosły uśmiechy uczestników, a radość niosła się między ludźmi jak echo po beskidzkich dolinach.
Atmosfera w grupie była absolutnie niezwykła. Każdy krok miał w sobie lekkość, każda rozmowa brzmiała jak spotkanie starych przyjaciół, a śmiech rozchodził się po lesie niczym dźwięk dzwonków pasterskich na hali.
Było w tym wszystkim coś więcej niż zwykła wycieczka. To była prawdziwa wspólnota ludzi, których połączyły góry, pasja i zwyczajna radość bycia razem.
Słońce od rana operowało coraz mocniej, dlatego las szybko stał się naszą naturalną klimatyzacją.
Przywitał nas soczystą zielenią, chłodem i koncertem ptasich treli, które płynęły z koron drzew niczym leśna orkiestra przygotowana specjalnie dla naszej grupy.
Wędrówka była spokojna, wyciszająca i pełna zachwytu nad każdą chwilą spędzoną razem. Co jakiś czas teren otwierał się na sąsiednie wzgórza falujące w promieniach słońca jak zielone morze poruszane ciepłym wiatrem.
Ogromną radość całej wyprawie dawały dzieci wędrujące razem z nami. Ich śmiech rozświetlał szlak bardziej niż południowe słońce, a energia, z jaką zdobywały kolejne podejścia, potrafiła zawstydzić niejednego dorosłego.
Patrząc na najmłodszych uczestników tej wyprawy człowiek miał poczucie, że góry mają swoją przyszłość. Rosło przed nami nowe pokolenie ludzi zakochanych w szlakach, panoramach i wspólnej drodze.
I chyba nie ma piękniejszego widoku niż dziecięca radość na górskim szlaku.
Pierwszym punktem na szlaku była kaplica Trzeciego Upadku Chrystusa. Tam, w cieniu drzew, zatrzymaliśmy się na chwilę oddechu.
Witaminy, uzupełnienie płynów i kilka minut odpoczynku szybko okazały się równie ważne jak dobre buty trekkingowe.
Dalsza część szlaku prowadziła otwartym terenem. Słońce oświetlało nasze twarze, a świerszcze urządziły koncert tak idealnie zsynchronizowany z rytmem naszych kroków, jakby od tygodni ćwiczyły specjalnie na nasze przejście.
Gdy ponownie weszliśmy do lasu, poczuliśmy się niczym wędrowcy odnajdujący ukrytą oazę po marszu przez rozgrzaną krainę.
Chłód drzew otulił nasze rozgrzane ciała z taką ulgą, jakby sam Beskid postanowił podać nam pomocną dłoń. Wędrówka przez las w taki słoneczny dzień była czymś absolutnie magicznym.
Rozmowy płynęły swobodnie między ludźmi, śmiech odbijał się od leśnych zboczy, a radość najmłodszych uczestników mieszała się z szumem liści i śpiewem ptaków.
Człowiek miał wrażenie, że cały las żyje razem z nami i słucha naszych historii opowiadanych podczas marszu.
Wspólne historie i radość wędrówki sprawiły, że kilometry znikały pod nogami w zadziwiającym tempie i nawet się nie obejrzeliśmy, gdy stanęliśmy na pierwszym szczycie tego dnia, Jaworzyńskim Wierchu należącym do Korony Beskidu Myślenickiego.
Tam odsłoniła się przed nami przepiękna panorama na Beskid Wyspowy i Gorce. Chwila odpoczynku w cieniu, uzupełnienie płynów, trochę witamin i oczywiście obowiązkowe zdjęcie dokumentujące zdobycie szczytu z cudownym widokiem w tle.
Ale szlak sam się przecież nie przejdzie.
Krótki odcinek asfaltowy przez Jaworzyny i ponownie zanurzyliśmy się w leśną ciszę. Po chwili dotarliśmy na kolejny szczyt, Groń, czyli Kotoń Zachodni.
Słońce z każdą godziną przypominało nam coraz mocniej, kto tego dnia rozdaje karty, więc kolejna przerwa na nawodnienie była wręcz obowiązkowa.
Schodząc na chwilę ze szlaku dotarliśmy na najwyższy punkt dzisiejszej wędrówki, czyli szczyt Kotonia, kolejny punkt do Korony Beskidu Myślenickiego.
Zdjęcie dokumentujące zdobycie musiało być obowiązkowe, bo przecież takie chwile trzeba zatrzymać nie tylko w pamięci.
Dalsza droga prowadziła przez las, który wyglądał jak zaczarowana zielona kraina. Promienie słońca przebijały się przez korony drzew i malowały na ściółce świetliste mozaiki.
Nasze rozmowy przeplatały się ze śmiechem dzieci, a wszystko to mieszało się z dźwiękami lasu w jedną niezwykłą symfonię wspólnej wędrówki.
Były momenty, kiedy człowiek miał ochotę po prostu zatrzymać się i chłonąć tę chwilę bez końca.
Minęliśmy Pękalówkę, zeszliśmy ostro w dół i nagle las otworzył się na południe. Wtedy zobaczyliśmy panoramę, która dosłownie odebrała mowę.
Beskid Wyspowy i Gorce rozciągały się przed nami jak gigantyczny zielony ocean szczytów, a gdzieś daleko, we mgle, majestatycznie wyłaniały się Tatry ze swoimi ośnieżonymi wierzchołkami.
Wyglądały jak strażnicy horyzontu pilnujący granicy między ziemią a niebem. To był jeden z tych widoków, dla których warto przemierzać dziesiątki kilometrów i wylać litry potu na podejściach.
Po chwili dotarliśmy do kolejnej atrakcji, Diabelskiego Kamienia. Monumentalna formacja skalna robiła ogromne wrażenie. Kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej ku punktowi kulminacyjnemu naszej wyprawy.
Na polanie przy wiacie czekała na nas prawdziwa górska uczta. Nasi dwaj niezawodni Jankowie z Natalią po raz kolejny pokazali klasę i przygotowali biesiadę przy ognisku, wcielając się przy tym częściowo w role prawdziwych beskidzkich gazdów dzięki tradycyjnym strojom i rekwizytom. Oprawa była na najwyższym poziomie.
Na ognisku skwierczała kaszanka, a jajecznica na boczku, wykończona przez niezastąpionego Romka, smakowała tak dobrze, że najlepsze restauracje mogłyby spokojnie zapisywać przepisy w notesach. A wszystko to z widokiem na sąsiednie wzgórza skąpane w popołudniowym słońcu.
Atmosfera podczas biesiady była czymś, czego nie da się zamknąć na zdjęciach. Śmiech, rozmowy, wspomnienia ze szlaku, żarty i góralski klimat stworzyły moment, w którym człowiek naprawdę czuł wolność.
Taką prawdziwą, prostą i szczerą. Wśród ludzi kochających góry, przy ogniu, z widokiem na beskidzkie wzgórza człowiek miał pewność, że właśnie tutaj jest jego miejsce.
To były chwile, które smakowały lepiej niż najlepsza kawa po ciężkiej wędrówce i zostawiały w sercu ciepło większe niż płomienie ogniska.
Niestety wszystko, co piękne, kiedyś się kończy. Bardzo ciężko było zebrać się z tej sielankowej atmosfery, ale ruszyliśmy dalej w stronę centrum Pcimia.
Początkowo szlak prowadził nas jeszcze przez las, a gdy z niego wyszliśmy, ponownie otworzyła się panorama na Beskidy.
Świerszcze z pobliskich łąk urządziły nam pożegnalny koncert, jakby same góry chciały podziękować nam za wspólnie spędzony dzień.
Tak dotarliśmy do pierwszych domostw, później do asfaltowej drogi i w końcu do miejsca ewakuacji, gdzie nasza wędrówka dobiegła końca.
Ale prawda jest taka, że takie wyprawy nigdy nie kończą się naprawdę. Bo zostają później wspomnienia.
Zostaje śmiech niosący się po leśnych ścieżkach, smak jajecznicy jedzonej przy ognisku, widok odległych Tatr na horyzoncie, dziecięca radość na szlaku i poczucie, że choć świat pędzi coraz szybciej, w górach wciąż można odnaleźć coś bezcennego, prawdziwą bliskość ludzi, natury i samego siebie.
Drugi etap Głównego Szlaku Beskidu Średniego był czymś więcej niż zwykłą wędrówką.
Był kolejnym rozdziałem pięknej historii pisanej krokami, śmiechem i sercem ludzi, którzy po prostu kochają góry.⛰️♥️💫😃
Zdjęcia:Misiek MG