23/04/2026
Moja definicja szczęścia? Pojechać w miejsce gdzie natura rozdaje karty, trafić w 10tkę i zrobić w kilka dni prawie 8000m przewyższenia, czyli dwukrotnie wchodząc na Everest z bazy😅
Uwielbiam elementy strategii. Codziennie przyswajanie informacji lawinowych, poprzednie doświadczenia z tym terenem, codzienna nauka zachowania śniegu w zastanej sytuacji pogodowej... Wszystko składa się w całość na decyzję o trasie podejścia, godzinie wyjścia.
Co i tak w ciągu dnia może zmienić się wielokrotnie. Sztuka to umieć reagować i wybierać możliwie najlepsze opcje, na bieżąco zarządzając wycieczką.
Lepiej tędy, bo tu miękko. Ale za 2 godziny, jak będziemy zjeżdżać, tu będzie lód, więc może lepiej tam? Ale tam stromiej... To wy idźcie na ten szczyt, a my żlebem obok zjedziemy, każdy będzie szczęśliwy i zjedzie to co mu pasuje.
Dobry zespół to klucz. Każda drobna decyzja może mieć znaczenie. Każdy wie co ma robić. Nikt tak nie uratuje dupy, jak kolega który poczekał.
Codziennie test detektorów. Wzajemna kontrola, troska o kolegę, pomoc w razie awarii.
W górach jak Lyngen Alps są pewne "znane" rozwiązania. Ale to nie Tatry, gdzie wszytsko jest opisane, oznaczone, wytyczone, a do najbliższego piwa nie dalej niż godzina. Tutaj stajemy przed realną, otwartą księgą, w której można pisać swoje historie.
Przed "piaskownicą", w której samemu trzeba się zorientować i zaopiekować, żeby zabawa miała sens i przyniosła radość:) i odbyła się bezpiecznie.
Takie góry to kwintesencja zimowego działania w górach. Skituring stosowany, czysta praktyka, miejsce na sprawdzone rozwiązania, własną intuicję i próba pokory. Sztuka zorganizowanej improwizacji.
Na Instagramie widać tylko ładne widoki i szczęśliwych ludzi. Każdy z tych szczytów to suma wszystkich dotychczasowych doświadczeń, pozwalająca na swobodne działanie tam, gdzie inni się nie odnajdą.
Śpieszmy się kochać śnieg, bo szybko się topi.