22/09/2025
Wiecie jak to jest – czasem spotykają się dwie zupełnie różne osoby i… zamiast się pozabijać, zaczynają razem pisać książkę. Tak właśnie powstał projekt, o którym kilka słów. No to słuchajcie – poznajcie nasz duet idealny.
Michał i ja. Michał Denesiuk to taki kulinarny Gandalf. Wie wszystko, pamięta wszystko, a jak zacznie opowiadać o zupie rybnej, to człowiek ma wrażenie, że to wykład na uniwersytecie. Serio, jakby miał kredę i tablicę, to by rozpisał równania: „jeśli marchew = 3 sztuki, to rosół = perfekcja”. On każde słowo waży jak mięso na starej wadze u rzeźnika. On pamięta czasy, gdy rosół gotowało się trzy dni, a kotlet schabowy miał swoje święto w niedzielę. To taki człowiek, który potrafi z pamięci podać różnice między barszczem a barszczem czerwonym.
A teraz ja. Mój styl? Totalnie odwrotny. Jak coś mówię albo piszę, to już po fakcie myślę, czy wypadało. Spoiler: zazwyczaj nie. W kuchni działam podobnie – wrzucam do gara, co popadnie, mieszam, próbuję i… albo wychodzi sztos, albo coś, co nazwijmy dyplomatycznie „lekcją pokory”. I właśnie tak się spotkaliśmy. Michał mówi: „to się tak nie robi”, a ja: „sprawdźmy!”. On wchodzi z wagą jubilerską do kuchni, a ja z tekstem: „dawaj, na oko, przecież się nie zmarnuje”.
On poważny pan profesor, ja – uczeń z ostatniej ławki, co ściągał przepisy na ręce, bo przecież kartki się gubiły. I teraz najlepsze – z tej mieszanki powstała książka. Taka, że babcia znajdzie tu przepisy na klasyki, a młody dostanie coś, czym wrzuci na Insta i zbierze lajki. Ale halo, to nie jest tylko kuchnia. To też Warmia i Mazury – miejsca i ludzie, którzy robią rzeczy tak dobre, że nawet warszawski foodies się zawiesi i zapomni, jak się mówi „latte na owsianym”. Tu jest rybak, który złowił rybę większą od swojego pontonu, gospodyni, która robi pierogi, od których gluten płacze ze szczęścia, i lokalni wariaci (tacy jak my), którzy stwierdzili: „hej, zróbmy książkę, żeby inni też mogli się tym zajarać”.
Więc rozsiądźcie się wygodnie, weźcie kawę, herbatę albo kieliszek czegoś mocniejszego (tu już pełna dowolność) i chodźcie z nami w tę kulinarną podróż. Czasem poważną, czasem kompletnie odjechaną, ale zawsze prawdziwą i pisaną od serca. Bo jedzenie to nie tylko przepisy. To ludzie, emocje, wspomnienia i historie, które najlepiej smakują wtedy, kiedy można się z nich trochę pośmiać. Bo kuchnia jak życie smakuje najlepiej wtedy , kiedy nie traktuje się jej śmiertelnie poważnie.