Mariusz Kuś, Kuśnia Smaków

Mariusz Kuś, Kuśnia Smaków Moje miejsce, gdzie kuchnia spotyka podróże. Jestem Mariusz Kuś i wierzę, że jedzenie potrafi powiedzieć więcej o świecie niż tysiąc stron przewodnika.

Resztę dopowiadam ja – z przymrużeniem oka.

Wiecie jak to jest – czasem spotykają się dwie zupełnie różne osoby i… zamiast się pozabijać, zaczynają razem pisać ksią...
22/09/2025

Wiecie jak to jest – czasem spotykają się dwie zupełnie różne osoby i… zamiast się pozabijać, zaczynają razem pisać książkę. Tak właśnie powstał projekt, o którym kilka słów. No to słuchajcie – poznajcie nasz duet idealny.

Michał i ja. Michał Denesiuk to taki kulinarny Gandalf. Wie wszystko, pamięta wszystko, a jak zacznie opowiadać o zupie rybnej, to człowiek ma wrażenie, że to wykład na uniwersytecie. Serio, jakby miał kredę i tablicę, to by rozpisał równania: „jeśli marchew = 3 sztuki, to rosół = perfekcja”. On każde słowo waży jak mięso na starej wadze u rzeźnika. On pamięta czasy, gdy rosół gotowało się trzy dni, a kotlet schabowy miał swoje święto w niedzielę. To taki człowiek, który potrafi z pamięci podać różnice między barszczem a barszczem czerwonym.

A teraz ja. Mój styl? Totalnie odwrotny. Jak coś mówię albo piszę, to już po fakcie myślę, czy wypadało. Spoiler: zazwyczaj nie. W kuchni działam podobnie – wrzucam do gara, co popadnie, mieszam, próbuję i… albo wychodzi sztos, albo coś, co nazwijmy dyplomatycznie „lekcją pokory”. I właśnie tak się spotkaliśmy. Michał mówi: „to się tak nie robi”, a ja: „sprawdźmy!”. On wchodzi z wagą jubilerską do kuchni, a ja z tekstem: „dawaj, na oko, przecież się nie zmarnuje”.

On poważny pan profesor, ja – uczeń z ostatniej ławki, co ściągał przepisy na ręce, bo przecież kartki się gubiły. I teraz najlepsze – z tej mieszanki powstała książka. Taka, że babcia znajdzie tu przepisy na klasyki, a młody dostanie coś, czym wrzuci na Insta i zbierze lajki. Ale halo, to nie jest tylko kuchnia. To też Warmia i Mazury – miejsca i ludzie, którzy robią rzeczy tak dobre, że nawet warszawski foodies się zawiesi i zapomni, jak się mówi „latte na owsianym”. Tu jest rybak, który złowił rybę większą od swojego pontonu, gospodyni, która robi pierogi, od których gluten płacze ze szczęścia, i lokalni wariaci (tacy jak my), którzy stwierdzili: „hej, zróbmy książkę, żeby inni też mogli się tym zajarać”.

Więc rozsiądźcie się wygodnie, weźcie kawę, herbatę albo kieliszek czegoś mocniejszego (tu już pełna dowolność) i chodźcie z nami w tę kulinarną podróż. Czasem poważną, czasem kompletnie odjechaną, ale zawsze prawdziwą i pisaną od serca. Bo jedzenie to nie tylko przepisy. To ludzie, emocje, wspomnienia i historie, które najlepiej smakują wtedy, kiedy można się z nich trochę pośmiać. Bo kuchnia jak życie smakuje najlepiej wtedy , kiedy nie traktuje się jej śmiertelnie poważnie.

Był taki człowiek-legenda, który rzucił w eter słynne: „Pomożecie?” – i wtedy cała Polska odpowiedziała chóralnie: „Pomo...
17/09/2025

Był taki człowiek-legenda, który rzucił w eter słynne: „Pomożecie?” – i wtedy cała Polska odpowiedziała chóralnie: „Pomożemy!”. No i teraz, moi drodzy, to jest ten moment, kiedy wchodzicie Wy, cali na biało (albo w dresie, kto co ma pod ręką 😎).

Grudniowa kolacja charytatywna powoli nabiera rumieńców – w mojej głowie pomysły mnożą się szybciej niż grzyby po deszczu. Jeden z nich to stworzenie kalendarza z bohaterami naszego miasta. Tym razem nie z „płcią urodziwą”, jak to było kiedyś, tylko z tą mniej urodziwą – czyli chłopami, facetami, gentelmanami z Ostródy, którzy na co dzień ogarniają kulturę, turystykę, samorząd i całą resztę. Kto powiedział, że tylko kobiety mogą świecić przykładem na kartach kalendarza? 😉

Fotki ogarnia niezastąpiona Anna Nowakowska, więc o poziom artystyczny jestem spokojny – sztos gwarantowany! 🔥 Teraz został tylko drobiazg: znaleźć firmę, która wyprodukuje nam to cudo. Mailingi poszły już do kilkudziesięciu agencji, ale wiecie jak jest – realia bywają twardsze niż schabowy z marketu.

Dlatego pytam Was: macie może wśród znajomych kogoś, kto ogarnie dla nas produkcję najładniejszego kalendarza na świecie? Cały dochód przeznaczymy na rehabilitację dla Leona, żeby mógł dalej walczyć i stawiać kolejne kroki.

Pomożecie? 💪❤️

Kiedyś rzuciłem mimochodem, że szykuje się w Ostródzie jakieś fajne wydarzenie? No więc to nie był mój kolejny słomiany ...
15/09/2025

Kiedyś rzuciłem mimochodem, że szykuje się w Ostródzie jakieś fajne wydarzenie? No więc to nie był mój kolejny słomiany zapał – tym razem naprawdę coś robimy. 5 grudnia organizujemy akcję, żeby zebrać kasę na rehabilitację młodego chłopaka. Termin idealny, bo przecież grudzień to miesiąc cudów i nadziei, a Mikołajki to nie tylko pretekst, żeby się obżerać czekoladą.
Będzie energia, będzie jedzenie, będzie klimat – słowem, impreza lepsza niż świąteczne odcinki „Kevina samego w domu”. A ja, zamiast tylko marudzić i pić kawę litrami, faktycznie wziąłem się do roboty (tak, też jestem w szoku).

Jeżeli masz firmę z branży gastro, albo innej whatever i chciałbyś się zaprezentować i nam pomóc daj znaka na priv.

Jeśli jesteś kucharzem, blogerem kulinarnym, albo po prostu chcesz zrobić coś dobrego, a przy okazji pogadać o jedzeniu, to odezwij się na priv. Będzie miejsce na Twój talent, serducho i może nawet Twoje ego – na to zawsze znajdzie się stolik.
W skrócie: przyjdź, wesprzyj, pomóż zrobić coś naprawdę dobrego. A jeśli się boisz, że się nie odnajdziesz, to spokojnie – ja też się pewnie będę czuł jak żaba w garniturze.

Chwila ciszy w pisaniu – ale to nie lenistwo, tylko koniec sezonu i ja siedzący nad garnkiem jak Gandalf nad pierścienie...
06/09/2025

Chwila ciszy w pisaniu – ale to nie lenistwo, tylko koniec sezonu i ja siedzący nad garnkiem jak Gandalf nad pierścieniem: „Nie przejdziesz… bez nowego menu!”

Na listę pomysłów wbił się klient, który zachwycił się moim ramenem i rzucił: „Zrób Curry Laksa”. No to zrobiłem. Co to jest za danie ? O tym może w innym wpisie a teraz to moje ulubione danie, choć pewnie – jak mój Pad Thai – nie wszystkim podejdzie. Ale hej, kuchnia to mój film, ja tu reżyseruję chaos.

Macie swoje składniki-marzenia? Dajcie w komentarzach! Zrobię coś, co będzie hitem… albo czymś, co zyska własny wątek na horrorowych forach kulinarnych.

UDOSTĘPNIJ, BO TO WAŻNE!Dziś w zupełnie innej sprawie. Nie o jedzeniu, nie o podróżach, nawet nie o tym, że wkurza mnie,...
02/09/2025

UDOSTĘPNIJ, BO TO WAŻNE!

Dziś w zupełnie innej sprawie. Nie o jedzeniu, nie o podróżach, nawet nie o tym, że wkurza mnie, kiedy ktoś w markecie odkłada lody do działu z makaronem. Chodzi o coś dużo poważniejszego.

Wiecie, jaka jest najgorętsza drama ostatnich dni? Gość od kostki brukowej, który zwinął młodemu chłopakowi czapkę – prezent od idola. Tak, też mnie to zagotowało, też rzuciłem soczystym „co za typ” w obecności mojej żony – mojego życiowego sumienia – i tyle. Ale teraz patrzę na to, co się dzieje, i mam ciarki, bo to, co robią internauci, jest sto razy gorsze niż jeden bezczelny gość z czapką.

W całym tym świętym gniewie ludzie pomylili… firmę.
Tak, Drogbruk i Drog-Bruk to dwie różne firmy. Dwa różne miasta, dwaj różni właściciele, dwa różne światy. Ale internetowi szeryfowie, uzbrojeni w klawiatury i emocje, już wrzucili tryb „kill” i walą jedynki na Google niewinnemu człowiekowi, jakby to był jakiś narodowy sport. Prawie tysiąc ocen 1. Wyobrażacie to sobie?

I ja się pytam – serio?
To tak, jakby wkurzyć się na McDonald’sa, bo zimne frytki, i w ramach odwetu obsmarować budkę z zapiekankami u Grażyny na rynku. Bo przecież jedno żarcie i drugie żarcie, co za różnica, prawda?

Piszę do ludzi, wysyłam linki, tłumaczę, że to nie ta firma – ale mózg w trybie „gniew” nie przyjmuje sygnałów. Przekazuję fakty, a reakcja jest jak u kota, któremu mówisz „zejdź ze stołu” – patrzy Ci w oczy i dalej rozwala doniczkę.

A teraz, wyobraźcie sobie, co dalej.
Co jeśli ten niewinny facet, który nie ukradł ani czapki, ani niczyjego snu o sprawiedliwości, po prostu się załamie?
Co jeśli zamknie firmę, a pracownicy pójdą na bruk (nomen omen)?
Co jeśli pewnego dnia przeczytacie w newsach, że ktoś nie wytrzymał, bo został publicznie zlinczowany za cudzy grzech?

Hejterzy, czy naprawdę jesteście gotowi mieć to na sumieniu?

Nie bronię typa od czapki – zasłużył na falę krytyki. Ale błagam Was: kierujcie ten gniew we właściwą stronę.
Bo dziś to on, jutro może być każdy z nas. Wystarczy literówka w nazwie firmy, przypadkowy adres albo głupi zbieg okoliczności, a internetowa machina przejedzie po Tobie walcem, zanim zdążysz powiedzieć „ale to nie ja”.

Ludzie, opamiętajcie się. Złość jest potrzebna, ale używajcie jej z głową. Bo inaczej niedługo będziemy żyć w świecie, gdzie każdy boi się podać prawdziwe nazwisko, bo jeden wpis na Facebooku może zniszczyć życie.

Dzisiaj polecajka w stylu: cudze chwalicie, swego nie znacie. Pamiętacie tę słynną kampanię prezydencką, kiedy wszyscy n...
31/08/2025

Dzisiaj polecajka w stylu: cudze chwalicie, swego nie znacie. Pamiętacie tę słynną kampanię prezydencką, kiedy wszyscy nucili „A moje miasto to Białystok”? No właśnie. Plan był taki, żeby w ten weekend polecieć na Litwę i przygotować Wam elegancki plan krótkoterminowego wypadu z jedzonkiem, zwiedzaniem i czymś z procentami. Ale życie to reżyser z Hollywood – lubi zmieniać scenariusz na ostatnią chwilę – więc szybka korekta i… witamy w Białymstoku. I powiem Wam, że to całkiem przyjemna miejscówka z taką ilością atrakcji, że spokojnie można by kręcić serial pt. „Kulinarne Grzechy Podlasia” i jeszcze zostałoby na spin-offy.

Zameldowaliśmy się w hotelu Hotel Cristal który ma mega lokalizację w samym sercu gastronomiczno-kulturalnym miasta. Do tego genialny stosunek jakości do ceny i łóżko tak wygodne, że rano przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zrezygnować z wyjazdu i po prostu się tam przeprowadzić. A ta szafa obracana z lustrem? Hit. Czuję się, jakbym był w garderobie jakiegoś iluzjonisty – tylko zamiast magicznych sztuczek prezentuję piżamę w kratkę. No i co bardzo ważne, bardzo bogaty bufet śniadaniowy. Polecam

Na gastro polecam gruzińską knajpkę w centrum – 𝗖𝗛𝗜𝗡𝗞𝗔𝗟𝗡𝗜𝗔 Białystok Gruzińska zupa serowa mnie nie porwała (może po prostu nie mam duszy serowego poety), ale wódka z winogron – totalny props. A już to jednogarnkowe danie z mięsem, ziemniakami i chrupiącymi warzywami… nie pamiętam nazwy ale sztos taki, że mam ochotę wprowadzić coś podobnego u siebie w menu. Chinkalnia może przypomnicie co jadłem ?

Atrakcje Białegostoku? Oj, jest co robić:

🔹 Pałac Branickich – taki nasz „Wersal Podlasia”. Ogrody piękne, miejsce samo w sobie bajkowe. A akurat trafiliśmy na akcję z rozmachem: na rynku koncert Oddziału Zamkniętego i Roksany Węgiel, a przy samym pałacu – balkonowy koncert, dymy, światła, ludzie w kostiumach… Generalnie nie mam pojęcia, co to było i nie do końca się w klimat wczułem, ale moja była była zachwycona. To było trochę jak oglądanie filmu, którego tytułu nie znasz – niby super, ale czujesz jakiś niedosyt. 😅

🔹 Rynek Kościuszki – serce miasta, knajpa na knajpie, idealne miejsce na kawę, piwko albo obserwowanie ludzi.
🔹 Muzeum Pamięci Sybiru – wystawa, która chwyta za gardło i daje do myślenia.
🔹 Cerkiew Św. Ducha – ogromna, kolorowa i naprawdę robi wrażenie, nawet jak ktoś nie jest fanem architektury sakralnej.
🔹 Muralowe szaleństwo – Białystok to stolica murali, co uliczka, to fotka na Insta.

Na dwudniowy wypad warto też wybrać się kawałek dalej – Kruszyniany gdzie koniecznie odwiedźcie restaurację Tatarska Jurta – kuchnia tak dobra, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czemu jeszcze nie jest Tatarem.

W Łomży z kolei mieliśmy farta, bo akurat trafiliśmy na dzień promocji lokalnych producentów. Były sery, kawa, herbata, rękodzieło i prawdziwa perełka – podlaskie wędliny. Karkówka z grilla tak aromatyczna, że do teraz czuję jej smak, a zapas kiełbas i szynek jedzie już z nami do domu na testy. A żeby było jeszcze weselej, wpadliśmy tam na piwko z Aleksandrą. Wiadomo – ja zero, bo kierowca odpowiedzialny. Płacę za piwo, pytam, czy można kartą, a pani odpowiada, że można, ale woli gotówkę. Mówię: „Ja też wolę gotówkę, ale mam kartę, a pani ma terminal – może to połączymy?”. Na co pani: „Nie widać, żeby pan lubił gotówkę. A gotówka to wolność”. No i zrobiła mi wykład z ekonomii, który bardziej przypominał monolog z „Dnia Świra”. Niby niezręcznie, a jednak człowiek wychodzi z uśmiechem, bo takie sytuacje się pamięta.

Jeśli macie jeszcze czas, polecam też inne okolice Białegostoku – Supraśl z klimatycznym muzeum ikon czy też Tykocin z pięknym rynkiem i żydowską historią,.

Aha, zapomniałem – po drodze warto zahaczyć o Nowogród, gdzie oprócz świetnego skansenu jest restauracja Wiszące Ogrody nad Narwią. Karmią tam naprawdę dobrze, kartacze i babka ziemniaczana super, chłodnik ze szczawiu taki trochę bez wyczucia szczawiu ale podpiwek robią taki, że wziąłem na wynos i chyba u siebie w zrobię własny. Co Ty na to, Michał Denesiuk – podpiwek firmowy na stałe w karcie?

Jeśli chodzi o zdjęcie, którym opatrzyłem ten tekst, to Aleksandra kradnąca słoneczniki po drodze. Taki drobny, niewinny zabór mienia, ale szczęście większe niż strata – przynajmniej tak mi się wydaje… 🌻😄

Jakiś czas temu walnąłem tu posta o mojej Aleksandrze. No i wiecie, myślałem, że to będzie taki sobie wpisik, a tymczase...
26/08/2025

Jakiś czas temu walnąłem tu posta o mojej Aleksandrze. No i wiecie, myślałem, że to będzie taki sobie wpisik, a tymczasem wyszło najpopularniejsze dzieło literackie od czasów „Pana Tadeusza”. Teraz mam problem – Ola stwierdziła, że skoro to ona robi klikalność, to należą jej się tantiemy. A ja mówię: „Halo, ale to mój styl pisania!”. Ona: „Styl? Ty masz tylko styl na pierogi z cebulką”. I tyle w temacie, zgadnijcie kto wygrał dyskusję…

Ale dziś nie o niej, tylko o moim kumplu. Ziom, bratnia dusza, kulinarny freak, a przy tym gość, który ma tyle energii, że gdyby go podłączyć do czajnika, to woda zagotowałaby się w sekundę. Michał Denesiuk. Powiem krótko – człowiek-instytucja. Tak promuje Warmię i Mazury przez kuchnię, że powinien dostać własny pomnik. Albo chociaż klucze do Szczytna. Ba, jak powiesz „Szczytno”, to połowa ludzi myśli: „jezioro”, a druga: „Denesiuk”.

Znamy się pięć lat – czyli tyle, ile ma moja Chata. W sumie mogę powiedzieć, że prowadzę lokal z Michałem, tylko że on nie ma udziałów… co chyba muszę przemilczeć, zanim się zorientuje i naprawdę zażąda tantiem. Bo już i tak duża część tego, co serwujemy, jest inspirowana jego pomysłami. A raz w miesiącu spotykamy się na wspólne gotowanie – i tak, gotujemy dania, ale i siebie przy okazji. Trzeba się jakoś nawodnić, nie? Michał to król nalewek. Ja to mogę być co najwyżej książę od kieliszka. Mamy nawet własną „Kusiową Denesiówkę”. Tylko nie mówcie nikomu, bo jeszcze przyjedzie komisja antyalkoholowa i powie, że to zagraża bezpieczeństwu narodowemu.

No i serio – człowiek złoto. Razem z żoną pomogli nam ogarnąć kredyt na rozwój Chaty. A to już nie są żarty, tylko taki level powagi, że ja w życiu nawet na maturze tak poważny nie byłem.

Tak więc: wielkie brawa dla Michała! 👏👏👏
Ale ostrzegam – jak ten post przebije popularnością ten o Aleksandrze, to mam przesr… znaczy, będę musiał płacić tantiemy i jemu, i jej. A ja się pytam: co zostanie dla mnie? Co najwyżej rachunek za prąd i resztki bigosu w garnku.

Dlatego błagam – lajkujcie i komentujcie, ale z wyczuciem. Bo jak będę musiał wynagrodzić ich obu, to skończy się tak, że moja jedyna własność to będzie rondel po dziadku i otwieracz do piwa. Chociaż… jak tantiemy mam płacić w formie płynnej, to może jednak jeszcze coś się da ugrać 😅.

No to słowo stało się ciałem i jak prosicie, tak macie – ruszam z pierwszym własnym przepisem. Choć prawdę mówiąc, nawet...
24/08/2025

No to słowo stało się ciałem i jak prosicie, tak macie – ruszam z pierwszym własnym przepisem. Choć prawdę mówiąc, nawet jakbyście nie prosili, to i tak bym coś wrzucił – tylko musiałbym sobie wymyślić jakąś marną wymówkę: „bo córka narysowała makaron w przedszkolu”, „bo pies się dziwnie spojrzał”, albo „bo lodówka na mnie syknęła, że dawno nic nowego nie widziała”. Teraz mam łatwiej – Wy chcecie, ja gotuję, a portfel patrzy z ulgą, że tym razem to nie degustacja w Wenecji za miliony monet.

Przepis narodził się w podróży. Wracamy głodni z Wenecji, a w portfelu już nie echo, tylko cały chór gospel krzyczy: „Money? Hallelujah, NIE MA!”. Zajeżdżamy więc do regionalnego Lidla pod Wenecją – zwykły sklep, ale jak jesteś głodny i biedny, to nagle czujesz się jak w piątej gwiazdce Michelin. Sos pomidorowy? Biorę! Parówka włoska? No pewnie! Wino? Obowiązkowo, bo kuchnia bez wina to jak pizza bez sera – niby można, ale po co. Do pełni smaku i kompletu dania jeszcze makaron, bo bez tego to raczej performance art niż kolacja.

Sprzęt? Aleksandra – moja prywatna MacGyver w spódnicy – spakowała kuchenkę turystyczną, garnki, stolik, sztućce, a pewnie jakbym dokładniej przeszukał torbę, to znalazłbym tam też ponton, agregat prądotwórczy i małą elektrownię atomową. Brakowało tylko Feng Shui – ale i to znaleźliśmy w Słowenii. I tam, wśród zieleni, powstało danie, które później odtworzyłem w domu – na pełnym legalu, ze składników jak babcia kazała. Efekt? Sztos nad sztosy.

Co potrzebujesz (czyli wersja „już po powrocie do cywilizacji”):

sos pomidorowy (najlepiej domowy – jak nie masz, to kup passaty, ale nie takiej z kartonu za 1,99, bo potem będziesz płakać),

ziołowy serek (Almette, Apetina, albo cokolwiek co ma zioła i udaje, że jest fancy),

biała surowa kiełbaska (ja robię swoją, ale sklepowa z czosnkiem niedźwiedzim też daje sztosa – serio, weźcie spróbujcie),

kopytka (domowe – marzenie, ale jak życie Cię goni, to kup paczkę i udawaj, że to babcine),

białe wino (zawsze w dwóch porcjach – jedna dla kucharza, druga dla garnka, i nie odwrotnie!).

Jak to ogarniamy (czyli krok po kroku, żeby wyglądało, że masz kontrolę):

🥩 Kiełbaskę sparz chwilę – tylko na tyle, żeby dało się ją pokroić. Wody nie wylewaj, bo to nie odpad, tylko esencja smaku! (i jak ktoś się spyta, co to za płyn w garnku, mówisz, że bulion królewski).

🔪 Kroisz kiełbasę i podsmażasz. Na maśle, oliwie, albo na własnym tłuszczu kiełbasy – pełna dowolność. Chcesz fit? Weź oliwę. Chcesz żyć jak król? Jedź na tłuszczu.

🥔 Dorzucasz kopytka – niech się lekko złocą razem z mięsem, a potem dolej odrobinę wody z parzenia kiełbasy, bo to sam smak, którego nie wolno wylewać. Jeżeli pryśnie i ochlapie Cię po koszulce – nie martw się, mówisz że to nowa kolekcja „Chef Edition”.

🍷 Teraz kieliszek wina dla Ciebie. Jak już wypijesz, to drugi dla patelni. Pamiętaj: kolejność ma znaczenie.

🍅 Wlewasz sos pomidorowy i mieszasz, aż uznasz, że wygląda jak z reklamy.

🧀 Dorzucasz serek ziołowy – on zrobi z sosu takie aksamitne cudo, że nagle poczujesz się jak we włoskiej trattorii, tylko zamiast gondoli za oknem masz skarpę i trzy krzaki.

🌿 Doprawiasz według fantazji: sól, pieprz, czosnek, chilli (dla fanów mocnych wrażeń) i zioła prowansalskie – a jak akurat znajdziesz w szafce koper z 2003 roku, to też wrzuć, czemu nie.

🍽️ Wylewasz na talerz, dekorujesz czymś zielonym (bazylia, pietruszka, rukola, albo listek z doniczki od teściowej – ważne, żeby wyglądało).

💑 Pozostałą część wina, o ile nie skończyło się w trakcie gotowania, wlej do dwóch kieliszków i oczaruj drugą połowę kunsztownym daniem i kieliszkiem wina. Myślę, że miły wieczór będzie kompletny :)

I to wszystko. Niby Lidl, niby turystyczna kuchenka, a smakuje jak włosko-słoweńsko-polskie fusion na poziomie „MasterChef na kempingu”.

Jak już ogarniecie ten temat, pochwalcie się w komentarzach smakiem, sposobem dekoracji, a może czymś, co dorzuciliście od siebie. Ja też lubię inspiracje :)

Marzec 2015 – pamiętam jak dziś. No dobra, nie jak dziś, bo dziś pamiętam głównie gdzie odłożyłem telefon i że znowu zgu...
23/08/2025

Marzec 2015 – pamiętam jak dziś. No dobra, nie jak dziś, bo dziś pamiętam głównie gdzie odłożyłem telefon i że znowu zgubiłem ładowarkę, ale mniej więcej pamiętam. Wtedy odpaliłem bloga kulinarnego. Plan był prosty: zostać drugim Jamie Oliverem. Różnica polegała tylko na tym, że Jamie miał miliony na produkcję, a ja miałem… między innymi kilka słoiczków musztardy, ze dwie butelki octu, trochę makaronu. Ale za to w pakiecie dostawałem nieocenione wsparcie żony, która po pracy wchodziła do kuchni i widziała efekty moich eksperymentów. Najpierw się cieszyła – „ooo, nowe danie!”. A potem płakała – „ooo, znowu sprzątanie…”.

Bo prawda jest taka: ja gotować umiem. Sprzątać po sobie? Kompletnie nie. Bałagan to moje naturalne środowisko. Ja się w nim orientuję lepiej niż w Google Maps. Aleksandra do dziś powtarza, że największy wynalazek, jaki zrobiłem w życiu, to danie o nazwie „syf alla Kuś”. I tu wchodzi jej supermoc – bo przy całym moim chaosie i wiecznym roztrzepaniu, ona jest moim lekiem na całe zło. Serio – gdyby nie ona, to już dawno bym się udusił w oparach przypalonego bigosu i zgnił w stercie garnków.

Na początku współpracowałem z markami. Brzmi dumnie, prawda? Lidl, Sokołów, Dr. Oetker… tylko że w praktyce wyglądało to tak, że dostawałem paczkę z makaronem, musztardą i jakimś sokiem z egzotycznej rośliny, a moim zadaniem było wymyślić przepis, który nie skończy się zatruciem pokarmowym. Opłacalność? Minus 300. Ale satysfakcja? Bezcenna. Bo nagle pojawiali się czytelnicy, przepisy szły w świat, a koleżanki mojej żony pytały ją: „Co tam dziś serwuje Restauracja Kuś – jednoosobowa spółka z o.o.?”.

Potem przyszedł czas na filmy. Najpierw amatorskie, z kamerą, która miała tak szeroki kąt, że obejmowała pół kuchni, ale i tak nie mieściła mnie w całości (tak, wtedy już miałem „ekstra kilogramy w bonusie”). Kolega rzucił hasło: „Kuś, zróbmy coś profesjonalnego”. I wiecie co? Poszło!

Pierwszy program nagraliśmy w zamku w Karnitach. Była uczta, były regionalne smakołyki, a w tle leciała muzyka zespołu Hoboud – piękne warmińskie pieśni, które robiły za ścieżkę dźwiękową. Klimat jak z dokumentu National Geographic, tylko zamiast słoni i lwów – ja i kocioł bigosu. Magia. I tak, już wtedy byłem łysy. To w sumie plus, bo przynajmniej fryzura nie odciągała uwagi od jedzenia. Poza tym moja głowa działała jak wbudowany reflektor – operator kamer nie musiał nosić dodatkowych lamp, bo wszystko odbijało się ode mnie jak od latarni morskiej.

Kolejne programy poszły lawinowo: drugi, trzeci, dziesiąty. Były budżety, były podróże, były spotkania z niesamowitymi ludźmi. Ja gotowałem, rozmawiałem, kręciłem, czasem nawet mówiłem mądre rzeczy (choć bardziej przez przypadek niż z planu). To były piękne czasy – naprawdę czułem, że robię coś dużego.

I nagle: bach. Covid. Koniec imprezy. The end of the story. Kamera zgasła, budżety zniknęły, a ja zostałem z patelnią w ręku i pytaniem: „Co dalej?”.

No i stało się to, co się stało. Gdyby nie 2020 rok, pewnie dalej kisiłbym się w blogosferze, próbując gonić za Anią Gotuje (którą zresztą poznałem w 2015 roku na warsztatach Lidla i Sokołowa). Wiele znajomości do dzisiaj zostało, chociaż trochę mniej pielęgnowanych. Trzeba to zmienić. Monika z Sio-smutki, Monika od kuchni Marzena z Kulinarna Maniusia Diana z Di bloguje Czy Gosia z DayliCooking jeszcze się spotkamy obiecuję, A tak – mam własną restaurację. Prawdziwą, z prawdziwymi ludźmi, którzy przychodzą, jedzą, chwalą albo marudzą, ale zawsze wracają. I to jest dla mnie największa nagroda – większa niż wszystkie paczki musztardy świata.

Nie żałuję niczego. Nawet tego, że moje pierwsze programy można jeszcze znaleźć w internecie i że wyglądam tam jak gość, który właśnie odkrył kamerę i nie wie, czy z nią flirtować, czy uciekać. Wszystko, nawet te śmieszne i trudne momenty, doprowadziło mnie tu, gdzie jestem – szczęśliwy, zmęczony, ale spełniony.

A teraz pytanie do Was: chcecie, żebym wrzucał przepisy od czasu do czasu? Obiecuję, że już nie za dwie butelki octu i trzy słoiczki musztardy. Teraz gotuję z serducha – i czasem też z rozsądku (ale tylko wtedy, gdy Aleksandra stoi nad kuchnią i patrzy, czy znowu nie robię syfu). 😅

Sezon wakacyjny powoli dobiega końca. Został tydzień i zaraz znów ruszą szkoły, ludzie wrócą po urlopach do pracy, a my ...
23/08/2025

Sezon wakacyjny powoli dobiega końca. Został tydzień i zaraz znów ruszą szkoły, ludzie wrócą po urlopach do pracy, a my w gastronomii… no cóż, zaczynamy nasz ulubiony sport ekstremalny: przetrwanie od września do maja. Może przesadzam? Trochę. Ale tylko trochę. Bo między majem a wrześniem większość restauracji działa jak silnik odrzutowy – a od października włączamy tryb „kosiarka na pniu”: obroty lecą w dół, rachunki w górę, a Ty nagle zaczynasz doceniać monetę 1 grosz jak prawdziwy skarb narodowy.

Trzeba odłożyć trochę „siana” na spokojniejsze miesiące, bo jeśli coś się spóźni – ZUS, US, prąd, gaz, czynsz… leżysz. Dosłownie. Brak zapłaty z ZUS? Konto zablokowane, leżysz w fotelu, patrzysz w sufit i myślisz: „Czy to już moment, żeby zaprzyjaźnić się z monetą 1 grosz i nazwać ją Fredem?” Nieopłacona energia? Też leżysz, ale po ciemku, próbując liczyć na kalkulatorze.

Od września rusza nasza ulubiona gra: promocje, nowe dania, dwa za jeden, trzy minus dwa i osiem razy cztery. Gastro-koło kręci się dalej, a my w nim jak chomik na turbo-pasku – próbujemy wymyślić, co jutro podać. „Czy gość doceni tę innowację w daniach, czy tylko wzruszy ramionami? i zapyta a jaki to ma związek z oryginałem ?” „Czy sałatka wygląda na Insta, czy jak projekt studenta grafiki, który się nie wyspał i zjadł za dużo kawy?”

Goście… ach, goście. Ci, którzy potrafią wnieść całe miasto wózków z dzieciakami, które traktują menu jak tor przeszkód i testują prawa fizyki na talerzach. Albo ci, którzy przy stolikach uwielbiają zrzucać zdjęcia ze ściany, nieświadomie niszcząc nasze małe skarby, a potem mają pretensje: „Bo tyle tego tutaj wisi, trzeba uważać, a i tak coś się zniszczyło”. Uwielbiamy ich. Naprawdę.

Nie można też zapomnieć o rodzinach skupionych: rodzice konsumują w ciszy, dzieciaki w tym czasie ćwiczą akrobatykę olimpijską, testują prawa fizyki na podkładkach, menu i podłodze, a ja stoję obok, balansując między spokojnikiem, szefem kuchni, kelnerem i trenerem gimnastyki. Wszystko w jednym. Czasem mam wrażenie, że mój życiorys w ciągu jednej zmiany to więcej zawodów niż na igrzyskach olimpijskich.

Z końcem sierpnia zawsze mam małe koszmary: czy wystarczy na opłaty, pensje, obsługę, czy może znów zostanę sam – zmywak, kuchnia, obsługa, menedżer, wróżka od opinii Google, terapeuta, klaun, wszystko w jednym. Kiedyś tak było i… powiedzmy, że tęsknię za tym dreszczykiem adrenaliny, ale nie za tym momentem, kiedy sprzątałem stoliki, gotowałem rosół i przy okazji odbierałem zamówienia.

Od września obroty pójdą w dół. Więcej czasu na planowanie, więcej kawy (albo energetyków) i przekleństw, więcej przemyśleń i oczywiście więcej okazji do autoironii. Ale kto się podda? Nie ja. Będę wymyślać dania na przekór, które wyglądają jak eksperyment naukowy z NASA, a smakują jak niebo na talerzu. Będę ryzykować połączenia nie do połączenia – bo kto, jeśli nie Czym Chata Bogata by Mariusz Kuś, może sobie na to pozwolić?

A przy tym wszystkim, między obiadem a deserem, między jednym „5” a jednym „pierogi smaczne, ale nie wybitne”, będziemy się śmiać z samego siebie, z chaosu, z dzieciaków depczących menu, gości robiących milion zdjęć, kotów, które przemykają pod stołami i… czasem nawet z siebie nawzajem. Bo w naszym życiu wszystko wygląda jak sitcom bez scenariusza, a ja w tym wszystkim jestem pół kucharzem, pół kelnerem, pół sprzątaczem, pół psychologiem, pół klaunem i pół żartownisiem i półgłowkiem.

Bo wbrew wszystkiemu – to kocham, choć czasem z hektolitrami kawy, tonami papieru, kilkoma siniakami od stołów i niewielką dawką zdrowego szaleństwa. Ale hej – kto powiedział, że bycie właścicielem restauracji jest nudne? 😎

Zawsze lubiłem gotować. Mieszać składniki, których nikt normalny by nie zmieszał – i patrzeć, co z tego wyjdzie. Trochę ...
21/08/2025

Zawsze lubiłem gotować. Mieszać składniki, których nikt normalny by nie zmieszał – i patrzeć, co z tego wyjdzie. Trochę jak dziecko, które rysuje rodzinę kredką do oczu i twierdzi, że to Mona Lisa. U mnie efekt czasem jest jadalny, czasem mniej… ale zawsze ciekawy.

Bo gotowanie to sztuka. Jedni malują obrazy, inni komponują muzykę, a ja smażę Pad Thaia tak, że połowa klientów się zachwyca, a druga połowa chce mnie wysłać do Hagi za zbrodnie kulinarne.

I teraz najlepsze: gdybym nazywał się „Chef Gordon Picasso da Vinci”, to każdy by się oblizywał, nawet jeśli na talerzu miałby makaron z keczupem i natką pietruszki. Tak samo jest z malarzami – weźcie Picassa. Gość namalował coś, co wygląda jakby dziecko z przedszkola zgubiło kredkę, a dziś to wisi w muzeum za miliony. Ja też bym chciał, żeby mój schabowy w podwójnej panierce był uznany za awangardę.

Najbardziej lubię łączyć smaki, które według „kucharzy po szkołach” nigdy nie powinny się spotkać. Oni mają przepisy, kanony i podręczniki. A ja mam wolną rękę i myślę: „A co mi tam, wleję pasty tamaryndowej tyle, że starczyłoby na pół Tajlandii. Dorzucę masło orzechowe – bo kto bogatemu zabroni? A limonkę? A po co mi limonka, jak mam cytrynę z Biedronki!”.

I właśnie wtedy rodzą się potrawy, które nie mieszczą się w głowie. Czasem wychodzi arcydzieło, czasem wygląda to jak obraz Dalego po nieprzespanej nocy – ale przynajmniej nie jest nudno.

Weźcie historię mojego Pad Thaia. Pojechałem z żoną spróbować w „prawdziwej” restauracji, żeby zobaczyć, co to za cudo. Skończyło się tak, że wyjedliśmy tylko krewetki, a resztę oddaliśmy kotu, który spojrzał na nas jak na wrogów publicznych. Ale ja się uparłem – będę miał to w karcie! Tyle że zrobiłem go po swojemu. Czyli po Aleksandrymu. Bo to właśnie moja żona ma ostateczne słowo w kuchni. Jak powie: „Mmm, dobre” – to wchodzi do menu. Jak powie: „Fuj, zabierz to” – to nawet pies sąsiada tego nie dostanie.

I tak oto powstał nasz Pad Thai, który smakuje jak Pad Thai… tylko że inny. No i zaczęło się. Kilkaset osób zjadło, część pokochała – klepali mnie po plecach tak, że mam siniaki większe niż bokser po walce. Ale znalazła się też garstka, która wystawiła mi na Google jedynkę, bo „to nie jest Pad Thai, jaki jedli w Bangkoku o czwartej rano, siedząc na plastikowym krześle i popijając piwo Chang”.

Wiecie co? W takich chwilach przypominam sobie historię Juliusa Maggi. Tak, tego od Maggi w butelce. Gość w XIX wieku wymyślił przyprawę w płynie, bo robotnicy nie mieli czasu gotować. Na początku wszyscy mówili: „Fuj, co to za chemia!”. A dziś? Stoi w każdej polskiej kuchni obok soli i Vegety. Albo Ferran Adrià – facet, który serwował piankę z oliwy w kieliszku i kazał jeść ją łyżeczką jak deser. Na początku ludzie stukali się w czoło, a potem El Bulli stało się najsłynniejszą restauracją świata.

Wniosek? Pionierzy zawsze dostają po głowie. Najpierw krytyka, potem zachwyty. Najpierw „co to za dziadostwo”, a potem „geniusz”.

A u mnie? No cóż, część ludzi wyjdzie zachwycona i powie: „To było lepsze niż u Jamie’ego Olivera!”. Inni powiedzą: „To było gorsze niż rosół bez soli”. I napiszą opinię w Google, jakby ratowali świat przed moim Pad Thaiem.

Ale czy naprawdę chodzi o to, żeby wszystko smakowało „jak w podręczniku”? Czy nie lepiej, żeby jedzenie po prostu sprawiało radość?

Bo inaczej skończymy jak Leonardo da Vinci. Gość przez pół życia malował, kombinował, wymyślał, a docenili go dopiero po śmierci. A ja nie mam ochoty czekać aż mnie ludzie polubią, kiedy już mnie nie będzie – bo wtedy nie będę miał komu zaserwować pierogów z owocami morza.

Więc, mordeczki moje, zanim wystawicie komuś jedynkę w internecie, pomyślcie: może właśnie to dziwne danie za kilka lat będzie kulinarnym Picasssem? A Wy będziecie mogli mówić: „Jadłem to, zanim było modne!”.

Komar Culex dzięki za dobre słowo pod jednym z poprzednich wpisów :) My wariaci musimy się trzymać razem :)

Adres

Chrobrego 9 D
Ostróda Gmina
14-100

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Mariusz Kuś, Kuśnia Smaków umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Mariusz Kuś, Kuśnia Smaków:

Udostępnij