14/05/2026
Fotorelacja z motowyprawy do Dakaru 2026 – dzień 1-3.
Ten wyjazd planowałem wiele miesięcy wcześniej. Nie było to specjalnie trudne ponieważ to miał być już piąty wyjazd w ten region. Nie byłbym sobą gdybym czegoś nie zmienił w programie. Sprzyjały temu doświadczenia z poprzednich wypraw. Tym razem postanowiłem ruszyć do Afryki Zachodniej w marcu. Z założenia dzień dłuższy i lepsza pogoda zwłaszcza na północy Maroka. W 17 dni mieliśmy pokonać około 7300 kilometrów. Tradycyjnie start w hiszpańskiej Maladze, a meta za Dakarem. Ekipa to 10 osób i ja jako przewodnik. W składzie pojawiła się białogłowa co mnie zawsze cieszy gdyż kobiety łagodzą obyczaje. Motocykle wcześniejszym transportem dojechały do stolicy Costa del Sol. Uczestnicy przylecieli samolotem w sobotę. To pozwoliło na spokojnie odebrać z magazynu motocykle wraz z bagażami. Tyle technikalii.
Dzień 1 – Malaga-Casablanca (niedziela).
Wszystko rozpoczęło się o 7 rano w niedzielę, kiedy to jeszcze w egipskich ciemnościach ruszyliśmy w stronę portu w Algeciras. Czemu tak rano? Prom zgodnie z rozkładem odpływał o 10, a my mieliśmy 140 km do pokonania. Na szczęście trasa mimo chłodu rekompensowała nam te niewygody. Wybrałem darmową autostradę A7, która wiedzie w części nad samym wybrzeżem morza Śródziemnego. Były momenty gdy mogliśmy podziwiać w oddali ledwo widoczny czarny ląd. Do portu dojechaliśmy koło 10. Mieliśmy już kwity z rezerwacjami biletów na prom. To spowodowało, że w kasie nie zmarnowaliśmy zbyt wiele czasu. W kolejce na prom ustawiliśmy się pół godziny przed czasem. Czas szybko minął gdyż wszyscy bez wyjątku byli podekscytowani faktem, że za kila godzin będą stąpać po czarnym lądzie. Oczywiście nie obyło się bez obsuwy. Prom wypłynął z ponad godzinnym opóźnieniem. To był przedsmak tego co nas będzie czekało w Afryce, gdyż czas tam ma inne znaczenie. Na przejściu granicznym po stronie marokańskiej kolejna obsuwa. Awaria systemu komputerowego spowodowała, że wyjechaliśmy z portu dwie godzinny później niż zakładałem. To oznaczało jedno – dojazd do miejsca noclegowego po zmroku. Nie lubię tego ponieważ nie jest to ani miłe ani bezpieczne. Zwłaszcza po tak długim dniu. Za bramkami wymieniliśmy jeszcze walutę i co niektórzy zakupili karty SIM. Do Casablanki mieliśmy 380 km. Jedynym plusem w tym przypadku był fakt, że cała trasa wiodła autostradą. Generalnie nuda ale północne Maroko zwłaszcza te zachodnie nie oferuje nic ciekawego. Dwa tankowania, szybki lunch w fastfoodzie i po 20 byliśmy w hotelu. To był długi i męczony dzień bez żadnych atrakcji. Pokonaliśmy 520 km.
Dzień 2 – Casablanca-Tiznit (poniedziałek).
Po śniadaniu ruszyliśmy na południe. Wyjazd o 9 okazał się dosyć łatwy z tego największego miasta Maroka. Powodem była bliskość autostrady. Niestety w tym dniu ścigaliśmy się z deszczowymi chmurami. Chłód też nie pomagał. To było dość nieoczywiste jak na tą porę roku. Aby dostać się na południe trzeba było przeciąć pasmo gór Atlasu. Po drugiej jego stronie wreszcie wyszło słońce i temperatura wzrosła. Przed Agadirem przy okazji tankowania zjedliśmy lunch, zrzuciliśmy deszczówki i wjechaliśmy na drogi lokalne. Tu już trzeba bardziej się pilnować. marokańczycy jeżdżą lepiej niż mauretańczycy ale nie tak jak europejczycy. Z tego powodu oczy trzeba mieć dookoła głowy. Nasze szczęście pogodowe nie trwało zbyt długo. Po kilkudziesięciu kilometrach znów uciekaliśmy przed deszczem. Po przejechaniu 530 km, około 17 byliśmy w hotelu. Tu spotkaliśmy się z Tomkiem, który dojechał tu samotnie ze wchodniego Maroka. Po odświeżeniu wyskoczyliśmy coś zjeść. I w tym momencie pojawiło się pierwszy raz hasło „ramadan”. To był szok. Wszystko zamknięte. Po lekturze internetu na temat obcej nam wiary wyjaśniło się, że będziemy mogli coś zjeść po ostatniej modlitwie czyli po 20.30. Tak też się stało. Szybka kolacja, pierwszy tadzin i koło 22 byliśmy już w łóżkach.
Dzień 3 – Tiznit- Al Ujun (wtorek).
Po dość skromnym śniadaniu około 9 ruszyliśmy dalej. Tu zaczęły pojawiać się niekończące pustkowia. Królowały wszystkie odcienie piasku. Z każdym kilometrem roślinności było coraz mniej. Pierwszy postój przewidziałem po pokonaniu 220 km w miejscowości Tan Tan. Tam na rogatkach tego miasta, podróżników witają dwa potężne posągi wielbłądów. Ponieważ ten dzień różnił się od poprzedniego w zasadzie tylko większymi opadami to po dojechaniu do tej miejscowości, odpuściliśmy pamiątkowe fotki. Zdecydowaliśmy zrobić je na tzw. powrocie. Kolejny przystanek to Diabelska Dziura, znana po francusku jako Trou du Diable. To niezwykłe zjawisko naturalne, położone w nadmorskim regionie Akhfennir w Maroku. Ta unikalna formacja geologiczna charakteryzuje się majestatycznymi klifami i urzekającymi widokami na okoliczny krajobraz. Miejsce to cieszy się popularnością wśród podróżników spragnionych przygód i miłośników natury, którzy pragną odkrywać jego surowy teren i zapierające dech w piersiach krajobrazy. Turyści często przyjeżdżają, aby podziwiać surowe piękno okolicy, która łączy w sobie naturalne formacje skalne i mieniące się w pobliżu wody. Jej odległe położenie sprawia, że jest to idealne miejsce dla osób pragnących uciec od zgiełku miasta. Po krótkim odpoczynku, kilku fotkach postanowiliśmy ruszyć dalej. Po drodze przejechaliśmy przez Tarfaje - portowe miasto i skierowaliśmy się na podrzędną drogę wiodącą wzdłuż wybrzeża. Szukaliśmy wraku statku. Nie wiem co się stało ale nie mogłem go znaleźć. Po pokonaniu 560 km, około godziny 18 dotarliśmy do Al Ujun, czyli stolicy prowincji Sahary Zachodniej, która jest pod protektoratem Maroka. Ponieważ prognozy zapowiadały deszcz postanowiliśmy zrezygnować z campingu na rzecz apartamentów na obrzeżach miasta. Dzięki temu przejechaliśmy przez centrum. Okazało się to bardzo duże i bogate miasto. Czystość była nienaturalna w tym regionie. Wieczorem po modlitwie zjedliśmy kolację w lokalnej knajpce. Kurczak z rożna okazał się hitem. Dłużej nie szwędaliśmy się. Było dosyć chłodno. Po wieczornym drinku w jednym z pokoi udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.
CDN ...
JG Sport
Apduro - Motorcycle Cases
Double Take Mirror Europe
Desertfox Polska
Enduristan