15/04/2026
Dom jest tam, gdzie zaparkujesz (i gdzie dają jeść!)
Piątek: Operacja „Wolność”
Zaczęliśmy od klasyki: kamper - Kcperek - tak przypadkiem żoneczka go ochrzciła- spakowany, lodówka pełna, humory są. Piątkowa pyszna kolacja u znajomych połączona z biznesem i śniadaniem.
Sobota: Ptasie radio i lody dla ochłody
Skoro świt (czyli jak już kawa zaczęła działać) wbiliśmy do Przemkowskiego Parku Krajobrazowego. Plan był prosty: my patrzymy na ptaszki, ptaszki patrzą na nas. Wynik? One latały, my podziwialiśmy, pełna kultura.
Potem szybka teleportacja do Żagania. Kepler pewnie wyliczał tu orbity planet, a my wyliczaliśmy, ile kulek lodów zmieści się w wafelku. Po zjedzeniu „paliwa” ruszyliśmy do Parku Mużakowskiego. UNESCO, zabytki, widoki jak z pocztówki... ale gdy tylko poczuliśmy zew lasu, uciekliśmy na dziko! Romantyczna kolacja na leśnym parkingu miała tylko jednego minusa: za szybko się skończyła.
Niedziela: Beton, bunkry i... wielki finał
Niedzielne śniadanko pod chmurką weszło jak złoto. Potem zmiana klimatu na „twardy reset” – MRU. Zwiedziliśmy górę, zwiedziliśmy dół, betonu starczyłoby na obdzielenie pół województwa. Odwiedziliśmy też Lubrzę, żeby sprawdzić, czy tam coś zostało z moich wspomnień.
Powrót do bazy
Późnym popołudniem kamper grzecznie zaparkował pod domem. A tam? Czekał na nas cel ostateczny każdej wyprawy, Święty Graal niedzielnych obiadów – rosołek Mamy Gieni. Poziom endorfin wystrzelił poza skalę! Takie spontany trzeba powtarzać!