24/07/2026
Nasz ostatni wyjazd to był jakiś Kosmos.
Najpierw nie wiedziałam, co Wam napisać, żeby oddać magię miejsca. A potem już nie mogłam się zatrzymać. Będzie strasznie długi wpis.
ISLANDIA.
Są takie miejsca, które zachwycają zdjęciami. I są takie, które na żywo odbierają mowę. Islandia zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
Już sam lot do Keflaviku robi wrażenie, a gdzie tu reszta. Po "drodze" cudnie zielona Norwegia, fiordy jak na dłoni. Dwie godziny później nagle widzisz Go. Przepotężny i iście lśniący w słońcu: lodowiec Vatnajökull. Dobrze, że w wizzair kolana mam blisko brody, to szczęka nie opada zbyt nisko.
Lądujemy w totalnej mgle. Mamy może z 50 metrów do ziemi i nagle wyłania się krajobraz surowy i pusty, a wraz z nim pojawia się ekscytacja, że przez najbliższe dni będziemy odkrywać jedną z najbardziej niezwykłych wysp świata.
Pierwszy dzień to taki rozruch. Tym bardziej, że grupa warszawska doleciała do nas z trzygodzinnym opóźnieniem. A i leje, jak z cebra, więc wieczór spędzamy na integracji.
Na wstępie trzeba wspomnieć o pogodzie. Nieobliczalna i wszechmocna. I to ona rządzi, a my grzecznie jesteśmy jej podporządkowani. O czym przekonaliśmy się kolejnego dnia. Jeszcze nasza stopa dobrze nie stanęła na ziemi islandzkiej, a już program trzeba przeorganizować.
Zamiast w naturę uciekamy do miasta. Zwiedzimy Reykjavik - najdalej wysuniętą na północ stolicę świata. Dziwi nas niska zabudowa, wszechobecna nowoczesność i zapach siarki unoszący się przy Harpie (centrum muzyczno-kongresowym).
Popołudniu jakby się chciało przejaśnić. Ale okazuje się, że tylko w naszych głowach, bo na zewnątrz to raczej nie. Jednak decydujemy, że szkoda marnować czas i ruszamy w trasę... Pola lawy i opuszczone miasteczko Grindavik z historią ostatnich erupcji w tej aurze wyglądają mrocznie i złowieszczo. Nad jeziorem Kleifarvatn, a potem w słynnej niecce skalnej Brimketill wiatr uderza i odbiera oddech. Z mozołem docieramy do Seltún - to widowiskowe i bulgoczące tajemniczym życiem pole geotermalne, położone w obszarze wulkanicznym Krýsuvík. To jedno z najbardziej kolorowych miejsc na Islandii, przypominające krajobraz z innej planety, gdzie z bliska można zobaczyć potężną energię drzemiącą pod powierzchnią ziemi. Była też słynna Blue Lagoon - jedni się w niej relaksowali, inni obeszli ją wzdłuż i wszerz, polując na najlepsze foto kadry. Wieczór, jak to mamy w zwyczaju... integracja. Długa... bo noc jasna, czyli jakby cały czas dzień. No a kto będzie kładł się spać w dzień. Nadal leje i wieje.
Dzień trzeci. Prócz cudnych widoków mamy cel. Poszukać słońca i nadzwyczaj pięknego symbolu Islandii - maskonurów. Słońca, jak nie było, tak nie ma, ale za to maskonury w ilościach aż nadto zadawalających. Stoją dumne, trochę śmieszne i pozują, jak rasowe modelki. Cudowne. I my stoimy, jak takie wariaty... godzinę, dwie... marzną nam palce od robienia zdjęć. Oderwać się od nich nie idzie. Nasz przewodnik - Michał - zapalony fotograf, też nas wcale nie pogania, a sam leży w trawie i gada z ptaszorami. Tacy trochę otumanieni emocjami ruszamy na czarną plażę Reynisfjera. Serio, taką z czarnym piaskiem - to pył wulkaniczny z rozdrobnionymi pobliskimi skałami. Krajobraz black & white. Przedziwne uczucie.
Kolejny punkt programu to lodowiec Sólheimajökull. Teraz już wiem, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc na Islandii. Nieopisane emocje. Błękitny lód pokryty drobinkami pyłu z pobliskiego wulkanu po erupcji w 2010 r. Magia. I nie leje.
Prawie bym zapomniała... powiedzmy, że po drodze korzystamy z genialnej atrakcji. Nieczynnego basenu geotermalnego. Woda taka bardziej cieplutka zupka, niż gorąca. Co i tak sprawia przyjemność. Kąpiel w towarzystwie bujnej zieleni, przynajmniej w stu odcieniach? Bezcenna chwila.
Wieczór przynosi kolejne emocje. Zaczynamy rozdział pod tytułem: wodospady. Są trzy. Pierwszy Skógafoss zachwyca potęgą. Jest wysoki i szeroki. Foto-przewodnik Michał pstryka zdjęcia, próbuje przebić się przez huk wody, krzyczy: "zrób coś szalonego!!". No jasne, jakby nie starczało mu, że stoję po kolana w rzece, leje się na mnie woda jak z prysznica, twarz mam zniekształconą od zimna, a "Temu" mało szaleństwa. Kiedy ja już nie mam siły nawet podskoczyć od naporu wody. Czekam na to "szalone zdjęcie" z niecierpliwością.
Drugi wodospad to Seljalandsfoss - obrazek jak z National Geographic... wodospad, słońce, tęcza, jakieś żółte kwiatki i możliwość obejścia kaskady dookoła. I znowu jesteśmy mokrzy. Jest super.
Ostatni jest Gljúfrabúi. Ukryty klejnot Islandii. W całości skrywa się wewnątrz pionowej, wąskiej szczeliny skalnej. Aby go zobaczyć trzeba wejść do wnętrza jaskini, stąpając po kamieniach wprost przez płynący strumień. W środku czeka Cię miks doznań: huk wody, potężny pył wodny i widok otwierającego się nad głową nieba. Co za miejsce!
Do hotelu wróciliśmy o godz. 02.00. Jest jasno. Część ekipy nie może spać, to idziemy na spacer. Trochę zagubieni pomiędzy nocą a dniem kontynuujemy przygodę życia. To będzie dzień czwarty.
Czy ja Was zaskoczę, jak powiem, że leje i wieje? Nikt już nie zwraca na to uwagi. Dobieramy kolejną warstwę odzieży, w pogotowiu trzymamy suche. Dochodzimy do takiej wprawy, że przebieramy się w locie.
Dziś przemierzymy trasę tzw. Złotego Kręgu. Zaczniemy kraterem Kerið wypełnionego wodą w odcieniu, którego nie odda żadne zdjęcie. No i wreszcie gejzery. Na to czekaliśmy. Oto i On. Wybucha co około 7 minut. Ręce mdleją od trzymania telefonów, żeby nie przegapić tego magicznego momentu. Jeeeeeest ! Kipi pod samo niebo. Wow. Coś pięknego. Na trasie mamy jeszcze wodospad Gullfoss - przeogromny, kilkukaskadowy. Znowu jesteśmy mokrzy. Za dużo tu ludzi, więc szybko znikamy. Brzuszki głodne, to brzuszki marudne, więc zaglądamy na ekologiczną farmę, najpierw do szklarni z pomidorkami na zupkę i piwo (piwo było też z pomidorków), a potem do szczęśliwych krów na farmę skyru. Rozleniwieni i słodko najedzeni, na zaproszenie Michała pojechaliśmy na islandzkie letnisko, takie działkowe RODOS. Był mecz, był telewizor, był grill i była sauna. Więc wiadomo - ekipa zachwycona. Te, które nie wydeptały dziś odpowiedniej ilości kroków, wiadomo poszły w plener.
Jest północ, a my jeszcze na zwiedzaniu... przyglądamy się miejscu, gdzie fantastycznie widać uskok płyt tektonicznych. Symboliczne miejsce, gdzie spotykają się dwa kontynenty: Europa i Ameryka Północna. Nie ma żywego ducha. Atrakcja jest tylko dla nas.
Powrót do hotelu ? Późne godziny nocne. Albo dzienne, jak zwykle nikt nie wie, która godzina.
Dzień ostatni. Tak, tak już zbliżam się do końca.
Żegnamy się z Islandią ostatnim plenerem. Zmierzamy do zabytkowego kościółka na odludziu Strandarkirkja. To podobno święte miejsce rybaków i marynarzy. Tego nie wiem, ale na pewno jest ciche i wyjątkowo urokliwe. Leżymy na łubinowej łące i patrzymy w niebo. A obok foki odstawiają swoje wodne harce. Moment nie do opisania.
Zwieńczeniem naszej przygody był trekking. Ale nie byle jaki. Wędrujemy długie kilometry. Ciągną się niemiłosiernie, obiecując nagrodę. Oby, bo jeśli nie to już czuję, że mi się od ekipy oberwie. I na całe szczęście... jest. Rzeka. Parująca. Chyba nawet gorąca. Jest nagroda. Wskakujemy! Co tu pisać... brak słów. Doświadczenie nieziemskie. Kąpiel w gorącej rzece.
Podsumowując:
To był wyjazd pełen śmiechu, zachwytów, wspólnych rozmów i momentów, kiedy wszyscy milkliśmy, bo natura mówiła za nas. Dziękujemy całej naszej grupie za fantastyczną atmosferę. To właśnie Wy sprawiacie, że każda wyprawa z Plecak czy Walizka? staje się czymś znacznie więcej niż tylko podróżą. A te nasze niezapomniane przeżycia były cudownym dopełnieniem przygody.
Czy byliście kiedyś tak zakochani, że aż wszystko boli? Bo ja właśnie tak mam po powrocie z Islandii. 💙🇮🇸 I już planuję powroty. Nie jeden raz. A kilka i kilka.
Kto ma ochotę na więcej zdjęć, serdecznie zapraszam na Insta. Znajdziecie je w zapisanych relacjach. A kto ma chęć przeżyć przygodę życia to gorąco zachęcam do dołączenia do naszej zimowo sylwestrowej wyprawy do krainy ognia i lodu.
szczegóły tutaj:
https://www.plecakczywalizka.com.pl/wyjazdy-grupowe-2026-12-29-islandia-sylwester/