20/07/2026
Jak miło się czyta taką relację od klienta... i jeszcze te zdjęcia😍
"Wyprawa nad Giman – tam, gdzie czas płynie razem z rzeką"
Są takie miejsca, które jeżeli raz się odwiedziło, nie pozwalają o sobie zapomnieć. Taki właśnie był Giman w moim przypadku. Pierwszy raz trafiłem tam gdy pojechaliśmy z moim synem Mieszkiem do Bracke na szczupaki. Młody miał wtedy 6 lat. Skakał po głazach jak kozica górska ale jeszcze miał problem, żeby trafić przynętą w to mokre. Pięknie wtedy połowiliśmy pstrągów, chociaż nie trafiliśmy naprawdę grubej sztuki. Postanowiłem, że kiedyś muszę tam wrócić z założeniem dobrania się do tych największych ryb. Tak też powstał pomysł na nasz tegoroczny wyjazd pstrągowy Giman 2026. Wyjazd, który pewnie by się nie udał, bez pomocy Tomka z Eventour.
W czteroosobowym składzie – ja, mój syn Mieszko, Mariusz i Grzegorz – wyruszyliśmy do środkowej Szwecji w poszukiwaniu przygody, pięknych ryb i chwili wytchnienia od codziennego pośpiechu.
Znaleźliśmy znacznie więcej...
Już od pierwszego dnia Giman zachwycił nas swoją dziką urodą i ilością ryb tam żyjących. Rzeka płynęła przez rozległe lasy, meandrując pomiędzy skałami i zielonymi brzegami niczym srebrna wstęga. Łączy między sobą większe i mniejsze jeziora. Krystalicznie czysta woda pozwalała dostrzec kamieniste dno nawet w głębszych partiach nurtu. Wokół panowała niemal całkowita cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków, szumem wody i od czasu do czasu dźwiękiem hamulca kołowrotka.
Każdy dzień przynosił nowe emocje. Lipienie walczyły w nurcie z niezwykłą elegancją, pokazując swoje piękne grzbietowe płetwy. Szczupaki regularnie przypominały nam, że w tych wodach rządzą prawdziwi drapieżcy. Nie brakowało również walecznych okoni, które atakowały przynęty z ogromną zaciekłością. Jednak tym co nas naprawdę zaskoczyło były ogromne jazie, które nierzadko przekraczały 50 cm długości. Jazie, których się tutaj nie spodziewaliśmy.
Prawdziwą kulminacją naszego wyjazdu były spotkania z ogromnymi pstrągami, które najczęściej rozginały haki albo się spinały, po akrobatycznych saltach oraz gejzerach wody w powietrzu. Czasami obierały kierunek w dół wodospadu, gdzie były nie do zatrzymania i kończyło się to przecięciem plecionki o skały. Silne, dzikie, przebiegłe…
Pewnego wieczoru, gdy słońce jedynie muskało horyzont, schowane za linią lasu, dotarłem z Mieszkiem do podstawy dość dużego wodospadu. Woda z ogromną siłą leciała w dół po skałach i głazach tworząc na końcu szeroką wstęgę białej napowietrzonej piany. Poniżej tego bełtu znajdowała się głęboka dziura. To właśnie tutaj nastąpiło długo wyczekiwane branie ogromnego pstrąga. Ryba od pierwszych sekund pokazała swoją klasę. Mocne odjazdy i walka w nurcie. Nie dawała się podciągnąć i cały czas trzymała się głębokiej wody. Hałas wodospadu przeszył tylko jeden krzyk: „Mieszkoooo, mam kabana!!!!”. Kiedy w końcu na powierzchni ukazał się zarys ryby, nie wierzyłem własnym oczom. Była ogromna. W głowie miałem tylko jedną myśl: „…tylko z dala od skał i głazów”. Na szczęście udało mi się zmęczyć rybę na głębokiej i bezpiecznej wodzie. Wędka Solumn RS do 21g, super się tutaj spisała. Amortyzowała szaleńcze odjazdy i miała wystarczającą moc do kontroli nad rybą, gdy ta próbowała odejść poza obszar w którym chciałem z nią walczyć.
Gdy ryba wylądowała w podbieraku, nie mogłem uwierzyć w to co się właśnie stało. Ten piękny, silny i ogromny pstrąg jest moją nową życiówką. To nagroda za dziesiątki kilometrów w nogach, po skałach, głazach i krzakach w tym odludziu, tak daleko od domu.
Pstrąg miał długość 70 centymetrów. To było dokładnie to, po co tutaj przyjechałem. Plan zrealizowany w 100%.
Ale nawet ten imponujący pstrąg nie był jedynym bohaterem naszego wyjazdu. Równie ważne były wspólne chwile spędzone nad wodą. Mieszko dziesiątkował nas w szczupakach. Mariusz i Grzegorz, jak zawsze, dostarczali świetnego humoru i niezliczonych historii, które przy wieczornych rozmowach nabierały jeszcze większego kolorytu.
Niezapomnianym elementem tej wyprawy były również szwedzkie białe noce. Trudno opisać słowami widok rzeki skąpanej w miękkim, złotym świetle o północy. Nie było ciemności, była jedynie długa, spokojna chwila pomiędzy dniem a dniem. W takich momentach siedzieliśmy nad wodą, patrząc na leniwie płynącą rzekę i czując, jak z każdym dniem odpoczywa nie ciało, ale nasza głowa.
Giman okazała się miejscem niezwykłym, malowniczy i absolutnie dzikim. Miejscem, gdzie człowiek przypomina sobie, jak piękna potrafi być natura i jak niewiele potrzeba do szczęścia: dobre towarzystwo, szum rzeki, wędka w dłoni i świadomość, że nigdzie nie trzeba się spieszyć.
Wróciliśmy do domu bogatsi o piękne zdjęcia i setki wspomnień. Jednak najcenniejsze było poczucie, że przez kilka dni mogliśmy być częścią tego niezwykłego świata nad Giman – świata ciszy, przyrody i wielkich ryb. Jeżeli szukacie takich miejsc dla siebie… to może Giman jest właśnie tą rzeką którą warto odwiedzić w przyszłości?
Pozdrowienia dla całej ekipy Eventur.
Marcin i Mieszko Marciniak