Simon Sees

Simon Sees Obserwuję. Trochę mówię. Wycieczki po Krakowie dla dużych i małych, i dla Ciebie :)
601 781 638 - zadzwoń!

U stóp Kazimierza Wielkiego w katedrze wawelskiej leży lew. Ze wzorową sumiennością wykonuje swoje obowiązki: pozwala, b...
14/08/2026

U stóp Kazimierza Wielkiego w katedrze wawelskiej leży lew. Ze wzorową sumiennością wykonuje swoje obowiązki: pozwala, by królewskie trzewiki spoczywały na jego grzbiecie, i patrzy, jak kolejne pokolenia historyków sztuki próbują ustalić, czym właściwie się zajmuje.

Nagrobek Kazimierza Wielkiego powstał po śmierci monarchy, zapewne około 1370 roku,. Jest najstarszym zachowanym w Polsce nagrobkiem baldachimowym i jednym z nielicznych średniowiecznych pomników tego rodzaju w Europie, które zachowały swoją zasadniczą formę.

Król został ukazany w pełnym majestacie, w koronie i ceremonialnych szatach, pod architektonicznym baldachimem wspartym na smukłych kolumnach. Głowa monarchy spoczywa na poduszce, a stopy – na grzbiecie lwa.

Na średniowiecznych nagrobkach zwierzęta często umieszczano pod stopami zmarłych, ale nie każde z nich oznaczało pokonanego przeciwnika. Psy mogły symbolizować wierność, a lwy – siłę, odwagę, czujność oraz wysoką godność zmarłego. Król zwierząt znakomicie nadawał się więc do podkreślenia majestatu króla ludzi.

W chrześcijańskiej symbolice lew wiązał się również z Chrystusem i zmartwychwstaniem. Według „Fizjologa” młode lwa miały rodzić się martwe, a trzeciego dnia ojciec przywracał je do życia swoim tchnieniem lub rykiem. Lew u stóp zmarłego monarchy mógł zatem pełnić funkcję strażnika i przypominać o nadziei na życie wieczne.

Jest bowiem pewien problem: średniowieczne symbole rzadko zachowują się jak współczesne znaki drogowe. Ich znaczenie zależało od miejsca, tradycji, sąsiednich przedstawień i osoby zmarłego. Lew pod stopami Kazimierza może zatem jednocześnie podkreślać jego status, odwagę, cnoty władcy, funkcję strażnika oraz chrześcijańską nadzieję. Próba wybrania jednej odpowiedzi przypomina pytanie, czy korona jest biżuterią, symbolem państwa, czy powodem bólu głowy. Odpowiedź na wszystkie trzy pytania brzmi: tak.

Lew współtworzy również wizualną hierarchię nagrobka. Król znajduje się ponad nim, lecz zwierzę nie jest upokorzone tak jak smok pod stopami Jagiełły. Nie wije się, nie walczy i nie próbuje ugryźć królewskiego trzewika. Leży spokojnie, zwrócone ku widzowi, i podtrzymuje nogi monarchy. To raczej relacja służby, bliskości i ochrony niż przedstawienie triumfu nad pokonanym przeciwnikiem.
Można powiedzieć, że lew stanowi najniższy szczebel królewskiego majestatu. Brzmi to nieco niegodnie, dopóki nie przypomnimy sobie, że większość ludzi nie może liczyć na to, że po śmierci ich grobowiec zostanie nakryty gotyckim baldachimem, a średniowieczny artysta wyrzeźbi u ich stóp lwa. Najwyżej pozostaje wazon i chryzantemy, też złociste, jak lwia grzywa.

Ostatnie miejsce spoczynku Kazimierza Wielkiego będzie ostatnim przystankiem spaceru „Sawanna w Krakowie”, na który raz jeszcze zapraszam.

Terminy: 15 i 16 sierpnia 2026 roku, godz. 11.00.

Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Nagrobek Władysława Jagiełły w katedrze wawelskiej jest królewskim pomnikiem, politycznym manifestem i kamiennym bestiar...
13/08/2026

Nagrobek Władysława Jagiełły w katedrze wawelskiej jest królewskim pomnikiem, politycznym manifestem i kamiennym bestiariuszem. Mamy tutaj bowiem dwa lwy, smoka, cztery psy i cztery ptaki myśliwskie.

Nagrobek powstał przed 1431 rokiem, najprawdopodobniej jeszcze za życia Jagiełły. Gotycką tumbę oraz figurę monarchy wykonano z czerwonego marmuru węgierskiego. Nie znamy nazwiska twórcy, a badacze od dziesięcioleci spierają się o pochodzenie jego warsztatu. Proponowano między innymi Toskanię, Lombardię, Burgundię i Europę Środkową. Rozstrzał jak widać duży. Zabytek nie zamierza jednak ułatwiać pracy historykom sztuki i konsekwentnie odmawia podpisania się nazwiskiem autora, co w sumie koniec końców chyba działa na ich korzyść.

Najbardziej niezwykłe – dla nas oczywiście – są dwa lwy przy wezgłowiu króla. Na średniowiecznych nagrobkach pojedynczy lew często znajdował się pod stopami postaci. Mógł podkreślać jego odwagę, siłę, wysoki status albo zwycięstwo nad złem. Znaczenie zawsze zależało jednak od całego programu pomnika.
Jagiełło otrzymał nie jednego, lecz dwa lwy, i to umieszczone przy głowie.

Lwy podtrzymują ozdobną poduszkę, na której spoczywa głowa monarchy. Zajęły miejsce przeznaczane zazwyczaj dla aniołów albo ludzkich postaci podtrzymujących poduszkę. Bezapelacyjnie awansowały więc z roli podnóżka, do której przywykli ich krewniacy na innych nagrobkach.

Co oznaczają? Najbardziej oczywista odpowiedź prowadzi do symboliki królewskiej. Lew był uważany za króla zwierząt, dlatego doskonale nadawał się do podkreślania majestatu, odwagi i sprawiedliwości ludzkiego władcy. Dwa drapieżniki nie leżą jednak pod stopami Jagiełły, lecz dosłownie wspierają jego głowę – siedzibę rozumu, woli i królewskiej mądrości. Mogły zatem przedstawiać nie tylko siłę fizyczną, ale również cechy dobrego i sprawiedliwego monarchy.

W tradycji chrześcijańskiej lew wiązał się również z Chrystusem i zmartwychwstaniem. Według „Fizjologa” lew przywracał życie swoim młodym trzeciego dnia po ich narodzinach. Dwa drapieżniki przy głowie zmarłego monarchy mogły więc nie tylko strzec jego snu, lecz także przypominać o nadziei na życie wieczne.

Nieco światła może rzucić kontekst pozostałych zwierząt. Pod stopami Jagiełły wije się smok. Król dosłownie go depcze, przywołując biblijny obraz zwycięstwa nad złem. W Psalmie 91. czytamy: „Będziesz stąpał po wężach i żmijach, a lwa i smoka podepczesz”. W takim ujęciu władca jawi się jako chrześcijanin, który pokonał grzech, śmierć i siły zła. Smok mógł również przywoływać zwycięstwo nad pogaństwem i rolę Jagiełły w chrystianizacji Litwy.

Jeszcze niżej, na cokole tumby, znajdują się cztery psy i cztery ptaki myśliwskie. Ptaki najczęściej uznaje się za sokoły, choć niektórzy badacze widzieli w nich orły. Psy i sokoły mogą przypominać o wielkiej pasji łowieckiej Jagiełły. Polowanie nie było wówczas zwykłym sposobem spędzania wolnego czasu. Stanowiło przywilej monarchy i arystokracji, ćwiczenie rycerskiej sprawności oraz demonstrację władzy.

Marek Walczak zaproponował, aby cały zespół odczytywać jako program przedstawiający Jagiełłę jako władcę państwa i pana natury. Król znajduje się ponad dzikimi i oswojonymi zwierzętami, podobnie jak ponad herbami ziem swojego państwa. Ewa Śnieżyńska-Stolot zwróciła jednak uwagę, że pojęcie „panowania nad naturą” może zbyt mocno odzwierciedlać sposób myślenia późniejszych epok. Dla człowieka średniowiecza przyroda była częścią ustanowionego przez Boga porządku stworzenia - kosmosu, a nie wyłącznie dzikim światem czekającym na podporządkowanie.

Psy i ptaki doczekały się również interpretacji religijnych. Ptaki mogły symbolizować dusze wznoszące się ku Bogu, natomiast psy – grzech, diabła albo niebezpieczeństwa czyhające na człowieka. Tadeusz Dobrowolski łączył ten motyw także z chrystianizacją Litwy. Z kolei Mieczysław Gębarowicz zastanawiał się, czy przedstawienie licznych zwierząt łowieckich nie zawiera delikatnej nagany, wygłaszanej między innymi przez Jana Długosza, pod adresem króla nadmiernie oddanego polowaniom. W średniowiecznej moralistyce nawet królewska pasja mogła bowiem wymagać urzędowego upomnienia.

Zwierzęta funkcjonują w otoczeniu rozbudowanego programu heraldycznego. Na dłuższych bokach tumby powtarzają się Orzeł Królestwa Polskiego i litewska Pogoń, którym towarzyszą herby ziemi dobrzyńskiej oraz Wielkopolski. Na krótszym boku przy głowie króla znajduje się Baranek Boży – herb ziemi wieluńskiej – a przy stopach wspięty lew oznaczający Ruś.

Tarcze na dłuższych bokach podtrzymują pary siedzących postaci. Przy Orle znajdują się dwaj biskupi: arcybiskup gnieźnieński, rozpoznawalny dzięki paliuszowi, oraz zapewne biskup krakowski. Pozostałe postaci to świeccy dostojnicy i dworzanie. Tradycyjnie określano ich jako żałobników albo płaczków, jednak część badaczy widzi w nich przedstawicieli rady królewskiej, dworu i politycznej wspólnoty państwa.

Ich gesty wyrażają rozpacz, modlitwę, zatroskanie i zawierzenie Bogu. Jeden ze świeckich dostojników zwraca się do arcybiskupa i unosi prawą rękę w geście argumentacji. Wygląda to tak, jakby śmierć króla uruchomiła nadzwyczajne posiedzenie państwa, a uczestnicy właśnie próbowali ustalić porządek obrad. Nie można wykluczyć, że gest został przejęty ze szkicownika rzeźbiarza, ale widoczna komunikacja między postaciami nadaje całej scenie wyjątkową żywość.

Lwy przy głowie nie są więc samotną dekoracją. Należą do opowieści o władcy, jego królestwie i porządku, który miał trwać mimo śmierci monarchy. Gdy ludzie opłakują króla, herby identyfikują ziemie, psy i ptaki czuwają u podstawy, a smok zostaje zdegradowany do podnóżka, lwy zachowują spokój zawodowych strażników. Ktoś musi pilnować ceremoniału.

Najuczciwiej powiedzieć, że zwierzęta nie mają jednego, raz na zawsze ustalonego znaczenia. Jednocześnie przemawiają językiem władzy, Biblii, polowania, moralności, pamięci o chrystianizacji i nadziei na zbawienie. Nie oznacza to jednak, że każda interpretacja jest równie prawdopodobna. Powinna wynikać z miejsca zwierzęcia na nagrobku, tradycji ikonograficznej oraz źródeł z epoki, a nie wyłącznie z pomysłowości badacza.

Król spoczywa ponad nimi, w centrum uporządkowanego świata. Lwy wspierają jego głowę, smok pozostaje pod stopami, a psy i ptaki czuwają niżej. Wszystko jest nieruchome poza interpretacją.

Nagrobek w całej krasie zobaczymy na własne oczy podczas finału spaceru „Sawanna w Krakowie”. Terminy: 15 i 16 sierpnia 2026 roku, godzina 11.00.

Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Mało kto pamięta, że smok nie był jedyną bestią mieszkającą niegdyś na Wawelu. Miał jednak tę przewagę, że był lokalsem,...
12/08/2026

Mało kto pamięta, że smok nie był jedyną bestią mieszkającą niegdyś na Wawelu. Miał jednak tę przewagę, że był lokalsem, zionął ogniem i posiadał jaskinię na wyłączność – nie, nie na wynajem. Lwy, bo oczywiście o nich będzie mowa, przybyły zaś z dalekiej zagranicy i od początku musiały zmagać się z krakowskim klimatem oraz poważną konkurencją ze strony miejscowego gada.

W 1406 roku rada miejska Florencji skierowała do Władysława Jagiełły list dotyczący przekazania mu dwóch żywych lwów – samca i samicy. Z dokumentu wynika, że polski monarcha już wcześniej zabiegał o zdobycie zwierząt za pośrednictwem swojego wysłannika. Początkowo starania nie przyniosły rezultatu, ale po zmianie składu florenckiej rady i kolejnych prośbach zgodzono się przekazać królowi lwa oraz lwicę.

Dar miał znaczenie dyplomatyczne i reprezentacyjne. Florencja od średniowiecza była szczególnie silnie związana z lwami. Heraldyczny Marzocco stanowił symbol miasta, jego niezależności i republikańskiej władzy. Przekazując żywe lwy polskiemu monarsze, Florentczycy ofiarowywali mu więc nie tylko egzotyczne zwierzęta, lecz także widzialny znak własnego prestiżu, bogactwa i przychylności.

W liście określano zwierzęta jako lwy florenckie, oswojone na tyle, na ile pozwalała na to ich natura. Trudno o bardziej dyplomatyczny sposób powiedzenia: „Są spokojne, ale jednak proszę nie wkładać ręki do klatki”. Florentczycy dołączyli także wskazówki dotyczące opieki nad drapieżnikami. Ostrzegali, że lwom nie służy północny chłód. Chłód? W Krakowie? Pierwsze słyszę. Zwierzęta powinny więc przebywać w ciepłym pomieszczeniu. Zakładano również, że lew i lwica będą się rozmnażać, dając początek miejscowej hodowli.

Nie wiemy jednak, czy para rzeczywiście wydała potomstwo. Sam list informuje o zgodzie na przekazanie zwierząt, ale nie pozwala dokładnie odtworzyć ich podróży, miejsca zakwaterowania ani długości życia. Transport lwa z Toskanii do Krakowa musiał być przedsięwzięciem skomplikowanym, kosztownym i niebezpiecznym. W przeciwieństwie do królewskich posłów zwierzęta nie mogły też złożyć skargi na jakość dróg i noclegów.

Królewska menażeria nie była ogrodem zoologicznym w dzisiejszym znaczeniu. Zwierząt nie utrzymywano dla celów edukacyjnych ani ochrony zagrożonych gatunków. Były żywymi znakami władzy. Posiadanie lwa – króla zwierząt – oswojonego na tyle na ile natura pozwalała, pokazywało, że monarcha potrafi zapanować także nad siłami natury. Lew był zatem ruchomym monumentem królewskiego majestatu, choć monumentem wymagającym znacznych ilości mięsa, odpowiednio mocnej klatki i bardzo ostrożnego sprzątania.

Pierwotnie lwy miały mieszkać w okolicy Lubranki, czyli dzisiejszej Baszty Senatorskiej. W XVI wieku egzotyczne zwierzęta trzymano zaś w zabudowaniach zwanych Rabsztynem, czyli wawelskim dworem Tęczyńskich znajdującym się za kuchniami królewskimi. W 1548 roku rezydencję kupił Zygmunt August. Już w następnym roku budynek spłonął podczas wielkiego pożaru dolnego zamku, a następnie został odbudowany w zmienionej formie.

Dokumenty informują ponadto, że właśnie w tej części wawelskiego wzgórza trzymano lwy oraz inne „zwierzęta zagraniczne”. Inwentarze z 1573 roku wspominają zabudowania ciągnące się „aż w kąt do lwów”, a także kratę i ganek, z którego można było przyglądać się zwierzętom. Lwy można było oglądać z przygotowanego do tego miejsca – oczywiście z bezpiecznej strony kraty, ponieważ nawet królewski majestat nie zapewniał odporności na ugryzienia. Rok później wawelskie lwy miały już własnego dozorcę. Źródła wspominają również o kolejnych zwierzętach sprowadzanych w czasach Stefana Batorego, między innymi o transporcie lwów w 1582 roku. Nie oznacza to, że jedna populacja przetrwała na Wawelu nieprzerwanie od czasów Jagiełły. Świadczy jednak, że zwyczaj utrzymywania egzotycznych drapieżników był przez kolejnych władców odnawiany i kontynuowany.

O nieżyjących już dzisiaj żywych lwach opowiem na żywo podczas spaceru „Sawanna w Krakowie”. Terminy: 15 i 16 sierpnia 2026 roku, godzina 11.00.
Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Przy ulicy Grodzkiej 32 znajduje się najstarsze zachowane godło krakowskiej kamienicy. Nazywa się „Podelwie”.Bywa datowa...
11/08/2026

Przy ulicy Grodzkiej 32 znajduje się najstarsze zachowane godło krakowskiej kamienicy. Nazywa się „Podelwie”.

Bywa datowane na XIV wiek, choć zazwyczaj jego powstanie przesuwa się na około 1431 rok, bo to wtedy po raz pierwszy pojawia się w źródłach nazwa domu związana z przedstawieniem lwa.

Kamienna rzeźba ukazuje dorosłego lwa pochylającego głowę nad dwoma małymi lwiątkami. Scena wygląda czule, niemal rodzinnie. Można byłoby uznać, że lew sprawdza, czy młode umyły łapy przed obiadem. Średniowieczny odbiorca mógł jednak zobaczyć tutaj historię znacznie bardziej dramatyczną.

Jej źródłem był „Fizjolog” – anonimowy wczesnochrześcijański traktat o zwierzętach. Nie miał on wiele wspólnego ze współczesnym podręcznikiem zoologii, chociaż o zwyczajach zwierząt wypowiadał się z imponującą pewnością siebie. Jego autor nie próbował jednak opisać przyrody zgodnie z dzisiejszymi wymaganiami naukowymi. Interesowało go przede wszystkim to, czego zwierzęta mogą nauczyć człowieka o Bogu, zbawieniu i ludzkiej moralności.

Według „Fizjologa” lwica rodziła martwe młode. Przez trzy dni pilnowała ich, aż przybywał ojciec. Lew pochylał się nad lwiątkami, a następnie tchnieniem albo potężnym rykiem przywracał je do życia. Wiemy oczywiście, że młode lwy rodzą się żywe, ale ślepe i bezradne. Oczy otwierają dopiero po kilku dniach. Być może właśnie obserwacja ich początkowej bezczynności stała się źródeł tej wyjątkowo kreatywnej propozycji.

Dla chrześcijańskiego odbiorcy legenda stanowiła czytelną alegorię zmartwychwstania. Trzy dni odpowiadały okresowi spoczywania Chrystusa w grobie. Dorosły lew oznaczał Boga Ojca, natomiast ożywione lwiątko – Chrystusa, który trzeciego dnia powstał z martwych. Kamienna scena nad wejściem nie była więc wyłącznie przedstawieniem opieki rodzicielskiej. Pokazywała moment zwycięstwa życia nad śmiercią.

Późniejsi autorzy proponowali także inne wyjaśnienie. Martwe lwiątka mogły oznaczać grzeszną duszę albo całą ludzkość pogrążoną w śmierci duchowej. Tym, który przywracał życie, stawał się wówczas sam Chrystus – jego łaska, słowo, a nawet wołanie z krzyża. Jedno niewielkie godło mogło zatem przypominać zarówno o zmartwychwstaniu Chrystusa, jak i o nadziei na zbawienie człowieka. Średniowiecze potrafiło zmieścić cały wykład teologiczny w miejscu, w którym my umieścilibyśmy numer lokalu.

Lew nad wejściem mógł również pełnić funkcję apotropaiczną, czyli ochronną. Od starożytności wizerunki lwów umieszczano przy bramach, świątyniach, pałacach i grobowcach. Groźna siła drapieżnika miała zostać symbolicznie ujarzmiona w kamieniu i skierowana przeciw wszystkiemu, co mogło zagrozić mieszkańcom.

Godło było więc jednocześnie strażnikiem domu, wykładem teologicznym oraz dawnym systemem identyfikacji adresowej. W czasach przed wprowadzeniem powszechnej numeracji pomagało rozpoznać konkretny budynek. Spotykano się pod lwem, orłem, baranem, jeleniem albo jednorożcem. Symbol był adresem, nazwą i opowieścią. Dzisiejszy numer 32 jest praktyczny, ale nie potrafi nikogo wskrzesić rykiem.

Ryk lwa z domu „Podelwie” usłyszymy – mam nadzieję, że wspólnie – podczas spaceru „Sawanna w Krakowie”. Terminy: 15 i 16 sierpnia 2026 roku, godzina 11.00. Zapraszam. Roar!

Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Pod Wieżą Ratuszową siedzą dwa lwy i wyglądają, jakby znajdowały się tam od początku świata, a przynajmniej od czasu wzn...
10/08/2026

Pod Wieżą Ratuszową siedzą dwa lwy i wyglądają, jakby znajdowały się tam od początku świata, a przynajmniej od czasu wzniesienia siedemdziesięciometrowej wieży. W rzeczywistości są krakowianami z wyboru (nie swojego). Przybyły tutaj w latach 60. XX wieku, z pałacu Morstinów w Pławowicach.

Rzeźby powstały zapewne na początku XIX wieku jako część klasycystycznego założenia pałacowo-parkowego. Ich zadaniem było wyrażanie majestatu właścicieli, odstraszanie nieproszonych gości i milczące ocenianie jakości przyjeżdżających powozów.

W latach 60., podczas prowadzonej pod kierunkiem Wiktora Zina przebudowy krakowskiego Rynku, pławowickie lwy uznano za odpowiednią ozdobę wejścia do Wieży Ratuszowej. Zmiana miejsca pracy była radykalna, lecz zakres obowiązków pozostał właściwie ten sam: siedzieć godnie, patrzeć surowo i nie odpowiadać na pytania turystów.

Lwy zastąpiły wcześniejsze kamienne rzeźby, które znacznie gorzej zniosły próbę czasu. Jak podaje Michał Rożek, jeden z dawnych strażników, dzisiaj już mało podobny do króla zwierząt, zachował się w muzealnym lapidarium. Jest to poruszające przypomnienie, że nawet lew po kilku stuleciach zaczyna przypominać… no właśnie, właściwie nie wiadomo co.

Przyjrzyjmy się im bliżej. Na pierwszy rzut oka wyglądają identycznie, lecz różni je jeden szczegół: jeden lew ma oczy zamknięte, drugi zaś otwarte. Można zatem powiedzieć, że pierwszy śpi, podczas gdy drugi czuwa. Jeżeli ktoś naczytał się zbyt wielu bestiariuszy, na przykład wczesnochrześcijańskiego „Fizjologa”, od razu skojarzy to przedstawienie z jedną z legendarnych właściwości lwa.

Według „Fizjologa” lew śpi z otwartymi oczami. W tradycji chrześcijańskiej zachowanie to odnoszono przede wszystkim do Chrystusa: kiedy po śmierci jego ciało przez trzy dni spoczywało w grobie, boska natura pozostawała czujna i aktywna. Nie mamy jednak żadnego dowodu, że taka interpretacja przyświecała fundatorom pławowickich rzeźb. Możemy więc mówić o interesującej analogii, ale nie o pewnym i zamierzonym programie ikonograficznym. Czasami śpiący lew jest po prostu śpiącym lwem – chociaż niektórzy historycy sztuki niechętnie przyjmują takie rozwiązania.

Obecne miejsce służby dostojnych strażników jest wyjątkowo odpowiednie. Wieża Ratuszowa stanowi ostatnią pozostałość dawnego kompleksu krakowskiego ratusza, rozebranego w 1820 roku, w czasach Wolnego Miasta Krakowa. Ostała się jedynie gotycka wieża, która dziś jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Rynku.

To właśnie tutaj przez stulecia mieściło się centrum miejskiej administracji. Obradowali rajcy, przechowywano dokumenty i kosztowności, podnoszono podatki oraz wydawano wyroki. Nieco niżej, w części ratuszowych piwnic, działała Piwnica Świdnicka, nazywana również „Indyjami”. Podawano w niej cenione piwo sprowadzane ze Świdnicy i prowadzono ożywione rozmowy na wiele tematów.

Ściana w ścianę znajdowała się tortornia. Wbrew pierwszemu skojarzeniu nie pieczono tam tortów, choć podobnie jak w Indyjach również prowadzono ożywione rozmowy na ciekawe tematy. Jednak w tym wypadku z góry było wiadomo, kto będzie zadawał pytania, a kto udzielał odpowiedzi. Osoba odpowiadająca miała przy tym dość ograniczone możliwości stwierdzenia, że nie jest dziś w nastroju do rozmowy.

Lwy strzegą więc wejścia do miejsca, w którym przez stulecia spotykały się władza, handel, sądownictwo, piwo oraz wyjątkowo nieprzyjemne metody zbierania informacji. Ich klasycystyczny spokój stanowi miły kontrast wobec historii budynku. Wydają się mówić: „Już nic nas nie zdziwi”. Czy słusznie?

O interesującej podróży dwóch lwów z Pławowic opowiem podczas spaceru „Sawanna w Krakowie”. Terminy: 15 i 16 sierpnia 2026 roku, godzina 11.00.
Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Przy ulicy Długiej 4 w Krakowie widzimy lwa. Złotego, skromnego, pomocnego i pozostającego w towarzystwie węża. To ostat...
09/08/2026

Przy ulicy Długiej 4 w Krakowie widzimy lwa. Złotego, skromnego, pomocnego i pozostającego w towarzystwie węża. To ostatnie odróżnia go od większości jego krewniaków.

Godło znajdujące się przed nami przypomina o Aptece „Pod Złotym Lwem”, która odbyła po Krakowie podróż godną pozazdroszczenia. Początkowo działała na Stradomiu pod wezwaniem Zbawiciela. W 1841 roku otrzymała nazwę „Pod Złotym Lwem”. W 1885 roku Piotr Krokiewicz junior przeniósł ją na Kleparz, do kamienicy przy ulicy Basztowej 12. Później apteka ponownie zmieniła adres, aż na przełomie 1909 i 1910 roku znalazła się przy Długiej 4. Nad wejściem umieszczono wówczas mozaikowe godło, które przetrwało nieistniejącą już w tym miejscu aptekę.

Spójrzmy na nie uważniej. Na zielonym podłożu widzimy postawnego lwa o bujnej grzywie, zwróconego w stronę czary oplecionej przez zielonego węża. Gad unosi głowę ponad krawędzią naczynia i otwiera paszczę.

Czara z wijącym się wokół niej wężem to klasyczny motyw ikonografii farmaceutycznej. Jest to tak zwana Czara Higiei – znak zawodu aptekarskiego, który upowszechnił się pod koniec XVIII wieku. Higieja była grecką boginią uosabiającą zdrowie, córką Asklepiosa. W sztuce przedstawiano ją zazwyczaj jako młodą kobietę trzymającą naczynie, ku któremu zbliżał się wąż opleciony wokół jej ręki.

Wąż od czasów starożytnych, między innymi ze względu na zrzucanie skóry, był symbolem odradzania się, odnowy i nowego życia. Miał jednak podwójną naturę: jego jad mógł zarówno zabijać, jak i – odpowiednio wykorzystany – służyć jako lekarstwo. Z czasem czara i wąż zaczęły występować samodzielnie, bez postaci bogini. Warto również dodać, że to właśnie od imienia Higiei pochodzi słowo „higiena”.

Sens całego przedstawienia można odczytać następująco: czara z wężem informuje, że mieściła się tutaj apteka, natomiast złoty lew wskazuje, jak nazywała się ta konkretna placówka. Wąż symbolizuje siłę natury, która może zarówno leczyć, jak i zabijać. Naczynie przypomina zaś, że farmaceuta potrafi tę niebezpieczną siłę odmierzyć, przygotować i podać we właściwej dawce. Krótko mówiąc: wąż dostarczał substancji, farmaceuta ustalał dawkowanie, a lew zajmował się reklamą.

Sama postać lwa również niesie znaczenia związane ze zdrowiem i przywracaniem życia. Prowadzą nas one do „Fizjologa” – wczesnochrześcijańskiego traktatu o zwierzętach. Według zawartej w nim opowieści lwiątka rodziły się martwe, a trzeciego dnia ojciec przywracał je do życia swoim tchnieniem albo rykiem.

Dla chrześcijańskiego odbiorcy był to obraz zmartwychwstania Chrystusa. W kontekście apteki legenda ta mogła dodatkowo budzić skojarzenia ze zwycięstwem nad chorobą i śmiercią.

Dawna medycyna traktowała lwa jeszcze dosłowniej. Stefan Falimirz, autor jednego z pierwszych drukowanych w języku polskim zielników, wydanego w Krakowie w 1534 roku, pisał o „tłustości lwowej”, która miała pomagać na „bolączki twarde”.

Z kolei Jan Jonston, siedemnastowieczny przyrodnik i lekarz znany w całej ówczesnej Europie, wspominał o sproszkowanym sercu lwa, stosowanym przeciw febrze i epilepsji. Współczesna farmacja odnosi się do tych recept z chłodnym dystansem, a lwy – jak można przypuszczać – z wyraźną ulgą.

I chociaż dziś apteki już tutaj nie ma, lew nadal trzyma przy niej dyżur. Odwiedzimy go podczas spaceru „Sawanna w Krakowie”. Terminy: 15 i 16 sierpnia, godzina 11.00. Cena: 30 zł od osoby.

Zapisy: https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Przy Sławkowskiej siedzi lew. Nic nie robi cały dzień. Ale to nie dlatego, że to znak Marka Ewangelisty. Według autora W...
08/08/2026

Przy Sławkowskiej siedzi lew. Nic nie robi cały dzień. Ale to nie dlatego, że to znak Marka Ewangelisty.

Według autora Wulgaty – tłumaczenia Biblii na łacinę – czterej ewangeliści (Mateusz, Marek, Łukasz i Jan) mogą być rozpoznani po swoich symbolach (człowiek, lew, wół i orzeł). Tożsamość tych zwierząt, tak człowiek to też zwierzę, wywodzi się z dwóch biblijnych wizji: proroka Ezechiela i Jana. W obu pojawia się istota/istoty będąca zlepkiem dokładnie tych czterech zwierząt. Alegoryczna lektura Biblii wymagała, żeby znaleźć odpowiednie uzasadnienie pojawienia się w tekście biblijnym konkretnej liczby. Czwórka w oczywisty sposób kierowała uwagę na cztery kanoniczne (od mniej więcej wieku – nomen omen – czwartego) ewangelie.

Systemów przyporządkowania było początkowo kilka. Ostatecznie, dzięki autorytetowi świętego Hieronima, lew przypadł Markowi. Hieronim uzasadnił to początkiem jego Ewangelii, gdzie czytamy: „Głos wołającego na pustyni”. Pustynia była uważana za domenę lwa, a potężny głos Jana Chrzciciela porównywano do ryku.

W Krakowie znaczenie tego godła wzmacnia sąsiedztwo mieszczącego się opodal kościoła świętego Marka. Kamienica pod numerem 24a, nazywana Domem pod Ewangelistami, została wzniesiona w latach 1936–1938 według projektu Stanisława Filipkiewicza i Juliusza Kolarzowskiego. Powstała kosztem części dawnych zabudowań klasztornych, a na jej fasadzie umieszczono symbole wszystkich czterech ewangelistów. Lew nie jest więc samotnym lokatorem. Ma trzech dobrych znajomych: człowieka, wołu i orła.

Dawny klasztor należał do Kanoników Regularnych od Pokuty. Pełna nazwa zakonu była tylko nieco dłuższa: Kanonicy Regularni Najświętszej Maryi Panny de Metro w Rzymie od Pokuty Błogosławionych Męczenników. Nazwa pozwalała jednocześnie określić regułę zakon, siedzibę domu macierzystego, typ duchowość, którą się kierowali oraz skutecznie zająć większą część dokumentu.

Zakonnicy żyli według reguły świętego Augustyna, tego samego który prawie 1000 lat wcześniej napisał najbardziej poczytny pamiętnik w historii – „Wyznania” (to nie podlega ŻADNEJ dyskusji). Do Krakowa kanonicy przybyli z Pragi najprawdopodobniej w 1257 roku, sprowadzeni przez księcia Bolesława Wstydliwego. Jan Długosz wiązał z Bolesławem także rozpoczęcie budowy przyległego do klasztoru świętego kościoła Marka w 1263 roku.

Od wezwania świątyni zakonników zaczęto nazywać w Polsce markami. Nie oznaczało to, że wszyscy mieli na imię Marek. Druga nazwa jaką określano zakonników jest jednak nie mniej konfundująca – „rogacze”… która brała się z charakterystycznego kształtu…ich nakryć głowy.

Z kolei na swoich habitach umieszczali czerwone serce zwieńczone krzyżem. Ten znak w syntetyczny sposób miał wyrażać ich duchowość: przemianę serca przez pokutę, modlitwę i naśladowanie Ukrzyżowanego Chrystusa. Słowo „pokuta” w nazwie zakonu nie miało być ozdobnikiem. Markowie kładli nacisk na życie wspólne, ascezę, modlitwę liturgiczną i rozważanie Męki Pańskiej.

Markowie odegrali również rolę w chrystianizacji Litwy. Tam zakon rozwinął znacznie większą sieć klasztorów niż w Polsce. I to właśnie z Litwy przybył do Krakowa najsławniejszy przedstawiciel tej wspólnoty — błogosławiony Michał Giedroyć.

Urodził się około 1420–1425 roku w Giedrojciach na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tradycyjnie łączy się go z kniaziowskim rodem Giedroyciów, chociaż szczegóły jego pochodzenia pozostają przedmiotem dyskusji. Od dzieciństwa był niepełnosprawny: miał niesprawną nogę, poruszał się przy pomocy kuli i wyróżniał się bardzo niskim wzrostem.

Do zakonu kanoników regularnych od pokuty wstąpił prawdopodobnie na Litwie. Przed 1461 rokiem przybył do Krakowa i rozpoczął studia na tutejszym uniwersytecie. W 1465 roku uzyskał stopień bakałarza sztuk wyzwolonych. W tym momencie świat stał przed nim otworem. Mógł wybrać karierę naukową albo ubiegać się o święcenia kapłańskie. Obie opcje z perspektywy rozwoju osobistego w XV wieku były obiecujące. Nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Pozostał bratem zakonnym i poprosił, aby pozwolono mu pracować w kościele jako kościelny.'

Michał (Marek) sprzątał świątynię, przygotowywał ołtarz, PRZYSZYKOWYWAŁ KADZIDŁO, troszczył się o szaty i sprzęty liturgiczne, służył do Mszy oraz czuwał nad Najświętszym Sakramentem. Mieszkał w maleńkiej celi znajdującej się przy wejściu do kościoła. Wykonywał zajęcia, które zwykle zauważa się dopiero wtedy, kiedy nikt ich nie wykona.

Szczególną czcią otaczał Chrystusa Ukrzyżowanego. Według zakonnej tradycji podczas modlitwy miał usłyszeć słowa wypowiedziane przez Chrystusa z krucyfiksu: „Bądź cierpliwy aż do śmierci, a dam ci koronę życia”. Krzyż, z którym związano tę opowieść, nadal znajduje się w kościele świętego Marka.

Choć Michał (marek) szukał ciszy i samotności, mieszkańcy Krakowa przychodzili do niego po radę i prosili o modlitwę. Przypisywano mu dar proroctwa oraz wypraszanie uzdrowień. Należał do dość szerokiego kręgu ludzi, dzięki którym XV stulecie nazwano później felix saeculum Cracoviae — szczęśliwym wiekiem Krakowa.

Tradycja łączy go ze świętym Janem Kantym (księdzem i profesorem Akademii Krakowskiej), świętym Szymonem z Lipnicy (księdzem z zakonu Bernardynów), świętym Stanisławem Kazimierczykiem (księdzem), Izajaszem Bonerem (księdzem i profesorem Akademii Krakowskiej) i Świętosławem Milczącym (mansjonarz – też ksiądz, ale nie przez duże K). Jak widać na ich tle Michał się wyróżniał poprzez to – kim nie był. Druga uwaga - średniowieczny Kraków miał wówczas wyjątkowo silną reprezentację świętych na metr kwadratowy.

Michał Giedroyć zmarł 4 maja 1485 roku w klasztorze przy kościele świętego Marka. Niemal natychmiast zaczęto otaczać go kultem, a jego grób stał się miejscem modlitw i opowieści o cudownych uzdrowieniach. W 1624 roku jego szczątki zostały uroczyście podniesione i umieszczone w ołtarzu. Na formalne potwierdzenie kultu trzeba było jednak czekać znacznie dłużej.

Dopiero 7 listopada 2018 roku papież Franciszek zatwierdził jego kult publiczny istniejący od niepamiętnych czasów. Była to tak zwana beatyfikacja równoważna: Kościół uznał wielowiekową tradycję oddawania mu czci, bez organizowania osobnej ceremonii beatyfikacyjnej. Relikwie błogosławionego nadal spoczywają w kościele świętego Marka.

Najbardziej znanym krakowskim markiem nie został żaden wybitny ksiądz, którego głos przypominał ryk lwa, lecz cichy, niepełnosprawny zakrystianin. Lew na fasadzie opowiada o potędze słowa, Michał Giedroyć — o sile cierpliwości i pracy, której prawie nikt nie widzi. Tylko jeden siedzi przy Sławkowskiej i nic nie robi cały dzień.


Jak zawsze zapraszam na wycieczkę tropem lwów po Krakowie:
https://fb.me/e/23Xc5r9S5H

Adres

Wawel

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Simon Sees umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij