11/11/2013
Dzisiaj otworzyłam moją skrzynkę mailową. Oto, co w niej zobaczyłam - recenzja od uczestnika spaceru po Hali Stulecia w sobotę 9.11.2013!!! Pierwszy raz ktoś pokusił się oceną mojej pracy, aż na półtorej strony :) Autorem tego tekstu jest Krzysztof Ciesielski:
"Wycieczka z Magdą za przewodnika, była zdecydowanie warta sobotniego popołudnia. Wystarczy powiedzieć, że początkująca w zawodzie blond włosa wygrała z meczem Realu Madryt, który musiał się obejść bez wiernego kibica na kanapie. Historia zaczęła się tworzyć o godzinie 16 pod przerośniętym prętem metalu zwanym Iglicą.
Na wydarzenie dotarłem spóźniony, toteż ominęła mnie faza organizacyjna. Na szczęście spory półksiężyc z ludzi był trudny do ominięcia. Na samym środku stała Ona, zawzięcie gestykulując rękami,próbowała wbić trochę mądrości do otaczającego ją motłochu. Zaczęła od uświadamiania, że hala stulecia winna nas zachwycać, zwłaszcza po przyswojeniu jej gigantomanii. Rzeczywiście, siedząc następnego dnia w swoim fotelu, przeszły mi przez głowę myśli o kopule. Zajebista, wystarczyła tylko chwila zadumy.
Tymczasem na placu, po wykonaniu zwrotu, swoją socrealistyczną konstrukcją uderzyła nas Iglica. 96 metrów stali ogłaszające wszem i wobec, że Polacy nie Niemcy i swój pręt mają. Nie sposób jednak było nie docenić ideologii jaką uzasadniono powstanie owej budowli. Wielka konstrukcja wsparta na 3 podporach: robotniku, intelektualiście i chłopie(?). Brzmi znajomo, nie uważacie? Jak z każdą wielką budowlą, także i z tą, jest związana urocza historyjka. W tej w rolę bohaterów wcieliła się dwójka studentów, którzy heroicznie wspięli się na szczyt Iglicy. Dlaczego heroicznie? – otóż trzeba było zdemontować parasolowate coś, co po gwałtownej burzy mogło zagrażać bezpieczeństwu odwiedzających. Straż pożarna rady nie dała, a studenci, a i owszem, nie omieszkując przy tym biwakować w chmurach. Jeden z nich nawet odnalazł w wiwatującym tłumie swoją przyszłą żonę. Kto mówił, że tak spontaniczne uczucie nie jest możliwe bez sławy, bądź pieniędzy!?
Poruszeni tym ludzkim elementem ruszyliśmy w kierunku Pergoli. Warto tutaj odnotować zdolności przywódcze naszej przewodniczki, która szybko ucięła temat proponowanej wycieczki kolejką linową – Polinką. Nad chęcią zagrzania miejsc siedzących zwyciężyły doznania estetyczne. Polegając jedynie na naszych dwóch koniach mechanicznych rychło dotarliśmy do centralnego elementu kompleksu – fontanny. Bez wody. Szczęśliwie rwący potok słów, pełen opisów i anegdot, szybko zawładnął wyobraźnią uczestników i woda okazała się być zbędna. Jeśli tylko ekipa techniczna będzie nadal tak skutecznie udrażniać system rur, na pewno wybiorę się na pierwszy pokaz w sezonie!
Zrobiliśmy sobie jeszcze grupowe zdjęcie (stałem za przewodniczką!!!) na tle Centrum Kongresowego i opuściliśmy kompleks Hali Stulecia. No prawie – w orientalne klimaty wprowadził nas Ogród Japoński kuszący zza zamkniętych już krat. W walce o nasze doznania kultura japońska przegrywała mimo wszystko, moim zdaniem, z kulturą polską, która narzucała się swoją jesienną porą roku. Pyrrusowe zwycięstwo, ale jednak!
W parku szczytnickim (oczywiście jako kompleks, największym w Europie), ku memu zaskoczeniu, w polu widzenia pojawił się wiejski, drewniany kościółek. Kościółek z nazwy, bo pomijając krzyżyk na szczycie, służy za miejsce wystawowe dla sztuki dziecięcej. Ciężko stwierdzić czy frekwencja dzięki temu się polepszyła, no ale przyganiał kocioł garnkowi.
Przedostatnim punktem wycieczki było osiedle Wuwa. Intrygująca nazwa, jak się dowiedzieliśmy, bierze się z języka niemieckiego, którego dla spokoju ducha nie przytoczę. Nie mniej zamysłem projektantów było stworzenie miejsca, gdzie zainteresowany mógłby mieszkać, pracować i
umierać (to ostatnie w domyśle). Czy to kusząca perspektywa? – ocenę zostawię czytelnikowi, wszak niemiecki romantyzm subtelnym jest.
Brodząc przez błotniste ścieżki dotarliśmy do naszej omegi – wrocławskiego zoo. Wystarczy powiedzieć, że neonowy lew ma za sobą historię i jeśli chcecie złapać zaginioną małpę to najlepiej rozłożyć piwny ogródek. Wprawdzie nadal się zastanawiam czy prawdziwym uciekinierem z zoo nie był po prostu zapuszczony student politechniki… Historia chyba jednak dobrze znosi niedopowiedzenia – jaka małpa, każdy widzi. Na zakończenie, w blasku jupiterów (no dobra, w blasku billboardu reklamowego), przewodniczka rozdała uczestnikom małe podarunki.
Czy Magda Hermaszewska była dobrą przewodniczką? Moim skromnym zdaniem, zasłużyła co najmniej na lajka! Jeśli uważasz inaczej, to spróbuj pokazać mi dowolny kawałek Wrocławia w środku jesieni i zostaw mnie z bananem na twarzy bez odwiedzania żadnego baru!
Uczestnik, Krzysztof Ciesielski"