Gdziekolwiek/Anywhere

Gdziekolwiek/Anywhere Odkryj swoje Gdziekolwiek! Stopem gdziekolwiek! Czyli co? Czyli to, że:
1. Robisz tabliczkę z napisem „GDZIEKOLWIEK” (najlepiej, żeby była duża i czytelna;>)
2.

To miejsce powstało z myślą o tych, którzy lubią życie niebanalne, są otwarci na przygody i szukają nowych wrażeń! Przyda się jeszcze nieco odwagi i zaufania do napotkanych ludzi. ;>

Myślą przewodnią tego miejsca jest podróżowanie stopem gdziekolwiek. Stajesz przy drodze z tą tabliczką i… łapiesz stopa;p

To miejsce ma Cię zachęcić nie tylko do tego, aby taką przygodę przeżyć, ale także do tego a

by się nią z nami podzielić! Chętnie będziemy udostępniać opisy, zdjęcia, filmy z Waszych podróży stopem Gdziekolwiek. (:

Nasza historia miała taki przebieg zdarzeń:
Wszystko zaczęło się w Bieszczadach, a dokładniej w Ustrzykach Górnych, gdzie wraz z przyjaciółką pojechałyśmy stopem. Spędziłyśmy tam dwa dni i po tym czasie stwierdziłyśmy, że robi się nudno. Był długi weekend, na nocleg w Solinie, Wetlinie, Cisnej czy w jakimkolwiek atrakcyjnym turystycznie zakątku w Bieszczadach nie miałyśmy co liczyć. I wtedy pojawił się pomysł:
Pojedzmy Gdziekolwiek! Szczerze nie wiem kto na to wpadł, ale zakładam, że Karolina;>
Ludzie na widok dwóch rudych istoty z niebanalnym napisem GDZIEKOLWIEK wyjmowali aparaty. Już po 5 minutach jechałyśmy ku naszemu przeznaczeniu :)

Ostatni dzień naszej przygody.Umówiłyśmy się z Grześkiem, którego poznałyśmy dzień wcześniej i wspólnie ruszyliśmy do Ba...
21/08/2014

Ostatni dzień naszej przygody.

Umówiłyśmy się z Grześkiem, którego poznałyśmy dzień wcześniej i wspólnie ruszyliśmy do Bałtowskiego Kompleksu Turystycznego. :)
Zaczęliśmy od zwierzyńca. Tam małpka podarła nam naszą tabliczkę. Było trochę fajnych zwierzątek, ale jakoś średnio nas one interesowały. Kolejnym punktem był Park Rozrywki. Nasze szaleństwo rozpoczął rollercoaster. Nie był może ani zbyt wysoki, ani zbyt szybki, ale i tak było super. No i gdy zobaczyłam pojedyncze wagoniki, którymi do tego samemu trzeba sterować, to pojawiła się trochę adrenalika. Jak się później okazało nie było strasznie, ale całkiem przyjemnie. Zrobiłyśmy sobie jeszcze zdjęcie z chłopakami, którzy obsługiwali tę maszynę i ruszyliśmy dalej. Następnym szalonym punktem były kaczuszki i łabędzie. Chyba byłyśmy tam jedyne „duże”. To raczej atrakcja dla dzieci i chyba też dlatego dała nam tyle radochy. Tam również zrobiłyśmy sobie zdjęcie z chłopakami. Dalej był szalony statek przyprawiający o mdłości, zjazdy na tyrolkach i wiele innych atrakcji. Pogoda była cudowna wiec na lody także się wybraliśmy. Kolejnym punktem wycieczki był Park Dinozaurów. Taki trochę „martwy” ten park. Spodziewałam się jakiś interakcji, myślałam, że może chociaż jeden z dinozaurów się rusza albo ryczy albo cokolwiek, a tu lipa. Tak czy siak i tak było ciekawie. Najfajniejsze w tym naszym wspólnym wyjściu było to, że w końcu mamy z Karoliną masę wspólnych zdjęć. Grzesiek świetnie się odnalazł w roli fotografa. Poza tym miałyśmy wspaniałego przewodnika, który dobrze zna cały kompleks. Ba, my nawet dzięki Grześkowi najadłyśmy się za pół ceny. Piękny czas. Piękny dzień, ale zaczęło się robić późno, a trzeba było jeszcze dostać się do Kielc. Trudno było się wydostać z tego Bałtowa więc pojechałyśmy busem do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tam nie mogłyśmy się odnaleźć. W końcu znów autobusem, ale tym razem podmiejskim wydostałyśmy się na wylotówkę. Tam już złapałyśmy stopa prosto do Kielc. Zabrało nas dwóch sympatycznych Panów, którzy nie do końca ogarniali jak do tych Kielc się dostać, więc nas wzięli w nadziei, że my lepiej znamy drogę. W Kielcach przyjechał po nas Maciek, chłopak Karoliny i zabrał do domu. Ja zostałam u nich na jedną noc, a rano, już pociągiem, wróciłam do domu.
Koniec.

Iz.

Drugi dzień naszej podróży Gdziekolwiek.Niewiele brakowało, a wróciłybyśmy do domów. Kładąc się spać wyniknął konflikt, ...
18/08/2014

Drugi dzień naszej podróży Gdziekolwiek.

Niewiele brakowało, a wróciłybyśmy do domów.
Kładąc się spać wyniknął konflikt, z którego powagi nie zdawałam sobie sprawy. Powiedziałam kilka niewłaściwych słów i nie powiedziałam tych właściwych. Następnego dnia rano Karolina chciała wracać do Kielc. Na szczęście udało się konflikt załagodzić i kontynuowałyśmy naszą przygodę. W planie było wspólne wyjście z Marianem do Muzeum Powstania Warszawskiego. Niestety, ze względu na duże opóźnienia wywołane wieloma czynnikami, nie udało nam się tam dotrzeć. Zanim jeszcze wyruszyłyśmy w dalszą podróż (coś koło 15) Marian pokazał nam swoją firmę i podrzucił na metro. Jakby ktoś był zainteresowany naklejkami na samochody to zapraszam na:
https://www.facebook.com/Stickerbombapl?fref=ts
Próbując się wydostać z Warszawy dojechałyśmy autobusem aż do Piaseczna i dopiero tam zaczęłyśmy łapać stopa. Dzięki pomocy Łukasza bardzo szybko znalazłyśmy się w Górze Kalwarii. Tam, jak to często nam się zdarza, udałyśmy się do sklepu z odzieżą używaną. Upolowałyśmy kilka ciekawych zdobyczy i udałyśmy się na zupę, bo jakoś tak reklama nas skusiła. Pojadły, odpoczęły i ruszyły dalej. Tym razem już nie szło nam tak dobrze. W końcu zatrzymał się tir. Dawno nie jechałyśmy tirem. Co ciekawe, większość kierowców, którzy nas zabierają mówi, że zwykle nie zabierają na stopa, że to taki wyjątek. Tym razem było podobnie, Pan Krzysztof, który był kierowcą tira powiedział, że tylko ze względu na naszą dziwną tabliczkę z napisem „Gdziekolwiek” się zatrzymał. Pan Krzysztof okazał się niezwykle sympatycznym i ciekawym człowiekiem. Opowiadał nam o swoich podróżach, pokazywał zdjęcia, mówił o rodzinie. Pan Krzysztof jest tam sympatyczny, że nawet jak go policja zatrzymała za przekroczenie dozwolonej prędkości (a trzeba pamiętać o tym, że jedna z nas, a konkretnie ja, byłam tam nielegalnie, bo nie było warunków do przewożenia dwóch pasażerów) to skończyło się tylko na słownym pouczeniu. Nasz kierowca później nawet stwierdził, że to my mu przyniosłyśmy szczęście.
Robiło się późno. a my nie miałyśmy pomysłu gdzie mamy się zatrzymać na noc. Po rozmowie z naszym kierowcą okazało się, że jedzie przez Bałtów. Mi ta nazwa mówiła dokładnie nic, ale Karolina kojarzyła, że tam jakiś park dinozaurów jest i inne atrakcje. Poszperałyśmy w necie i znalazłyśmy sobie niedrogi nocleg w Bałtowie. Pożegnałyśmy się z naszym wspaniałym kierowcą i ruszyłyśmy pod górę gdzie znajdował się pensjonat (nie wiem czy pensjonat to właściwe słowo). Jak dotarłyśmy na miejsce to było koło 20. (Tak sobie myślę ile my mogłybyśmy przejechać gdybyśmy wyruszały o 8 rano a nie o 15….:P) Zostawiłyśmy rzeczy, ogarnęłyśmy się i wyszłyśmy coś zjeść. Weszłyśmy jeszcze do sklepu w obawie, że gdy będziemy wracać to będzie zamknięty. Chodziłam potem z taką reklamówką, która była sczególnie zabawna dla Karoliny :D. Znalazłyśmy pizzerie. Pustą pizzerie. Miło, że była otwarta. Zamówiłyśmy pizze i usiadłyśmy na zewnątrz. Międzyczasie pojawiło się trzech chłopaków, którzy podobnie jak my weszli i zamówili pizze. Tyle tylko, że już nie wyszli. Była piękna pogoda, w końcu pojawili się jacyś ludzie, ale co z tego skoro i tak nie można pogadać. :D Mówię zatem do Karoliny, żeby poszła do nich i zapytała się czy nie mają czasem ochoty się do nas dosiąść. Tylko, że jest taka sytuacja, że od zadań specjalnych jestem ja. Karolina nie wierzyła, że do nich podejdę (ciekawe :D). Ja nie podejdę? No to poszłam. Wchodzę do środka, a oni stoją od razu przy drzwiach i grają na automatach. Hm, sądziłam, że sobie usiedli w środku, a teraz to jest zrozumiałe dlaczego nie wyszli na zewnątrz. Dziwna sytuacja, no ale muszę coś powiedzieć. Moja wypowiedź zaczęła się mniej więcej tak: „aaaa, eeee aha, dobra już nic” :D Tyle, że jeden z nich zaczął rozmowę to powiedziałam, że weszłam żeby im się zapytać czy boją się komarów, że siedzą w środku, ale, że nie siedzą tylko grają to nie ma tematu. I od słowa do słowa się do nas dosiedli. Okazało się, że jeden z nich pracuję w tym parku rozrywki i obiecał, że załatwi nam jakieś zniżki! To było coś! :D W końcu ze względu na ten park zdecydowałyśmy się spędzić noc właśnie tutaj. Pojedli, popili, pograli w cymbergaja i każdy poszedł w swoją stronę.

Iz.

Pierwszy dzień naszej kolejnej podróży Gdziekolwiek.(Niedziela 20 lipca)Wyruszyłyśmy z dużym opóźnieniem, bo nie mogłam ...
15/08/2014

Pierwszy dzień naszej kolejnej podróży Gdziekolwiek.
(Niedziela 20 lipca)

Wyruszyłyśmy z dużym opóźnieniem, bo nie mogłam znaleźć dowodu rejestracyjnego od samochodu mojej siostry, poza tym ciągle o czymś zapominałam. Karolina już była trochę zirytowana, więc gdy już w samochodzie (tak w samochodzie, bo moja Mama nas wywiozła kilka kilometrów za miasto) zorientowałam się, że zapomniałam o moich lekach na alergie to nawet o tym nie wspomniałam i stwierdziłam, że jakoś sobie bez nich poradzę.
Zaczęłyśmy łapać stopa w Gorzykowie, czyli na wiosce niedaleko mojego miasteczka i kierowałyśmy się na Wrześnie. Ruch był oszałamiający. Średnio jeden samochód na 5 minut. W pewnym momencie łapałyśmy samochody, które jechały z obu kierunków. W końcu i tak jedziemy Gdziekolwiek. Po dobrych 30 minutach zabrało nas trzech sympatycznych chłopaków. Dali nam w prezencie atlas samochodowy, bo my takie przygotowane podróżniczki, że nawet mapy ze sobą nie miałyśmy. Dałyśmy im nasze wspólne zdjęcie z podziękowaniami (tak dla uściślenia, każdemu kto w jakikolwiek sposób nam pomagał w naszej podróży zostawiałyśmy podobną pamiątkę) i ruszyłyśmy w kierunku wylotówki na Warszawę.

Szłyśmy sobie poboczem i naszym oczom ukazał się piękny zjazd, takie idealne miejsce na łapanie stopa. Tylko co ciekawe, nawet nie zdążyłyśmy do tego zjazdu dojść i zatrzymał się samochód proponując nam podwózkę do Warszawy. :D Kolejna nasza podróż i znów nasze Gdziekolwiek zaprowadziło nas do stolicy. Marian, z którym jechałyśmy okazał się bardzo interesującym człowiek, z którym znalazłyśmy wiele ciekawych tematów do rozmów. Od słowa do słowa znaleźli nawet z Karoliną wspólnego znajomego. Jaki ten świat mały. Co więcej, Marian zaproponował, że możemy się u niego zatrzymać na noc. Z początku nie specjalnie byłyśmy zainteresowane tą propozycją. Teodor, podobnie jak w zeszłym roku, zgodził się nas ugościć u siebie, więc nie było sensu ryzykować noclegiem u jakiegoś obcego mężczyzny. Z drugiej jednak strony znowu byłoby tak samo. Znów Warszawa, znów nocleg w tym samym miejscu, znowu zwalać się na głowę Teodorowi. Co więcej jakoś tak dobrze nam się rozmawiało z tym Marianem, że zdecydowałyśmy się zaryzykować. Jak dojechaliśmy do Warszawy to było koło 17, więc teoretycznie można by jechać dalej, ale pogoda była paskudna więc stwierdziłyśmy, że zostajemy. Marian był tak miły, że nawet mi do apteki po leki na alergie podjechał. :) Potem zrobiliśmy zakupy. Marian zrobił nam pyszną kolację. Wypiliśmy po piwku, pogadaliśmy i tak nam wieczór zleciał i poszliśmy spać.

Iz.
(niestety nie mamy zbyt wiele zdjęć z tego dnia)

14/08/2014

Jak się nauczyły, tak śpiewały na okrągło.
Filmik z samochodu, gdzie kierowca obiecał nas zabrać jeśli mu zaśpiewamy. :D

Ciąg dalszy historii.Piąty dzień (piątek 18 lipca) to już tylko pożegnania i wyjazd z obozu. Wiki wywiozła nas z Boroweg...
14/08/2014

Ciąg dalszy historii.

Piąty dzień (piątek 18 lipca) to już tylko pożegnania i wyjazd z obozu. Wiki wywiozła nas z Borowego Młyna do cywilizacji i tam zaczęłyśmy łapać stopa. Miejsce kiepskie, droga mało ruchliwa, ale po dobrych 30 minutach jechałyśmy już do samego Gniezna, mimo, że stałyśmy z tabliczką "Bydgoszcz". Kierowca bardzo sympatyczny, zanim nas zabrał przekornie postawił warunek, że musimy mu zaśpiewać i rzeczywiście to zrobiłyśmy. :)
Naszym celem było Witkowo i mój dom. Karolina nie miała okazji wcześniej tu być. Udało nam się nawet pod sam dom stopem podjechać. Było już późno, więc szybko się ogarnęłyśmy, coś zjadłyśmy i wyszłyśmy na piwo z Eweliną.

W sobotę robiłam nieco przedwczesną kolację urodzinową. Zatem cały dzień został poświęcony na przygotowania. Od Oliwii dostałam fantastyczny prezent, który wywołała we mnie fale wzruszenia. Była to mapa świata podpisana „Gdziekolwiek”. Zrobiła mi tym niesamowitą niespodzianką. Ze względu na to, że to był pierwszy raz Karoliny u mnie to trzeba było jej pokazać okolice. :D Koło północy, gdy goście się już rozeszli do swoich domów, pojechałyśmy z Ewelina do Skorzęcina. Trochę poszalałyśmy, a gdy przyszedł czas powrotu do domu to się okazało, że wyniknęło jakieś nieporozumienie z naszym kierowcą i nie miałyśmy jak wracać. Fakt, wracać o 4 nad ranem na stopa to słaba opcja, ale nie miałyśmy za bardzo wyjścia. Ten stop nas chyba bardzo lubi. Pierwszy samochód nas zabrał i bezpiecznie wróciłyśmy do domu. :)

W niedziele rozpoczęłyśmy już oficjalną cześć naszej podróży Gdziekolwiek, ale o tym więcej napiszę Wam jutro.

Iz.

04/08/2014

W drugim dniu mamy deficyt ludzi. Człowiek od wszystkiego dowozi nam dwóch chłopaków z innego zastępu do pomocy. My płyniemy razem :) Nasze zgranie trzyma poziom, dlatego walczymy o pierwsze miejsce z Sandrą Antkowiak :* Oczywiście wszystko osadzone w zasadzie fair play i dobrej zabawie :) Możnaby dosłownie określić nasz spływ słowem "śpiewający". Uczymy się piosenki, która towarzyszy nam w całej podróży GDZIEKOLWIEK.

Trzeciego dnia była walka o siebie. Wraca do nas Wika, chłopaki również, ale do podobozia. Po wielu argumentach, np. Nie każ mi grzeszyć, jestem po spowiedzi, udaje nam się płynąć razem. Ten ostatni dzień był ciężki. Żar słońca wymęczył nas mocno. Szczególnie kiedy znajdowaliśmy się na środku jeziora. Widok plaży po paru godzinach wiosłowania był jak woda na pustyni bądź szynka dla Reksia. Nieoceniony. Mobilizacja była ogromna. Oczywiście wszystko z nadzieją na przekąszenie czegoś w barze. Byliśmy spragnieni picia, jedzenia, cienia, odpoczynku. Stety, badź niestety było nam dane posilić się średniej jakości zapiekanką i łykiem coli.

Ostatni dzień był jak walka o życie. Dobre wraca do dobrego. Na finishu czekało nas jeszcze wciągnięcie kajaka pod stroma górę. Na sam widok chciało nam się płakać. Na szczęście zjawia się młodzieniec, który oferuje swoją pomoc. Po wciągnięciu 13 kajaków ofiarujemy mu w podziękowaniu co mamy, czyli 2 paczki chipsów. Powrót do Borowego Młyna to śpiewy i tańce w szalonym czarnym busie. Ziomki ogórki w wykonaniu Zosi były niebanalne Fajnie było dziewczynki Was poznać i dzięki Wam poczuć się młodziej, beztrosko :)

Minął rok od pomysłu GDZIEKOLWIEK. Jako, że pomysł jest przedni warto go kontynuować :) W te wakacje czas pozwala nam na...
02/08/2014

Minął rok od pomysłu GDZIEKOLWIEK. Jako, że pomysł jest przedni warto go kontynuować :) W te wakacje czas pozwala nam na tygodniową podróż. Zaczynamy spotkaniem w Toruniu. Stąd jedziemy PKS-em do Lipska. Na miejscu czeka już człowiek od wszystkiego, Bartosz. Szczęśliwie lądujemy na miejscu, czyli na Kaszubach nad Jeziorem Gwiazdy. Jest to dla nas niecodziennie doświadczenie, ponieważ znajdujemy się na obozie harcerskim. Ten pobyt nie odbyłby się gdyby nie komendantka obozu Wiktoria Kowalska Dzięki Jej uprzejmości mamy okazję poznać życie w podoboziu. Śpimy na pryczach wykonanych przez zastępy, bierzemy udział w pląsach przy ognisku, kąpiemy się w jeziorze, a przede wszystkim uczestniczymy w spływie kajakowym rzeką Brdą. Po 10 km marszu docieramy na miejsce, gdzie czekają na nas kajaki. Motywem przewodnim spływu jest integracja. Z tego względu zostajemy rozdzielone. Mam przyjemność płynąć z Natalią Zielińską, którą serdecznie pozdrawiam. Udało nam się stworzyć fajny, zgrany team dlatego też płynęłyśmy jako pierwsze. Wybieramy miejsce na nocleg, gdzie rozbijamy nasze namioty. Przemiły dziadzia z okolicznej wioski rozpala nam ognisko. My zajadamy się przepyszną czekoladą, dżemem i pasztetem Po zapełnieniu brzuszków kilka dziewcząt urządza sobie pląsy wchodząc przy tym na ławkę. W efekcie nie wychodzi najlepiej, bo Agata Pandzia nabawia się poważnej kontuzji kolana (wracaj do zdrówka) :*

24/07/2014

Kochani, nasza tegoroczna przygoda GDZIEKOLWIEK dobiegła końca! Na dniach coś więcej na ten temat.
Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do odkrycia naszego Gdziekolwiek. Buziaki:*

Wow! Już Ich Kochamy
29/04/2014

Wow! Już Ich Kochamy

Odpowiadamy na pytania Stefana Czarneckiego na temat naszej podróży dookoła świata w jego programie "Za siódmą górą" w Tv Republika

Pięknie
05/02/2014

Pięknie

Pomysł na emeryturę? Zostać królową autostopu Przez kilkanaście lat przemierzyła pół świata: Europę, Azję, Afrykę, Amerykę. Dotarła do Japonii i na Kubę. 77-letnia Teresa Bancewicz na emeryturze zaczęła spełniać swoje marzenia o dalekich podróżach.

Adres

Wrzesnia

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Gdziekolwiek/Anywhere umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij