07/10/2026
☀️ Mamy SŁOŃCE.
I nagle peleryny lądują na dole, UV na twarz, czapeczki, daszki, a całe ciało wystawiamy wreszcie do słońca! 😂☀️
W końcu mamy to, na co czekałyśmy!
Wygląda na to, że przestało padać i wygląda na to, że słońce będzie towarzyszyć nam już do końca. Tego oczywiście nie wiemy, ale na razie zażywamy nie tylko kąpieli słonecznych na rowerach, ale również kąpieli w Oceanie Spokojnym. 🌊☀️
Tak jak rok temu – Japonia nas rozpieszcza. I wiecie co? Warto było nawet zmoknąć przez te półtora dnia, żeby teraz dostać w nagrodę słońce, temperaturę, oceaniczną bryzę i tę cudowną aurę.
No to jedziemy dalej…
🌊 TEBAJIMA – WYSPA, NA KTÓREJ CZAS PŁYNIE INACZEJ
Dopłynęłyśmy na Tebajimę. Rowery zostały w porcie, bo to był naprawdę malutki statek pasażerski i na bank byśmy się z rowerami nie zmieściły. Zresztą wcześniej ustalałam to z gospodarzem – rowery zostają.
I tutaj po raz kolejny Japonia pokazała swój HIGH LEVEL, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.
Naprawdę można zostawić rzeczy i odejść. Bez stresu. Bez kombinowania. Bez przypinania roweru do wszystkiego, co wystaje z ziemi. 😂
A najlepsze jest to, że w Japonii czasami nawet jak coś zgubisz, to po dwóch czy trzech dniach… się znajduje.
To jest po prostu zupełnie inna kultura bezpieczeństwa.
A potem zaczęłyśmy po prostu włóczyć się po wyspie.
Bo Tebajimy nie da się chyba zwiedzać inaczej.
Chodziłyśmy między starymi domami, małymi uliczkami i zakamarkami, zaglądałyśmy tam, gdzie normalnie turysta pewnie nawet nie zajrzy. Poznawałyśmy wyspę, jej mieszkańców i jej historię.
Bo to jest stara wyspa rybacka – z historią, duszą i swoim własnym rytmem życia.
Nie ma tutaj ruchu samochodowego, nie ma pośpiechu, nie ma turystycznego zgiełku.
Jest ocean, stare domy, łodzie, małe uliczki i życie, które toczy się swoim tempem.
I wyobraźcie sobie, że dziewczyny wyczaiły nawet jakąś samoobsługową chałupę, w której sprzedawana była porcelana za jakieś absolutne grosze.
No i wiadomo…
OBŁOWIŁY SIĘ. 😂
Wzięły porcelanę, różne cuda, jakieś historie, rzeczy, których normalnie człowiek zupełnie się nie spodziewa znaleźć na takiej maleńkiej wyspie.
I to właśnie było w Tebajimie niesamowite.
Bo tam mieszka około 30 osób.
Trzydzieści.
Nie trzy tysiące. Nie trzydzieści tysięcy.
Trzydzieści osób.
To jest miejsce, do którego naprawdę się nie trafia przypadkiem.
To jest taki krem de la crème Japonii – Japonia, której nie zobaczycie podczas zwykłej wycieczki z Tokio, Kioto czy Osaki.
I chyba właśnie dlatego zrobiła na nas takie wrażenie.
Po prostu czuć było, że znalazłyśmy się w totalnie innej rzeczywistości.
Cisza. Spokój. Maleńka wyspa. Ocean. I jakaś niesamowita magia.
Nasz guesthouse okazał się całkiem nowym domem. Jego właściciel jest Anglikiem, który mieszka w Japonii już od 40 lat. Kupił trzy budynki, wyremontował je, miał na nie swój pomysł i przede wszystkim naprawdę wtopił się w lokalną społeczność.
W prowadzeniu tego miejsca pomaga mu Yamash*ta, Japończyk, który jest jego prawą ręką.
I ta współpraca jest naprawdę ciekawa, bo działa w obie strony.
Właściciel korzysta z tego, że Yamash*ta zna lokalną społeczność, język i japońskie realia. To jest bardzo ważne, bo Japończyk raczej nie przyjedzie do obiektu, który prowadzi wyłącznie cudzoziemiec. Potrzebny jest ktoś lokalny, kto zna ludzi, język i potrafi się z nimi porozumieć.
Ale Yamash*ta też z tego bardzo dużo czerpie – uczy się od niego angielskiego, poznaje inne podejście do prowadzenia biznesu i ma kontakt z ludźmi z całego świata.
Czyli każdy daje coś od siebie i każdy coś z tej relacji bierze.
To właśnie Yamash*ta przyjechał po nasze bagaże do portu, a potem zaprowadził nas do pensjonatu – w zasadzie jedynego takiego miejsca na wyspie.
Wieczorem miałyśmy przepyszną kolację.
I naprawdę czułyśmy, że jesteśmy gdzieś bardzo, bardzo daleko od tego całego świata.
🚴♀️ PORANEK – DZIKIE WYBRZEŻE PACYFIKU
Rano zaczęło się słonecznie.
Wyruszyłyśmy dalej wzdłuż dzikiego wybrzeża Pacyfiku. Małe zatoczki, wioski, pojedyncze domy, maleńkie przystanki…
I trafiłyśmy do Michi-no-Eki – takich japońskich stacji przydrożnych dla podróżnych.
I tam zaczęło się nasze kolejne śledztwo.
TUŃCZYK. 😂🐟
Bo wiecie już, że mamy tutaj lekkiego wpierdolca na punkcie ryb.
W Japonii tuńczyk jest grany praktycznie codziennie.
W lodówce zobaczyłam dwa rodzaje. Jeden tańszy, drugi droższy.
No i zaczęło się doktoryzowanie.
Czym się różnią? Dlaczego jeden kosztuje więcej? Co to właściwie jest?
Okazało się, że jeden to tuńczyk żółtopłetwy, a drugi błękitnopłetwy.
No a skoro wieczorem miałyśmy być w miejscu, gdzie można było zrobić z tego porządne sashimi, to oczywiście…
kupiłyśmy jednego i drugiego.
Bo przecież trzeba zrobić badania porównawcze. 😂
🍣 WIECZÓR – ONSEN I WIELKI TEST TUŃCZYKA
Dojechałyśmy do naszego kolejnego, absolutnie zajebistego pensjonatu, praktycznie tuż przy oceanie.
Ale zanim zabrałyśmy się za sashimi, pojechałyśmy jeszcze na rowerach do onsenu.
I tutaj muszę powiedzieć jedno:
czekałam na ten onsen trzy lata.
Trzy lata był w remoncie!
Trzy lata czekałam, żeby móc w końcu tutaj wejść.
A teraz: wieczór, rowery, około 20 stopni, w dzień 25–26°C, ocean, ciepłe powietrze, bryza…
Bajka. Po prostu bajka.
Wróciłyśmy do pensjonatu i wtedy przyszedł czas na nasz eksperyment.
Nasza gospodyni Shiing pokroiła nam oba tuńczyki na sashimi.
Żółtopłetwy kontra błękitnopłetwy.
Do tego dostałyśmy jeszcze kasztany.
Usiadłyśmy przy stole, piwko, sashimi, rozmowy…
I kolejny raz pomyślałam sobie:
po to właśnie jeździmy do Japonii.
🌋 MUROTO – ŚLADAMI KŌBŌ DAISHIEGO
Następnego ranka ruszyłyśmy dalej w stronę przylądka Muroto.
Trafiłyśmy do cudownego geoparku, w miejsca, po których wędrował i nauczał Kōbō Daishi, czyli Kūkai.
Byłyśmy wysoko w świątyni, oglądałyśmy mandale, poznawałyśmy historię tego miejsca i chłonęłyśmy atmosferę, bo to naprawdę jest wyjątkowy zakątek Shikoku.
I tego dnia postanowiłyśmy:
NIE SPIESZYMY SIĘ.
Miały być słynne krewetki w tempurze, ale lokal zamykał się o 14:00.
Mogłyśmy gnać, patrzeć na zegarek i pedałować tylko po to, żeby zdążyć.
Ale po co?
Odpuściłyśmy krewetki.
I całe szczęście, bo w zamian dostałyśmy Kiragawę.
🍝 KIRAGAWA – LUNCH, KTÓRY SAM SIĘ WYDARZYŁ
Trafiłyśmy do Kiragawy, do starego japońskiego domu prowadzonego przez przesympatyczną parę.
I okazało się, że mają tylko cztery porcje lunchu.
A nas – wiadomo – osiem. 😂
No więc z czterech porcji zrobiło się osiem.
Podzielili, rozdzielili, ogarnęli i nagle wszystkie siedziałyśmy przy stole.
I dostałyśmy… makaron z Toskanii.
W Japonii.
Na Shikoku.
W starym japońskim domu.
No bo dlaczego nie? 😂
I wiecie co?
W zupełności nam wystarczyło, bo my tutaj naprawdę CAŁY CZAS JEMY.
To jest jakieś szaleństwo.
Śniadanie, ryba, lunch, przekąska, coś z konbini, sashimi, kasztany, kolejny lunch…
NON STOP JEDZENIE.
Ale właśnie dlatego tak bardzo kochamy Japonię. ❤️
🏖️ A POTEM… OCEAN
Po Kiragawie dalej absolutnie nie zamierzałyśmy się spieszyć.
Pogoda była zajebista.
Słońce.
Ocean.
I tuż przed Nahari trafiłyśmy na plażę.
Pustą.
Kompletnie pustą.
No to…
weszłyśmy do oceanu. NAGO. 😂🌊
Nikogo nie było.
Woda cudowna.
Słońce.
Pacyfik.
Czy można lepiej zakończyć rowerowy dzień?
🌅 I JESZCZE TEN ZACHÓD SŁOŃCA…
Ale Japonia postanowiła dorzucić nam jeszcze jeden prezent.
Dzisiejszy dzień zakończył się zajebistym zachodem słońca.
Mogłyśmy na niego patrzeć może przez… cztery i pół minuty. 😂
Bo tutaj słońce naprawdę znika błyskawicznie.
Ale przez te kilka minut było niesamowite.
Pomarańczowe.
Ogniste.
I towarzyszyło nam już praktycznie do samego końca drogi.
Niebo zrobiło się całe pomarańczowe, ocean łapał ostatnie światło, a my jechałyśmy dalej przed siebie.
I pomyślałam sobie, że chyba trudno byłoby wymyślić lepszą końcówkę tego dnia.
Do celu dojechałyśmy około 18:00.
Teoretycznie w planach była jeszcze izakaya.
Ale jesteśmy w starym, klimatycznym zajeździe, mamy do dyspozycji całe zaplecze, mamy japońskie kraftowe piwko i mamy siebie.
Więc siedzimy.
Bajdurzymy. Pijemy piwko. Degustujemy.
A za naszymi plecami…
KRĘCI SIĘ PRANKO. 😂
Pierwsze od początku wyjazdu!
Zobaczcie, ile wytrzymałyśmy. 😂
A najlepsze jest to, że prognozy pokazują nam lampę przynajmniej do 13 października. ☀️☀️☀️
I to tutaj, na Muroto, gdzie taka pogoda wcale nie jest oczywistością.
Tak więc półtora dnia moknięcia oficjalnie uznajemy za zapłacone.
Teraz odbieramy nagrodę.
☀️🚴♀️🌊 Słońce. Rowery. Pacyfik. Japonia.
I jedziemy dalej. ❤️🇯🇵