28/12/2025
W przedświątecznym biegu, natłoku obowiązków zawodowych, przygotowań, porządków i licznych spotkań wigilijnych znalazł się również czas na szkolenie lawinowe. To doskonała okazja, by odświeżyć posiadaną wiedzę, a w niektórych obszarach nawet ją zaktualizować.
Szkolenie terenowe w Tatrach poprzedziły dwa wykłady Tomka Nodzyńskiego — przewodnika tatrzańskiego I klasy, meteorologa i niwologa, a przy tym super kolegi po fachu. Pierwszy odbył się 9 grudnia w Krakowie, drugi natomiast 20 grudnia na werandzie schroniska w Morskim Oku, naszej niezastąpionej bazie od ponad dziesięciu lat.
Po solidnym wprowadzeniu teoretycznym ruszyliśmy na piargowiska pod ściany Mięguszowieckich Szczytów. Choć tej zimy śniegu było niewiele, a temperatury sprzyjały odwilży, paradoksalnie warunki do ćwiczeń okazały się znakomite. Potężne zwały starej lawiny umożliwiły trening na prawdziwym lawinisku. Ćwiczenia były bardzo wymagające fizycznie — już samo poruszanie się po bryłach zlodowaciałego, „zabetonowanego” śniegu stanowiło wyzwanie, a co dopiero dynamiczne symulacje akcji poszukiwawczych z użyciem detektorów.
Wśród zasypanych znajdowały się zarówno same detektory, trudne do zlokalizowania ze względu na niewielkie rozmiary, jak i manekiny (Wiesiu jak zwykle płatał figle 😉). Nie zabrakło też „żywego” poszkodowanego — niezastąpionego Maćka Florysa, którego po wykopaniu ze śniegu ratowaliśmy, ćwicząc pierwszą pomoc oraz ewakuację osoby z hipotermią.
W tym roku zadania były szczególnie wymagające. Wielokrotne zasypania, często zlokalizowane bardzo blisko siebie, powodowały, że detektory dosłownie „wariowały”. Była to doskonała lekcja pokazująca, że najlepszym sprzętem jest ten, który dobrze znamy. Podobnie jak w jeździe samochodem — nie trzeba mieć najnowszego modelu, by jeździć dobrze; kluczowe są umiejętności kierowcy i znajomość możliwości własnego auta. Tak samo na lawinisku: trzeba znać swój detektor i wiedzieć, jak zachowuje się w akcji. Oczywiście nowoczesny sprzęt w połączeniu z dobrą praktyką daje najlepsze efekty, ale zawsze lepiej mieć jakikolwiek detektor niż nie mieć go wcale. Szukanie zasypanej osoby bez detektora, to jak szukanie igły w stogu siana. Kolejne ćwiczenie tylko to potwierdziło. Przeszliśmy tyralierą w składzie 8–9 osób przez lawinisko i dopiero przy trzecim sondowaniu odnaleźliśmy drugiego zasypanego. W realnych warunkach szanse na jego przeżycie byłyby znikome — na szczęście był to tylko Wiesiu, manekin.
Podsumowując: wybierając się zimą w góry, zwłaszcza w wyższe partie, zabierajcie ze sobą niezbędny sprzęt — raki, czekan oraz lawinowe ABC: detektor, sondę i łopatę. Posiadanie odpowiedniego wyposażenia nie jest jednak wystarczającą „polisą”. Trzeba jeszcze umieć się nim posługiwać, mieć doświadczenie, właściwie ocenić ryzyko by podjąć dobrą decyzję.
Bądźcie bezpieczni!
Koło Przewodników Tatrzańskich im. M. Sieczki w Krakowie
Akademickie Koło Przewodników Tatrzańskich