17/01/2026
Hmmm 🤔
Co robi pomnik Chopina w Żninie? To pytanie, które może zadać każdy, kto spacerując nad Małym Jeziorem Żnińskim, nagle staje twarzą w twarz z siedmiotonową rzeźbą kompozytora.
Odpowiedź prowadzi przez historię godną scenariusza filmowego.
Pomnik nie powstał dla Żnina. Zamówił go w latach dwudziestych Wiesław Tuchołka pierwszy polski starosta powiatu żnińskiego, poseł na sejm, współzałożyciel żnińskiej cukrowni dla swojego majątku w Marcinkowie Dolnym. Rzeźbę wykonał Jakub Juszczyk, góral z pochodzenia, jeden z najciekawszych rzeźbiarzy międzywojnia w Wielkopolsce.
Chopin siedzi z głową zwróconą w prawo, z dłonią wyciągniętą, jakby za chwilę miał zacząć grać. Co zagra? Być może Preludium A-dur pięciolinia z nutami tego utworu widnieje na pomniku zamiast nazwiska kompozytora. To ten sam utwór, który Zygmunt Noskowski nazwał zbłąkanym wśród reszty preludiów „promykiem słońca”.
W 1927 roku pomnik odsłonięto z pompą. Spisano akt erekcyjny, w podstawę wrzucono monety, a jako pierwszy pod Chopinem koncertował prof. Henryk Sztompka. Legenda mówi, że po oficjalnej uroczystości, gdy goście poszli na przyjęcie do pałacu, robotnicy wypili z Juszczykiem wino, dodając swój akt erekcyjny wmurowaną pustą butelkę.
Potem przyszła wojna. Ale tu zaczyna się osobliwy twist: podczas gdy Niemcy wysadzali pomnik Chopina w warszawskich Łazienkach (31 maja 1940 roku), ten na Pałukach przetrwał zapomniany w otoczeniu gęstniejących parkowych zarośli. Jak się okazało jako jeden z nielicznych monumentów w okolicy, który ocalał.
W 1962 roku władze Żnina postanowiły zabrać pomnik z majątku. Zbliżały się obchody 700-lecia miasta, budowano amfiteatr nad jeziorem i szukano dla niego godnego patrona. Siedmio tonową rzeźbę załadowano na zwykłą platformę doczepioną do ciągnika. Po kilku kilometrach koła ugięły się pod ciężarem, a pomnik przechylił się niebezpiecznie. Przed upadkiem, wielkiego kompozytora, zabezpieczały już tylko liny, trzymane kurczowo przez robotników. W taki właśnie sposób ”tryumfalnie” figura wjechała do miasta.
Dziś Chopin stoi nad Małym Jeziorem Żnińskim, w miejscu, które żninianie nazywają łazienkami. Zimą, gdy park pustoszeje, a mgła unosi się nad wodą, można tu przyjść i posłuchać ciszy. Amfiteatr obok śpi do wiosny, ale rzeźba wciąż wygląda, jakby za chwilę miała zagrać.
Ale wizyta w Żninie ma znacznie więcej do zaoferowania. Samotna Baszta na rynku to jedyna pozostałość po XV-wiecznym zamku. Muzeum Ziemi Pałuckiej opowiada o historii regionu, którego nie znajdziecie w podręcznikach. A jeśli macie czas warto przejechać się do pobliskiej Wenecji (tej pałuckiej, nie włoskiej), gdzie czeka największy w Europie skansen kolei wąskotorowych. Zimą kolejka śpi, ale muzeum jest otwarte można wejść do wagonów, dotknąć lokomotyw, poczuć zapach starego drewna i smaru.
Żnin to nie jest oczywisty kierunek. Ale właśnie dlatego warto bo czasem najlepsze historie czekają tam, gdzie nikt ich nie szuka.
A ta o Chopinie, który przyjechał do miasta na platformie, trzymany linami przez ludzi z pewnością nadałaby się do filmu Barei.