02/08/2026
[Z PAMIĘTNIKA PRZEWODNIKA]
„Kompletna wiocha, przecież tu nic absolutnie nie ma!”. Podnoszę brew, mimo to staram się utrzmać uśmiech. „Siedzimy tu przy placyku, nawet nie wiem jak ten plac się nazywa, muzyka wali z głośnika. Coś zjadłem, nie wiem co. Jedyne, co macie tu ciekawego to stadion. Oprócz tego absolutna żenada!”, wciąż się uśmiecham, chociaż jest coraz trudniej. Lata doświadczenia nauczyły mnie, że nie zawsze wszyscy w grupie chcą ze mną zwiedzać. Czasami większość chce, ale jest wśród nich jeden absolutny przeciwnik poznawania miasta z przewodnikiem. Ta osoba zazwyczaj w którymś momencie stara się mi pokazać, że moja praca nie ma sensu. Szkoda, że w tym wypadku ma to miejsce tuż przed zwiedzaniem, kiedy czekamy na jego znajomych – wciąż się uśmiecham, chociaż czuję się, jakbym dotała z liścia.
Patrzę na turystę przede mną i biorę głęboki oddech – staram się zrozumieć. Nie był wczoraj z resztą swojej grupy, gdy oprowadzałam ich po spowitych w półmroku magazynach z winem porto: nie widział monumentalnych beczek, nie degustował słodkiego trunku, z którego moje miasto słynie na całym świecie. Ponieważ zrezygnował z tej atrakcji to nie szedł też naszym słynnym mostem i nie patrzył na czerwone dachy zawieszone na skarpie nad rzeką Douro, a one przecież zawsze robią wrażenie! Zrezygnował również z zamówionego przeze mnie koncertu fado: może stąd wrażenie, że tu nic nie ma? Muzykę w barze, w którym siedzimy czekając na jego przyjaciół rzeczywiście można byłoby ściszyć, a jedzenie w takich miejscach jak to nigdy nie jest zbyt smaczne – może stąd niezadowolenie tego turysty i wrażenie, że moje miasto to jedna wielka porażka?
Przymykam powieki i staram się szybko przypomnieć sobie jakąś pozytywną historię – jeśli nie moje morale spadną, a przecież jego grupa zasługuje na serwis na najwyższym poziomie. Przed moimi oczyma pojawiają się Ela i Dorota: ach co to za historia! Rok temu byłam umówiona z nimi na zwiedzanie, jednak awaryjnie trafiłam do szpitala i przez cesarskie cięcie na świat przyszła moja córeczka Gloria. Do dziś pamiętam strach, gdy musiałam do nich zadzwonić, aby powiedzieć im, że spaceru na który czekały nici: trzęsłam się jak osika, ja przecież zawsze jestem, niczego nie odwołuję! Gdy po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza przez chwilę spodziewałam się, że w moim kierunku popłyną gorzkie słowa – drżałam. Po długiej chwili usłyszałam gratulacje i zapewnienia, że może kiedyś się jeszcze spotkamy – odetchnęłam z ulgą, choć szczerze mówiąc nie myślałam, że rzeczywiście do tego dojdzie.
Gdy zobaczyła więc zdjęcie Eli na wyświetlaczu mojego telefonu aż poskoczyłam: przez chwilę znów poczułam strach, który mi towarzyszył, gdy musiałam wykonać ten sławetny telefon. „Witam, przepraszam, że o tak późnej porze, ale mam dobre wieści – znów będziemy w Porto! Tym razem na zwiedzanie będziemy miały dwa dni, czy jest taka możliwość? Mam nadzieję, że maleństwo ma się dobrze – pozdrawiamy, Ela z Dorotą”. Nie wierzyłam własnym oczom! Gdy po raz pierwszy zobaczyłyśmy się pod Ratuszem trochę się czułam, jak gdybym widziała kogoś znajomego – wręczyłam im drobne upominki i podziękowałam im za zrozumienie, którym obdarzyły mnie w tamtym momencie. „Kolejny raz w Porto?”, zdziwili się turyści, którzy dołączyli do Eli oraz Doroty na spacer. „Tak, to miasto do którego się wraca!”, powiedziały dziewczyny.
Do dzisiaj nie wiem, czy turysta z placyku zmienił zdanie o moim mieście – po spacerze zniknął bez pożegnania. Wiem jednak jedno – mimo jego słów dałam z siebie wszystko: dla jego grupy i dla miasta, które dawno temu pokochałam.
Elu i Doroto - dziękuję Wam jeszcze raz za zrozumienie i za nasze spotkanie. Zapamiętam Was na zawsze!